Smaczki kanadyjsko szwajcarskie cz 2: punktualność i deadline

Dziękuję za ciepłe przyjęcie poprzedniego odcinka "Smaczków". Dzisiaj załączam kolejną odsłonę mojego subiektywnego opisu porównawczego różnych aspektów życia w Kanadzie i Szwajcarii, które zaobserwowałam podczas mojego dłuższego pobytu w pierwszym z tych krajów i krótszego w drugim. Jak zapewne moi Goście odgadli, opisuje raczej dość odmienne aspekty życia, zaś jedną ze spraw wręcz skrajnie odmienną stanowi pojęcie punktualności. 

Kwestia podejścia do czasu i terminów doprowadzała mnie do szału w Toronto w wielu przypadkach.  Istniało tam pojęcie bycia "modnie spóźnionym" (ang. fashionably late), co w praktyce oznaczało, że na spotkanie większość osób przychodziła jakieś pół godziny spóźniona. Pamiętam jak przyjechałam do Toronto w 2014, przyszłam na 18 do restauracji bo tam mieliśmy grupowy obiad i jako jedyna byłam o czasie. Inni przyszli po jakiś 20 minutach, a owo podejście stanowiło coś raczej normalnego, nie zaś niezwykłego. Po prostu stanowiło część kulturowego podejścia, pokazywania jacy wszyscy jesteśmy wyluzowani, nieskomplikowani  i generalnie "fajni" mówiąc kolokwialnie. Jako osoba lubiąca kiedy wszystko ma swój czas, rzecz jasna była raz po raz zdenerwowana. I oczywiście to nie stanowiło czegoś nie wiedzieć jak ważnego dla podejmowania życiowych decyzji, lecz raczej jedna z tych niegroźnych lecz nieprawdopodobnie denerwujących spraw. Zostałam wychowana w przekonaniu, że spóźnienie oznacza brak szacunku dla osoby, nie zaś dowód wyluzowania i nie przeszło mi to za bardzo.

Owe zachowania dostrzegłam tak w kwestii spotkań z kolegami z pracy jak i spoza pracy. Oczywiście większość ludzi spóźniała się jakieś 30-40 minut, rekordziści zaś potrafili przyjść 2 godziny po czasie, lub w ogóle zapomnieć o spotkaniu. Ta cecha stanowiła znak rozpoznawczy szefa mojego szefa z Kanady, tak że nawet śpiewaliśmy o tym piosenki, potrafił zapomnieć o spotkaniu ze swoimi studentami. Rzecz jasna studenci nie byli zachwyceni, też mieli co robić i też mieli zajęcia, przez co generalnie opinia wśród studentów nie była bardzo wysoka. Na samym początku próbowałam tłumaczyć podobne zachowania zabieganiem, brakiem czasu i nadmiarem zajęć. Dopóki nie usłyszałam stwierdzenia "busy is a new stupid", a słowo "busy" słyszałam raz po raz. Wszyscy byli zajęci, tak okropnie zajęci, że jak mawia polskie powiedzenie tak biegał, że tych taczek nie załadował. Bo naprawdę dobry menedżer, czy ktoś zarządzający czymkolwiek umie zarządzać swoim czasem, wie co może zrobić a czego nie i realnie ocenia swoje możliwości.  Nieraz też słyszałam, że termin (deadline) to pojęcie względne i zawsze można negocjować. Panie z biura grantowego były zachwycone tym, że wszystko przychodziło na ostatnią chwilę. 

Jeśli ktoś myśli, że Niemcy mają hopla na punkcie punktualności, to nie spotkał Szwajcarów. Generalnie to koleżanka - Niemka twierdziła, że w Szwajcarii punktualność jest traktowana bardzo poważnie, zaś u niej w Niemczech to z większym luzem. Spóźnienie do trzech minut tramwaju czy autobusu powoduje ogłoszenie komunikatu przez megafon, zaś w godzinach wieczornych zdarza się, że autobus czy tramwaj przyjedzie przed czasem. Myślę, że to daje pewne pojęcie o tym, jak miejscowi podchodzą do kwestii punktualności. Generalnie jest wskazane by na spotkanie przybyć 5-10 minut wcześniej. Jeśli mamy labmeeting o powiedzmy 10.00, to znaczy, że większość osób przyjdzie przed 9:55. Wejścia później są rzadkie. Sama pamiętam krzywe spojrzenia, kiedy wpadła spóźniona na spotkanie, tłumacząc, że nie opanowałam trasy z domu. Ponieważ pracuję w ośrodku akademickim i był to drugi dzień mojej pracy owo wyjaśnienie przeszło, ale tylko raz i musiałam solidnie przepraszać. Tutaj naprawdę trzeba mieć dobre wyjaśnienie dla spóźnienia, coś na co często narzekali na forach ludzie z Ameryki Północnej, gdzie podejście do takich spraw jest po prostu odmienne. Widzę tutaj potencjał do kulturowego nieporozumienia, ponieważ sama takowe przeżywałam na początku w Toronto. A chociaż z czasem nawykłam, to i tak byłam nieco poirytowana. Pojęcie "fashionably late" po prostu nie istnieje, no może poza grupami amerykańskimi. Nawet spóźnienie 5 minut musi być usprawiedliwione i należy przeprosić czekających, właśnie za to, że się kazało komuś czekać. 

I owo podejście jest oczywiście też w pracy. Pisanie grantów wygląda dość podobnie, lecz i tak powiedzenie komuś o grancie na dwa tygodnie, czy coś w ten deseń, przed terminem uchodzi za bardzo, bardzo niewłaściwe zachowanie. Deadline to rzecz święta. Wedle wszystkiego co wiem, zawalenie terminu w pracy to ciężkie przewinienie i coś, czym tracimy wiarygodność jako osoby niezdolne ocenić swoich możliwości oraz wyzwań, nie szanujące innych. Bardzo się pilnuję by nie obiecywać za wiele i nie być cudzoziemcem co pracuje więcej niż ma w kontrakcie co jest także źle widziane.  Ja na szczęście nie mam w zwyczaju obiecywać niemożliwego, co z pewnością mi pomoże. 

Chyba nietrudno odgadnąć które podejście jest mi bliższe. Uważam, że punktualność i pilnowanie terminów niezwykle ułatwia życie. I chociaż rzecz jasna w Toronto ostatecznie kończyliśmy wszystko na czas i mieliśmy wyniki, po prostu nerwówka i chaos mnie męczyła. No i naprawdę wolę jeśli się z kimś umawiam na godzinę 16.00 żeby to była 16.00 a nie dowolna pora między 16:30 a 17.00. A tutaj to nie tylko osoba będzie o tej 16:00 ale i 15:55. 

Scenka rodzajowa: Jakiś czas temu brałam udział w telekonferencji z współpracownikiem z zagranicy Mieliśmy zacząć o powiedzmy 15.00. Planowałam iść do drugiego pokoju o 14:50, by włączyć komputer i wszystko ustawiać tak by szef zalogował się gdzie trzeba i byśmy byli gotowi, a jednocześnie nie przeszkadzali innym w pracy stąd pomysł na wyjście do nieużywanego pokoju. O godzinie 14:45 z pokoju wyciągnął mnie ów szef (Szwajcar), mówiąc by iść i to już bo tylko 15 minut, a trzeba być gotowym przed 15.  Prawie podskoczyłam zaskoczona. Wyjaśniłam, że miałam za pięć minut włączyć wszystko, ale nie miałam okazji. No i włączyliśmy co trzeba, nie dostałam opieprzu za to, że nie wiedziałam czy działa linia telefoniczna, po czym na 14:52 wszytko było i można było przejrzeć dokumenty. Około 14:57 szef zaczął patrzyć na zegarek czemu rozmówca jeszcze nie ma na linii, zaś o 15:02 był już lekko poddenerwowany. Rozmówca pojawił się o 15:05 ale musiał ściągnąć aplikację do telekonferencji, a że miał kiepskie wifi wszystko trwało aż do 15:10. Szef nie podniósł ani razu głosu, ale widać było irytację. Oczywiście daliśmy radę ze wszystkim, ale było to ciekawe doświadczenie, bowiem znany mi z Toronto styl pracy miał zdecydowanie więcej wspólnego z włoskim niż szwajcarskim. I jak mówiłam wszyscy dawali radę, ale nie każdy styl każdemu odpowiada. A koleżanka M. z poprzedniego posta, kiedy chciała zacząć prezentację trzy minuty przed czasem usłyszała, że to było bardzo w szwajcarskim stylu. 

Zdjęcia w tekście są mojego autorstwa i przedstawiają park Alexander Muir Memorial Gardens w Toronto oraz ogród botaniczny w centrum Zurychu. 

37 komentarze:

  1. Przyznaję, nienawidzę spóźnialskich, dlatego sam jestem zawsze punktualnie, tzn. dwie minuty przed. Nie denerwuje mnie pięć minut spóźnienia (innych), dziesięć już tak, dłużej jak kwadrans nie czekam. Ale jak to w życiu bywa, i mnie się ostatnio przytrafiło. Miałem jechać ze znajomymi do Krakowa (ja jako kierowca), umówiliśmy się już dwa tygodnie wcześniej. Po tygodniu dzwoni telefon z pytaniem czy już dojeżdżam, bo oni czekają. To było mistrzostwo świata we wciskaniu się w koszulę, garnitur, buty i płaszcz. Spóźniłem się dziesięć minut. A wszystko przez to, że opera miała dwa terminy, mówiliśmy o tym drugim więcej, w związku z obsadą i mnie ten drugi termin utkwił w pamięci. Gdyby nie zadzwonili, moje spóźnienie też byłoby rekordem świata, spóźniłbym się tylko o tydzień. ;)

    W tej Kanadzie na wykłady też spóźniają się o pół godziny?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Na wykład to 10-15 minut i takim opóźnieniem się wykład zaczynał. Nie pamiętam prawie żadnego spotkania, wykładu czy konferencji zaczynającej o czasie.

      Ja zwykle jestem 5-10 minut przed czasem, ale zwykle koło 5, więc spóźnianie mnie doprowadzało do szału.I nikt nie rozumiał o co mi chodzi i czemu szczękam zębami.

      A co z operą, matko faktycznie można się było nieźle zakręcić z tym wszystkim.

      Usuń
    2. Stracony czas nadrobiłem szybką jazdą po autostradzie, tak że my czekaliśmy na operę a nie na odwrót ;)

      Aż tak wcześnie przed czasem też nie bywam. Staram się być dwie, góra trzy minuty przed biorąc pod uwagę możliwe korki.

      Usuń
    3. Ja też wychodzę wcześniej biorąc pod uwagę możliwości korków na mieście, spóźnienia autobusu itd. Po prostu wole mieć więcej czasu, niż potem biec na złamanie karku

      Usuń
  2. Za moich czasow w Polsce obowiazywal "kwadrans akademicki", czyli 15 minut spoznienia nie robilo roznicy, bo wszyscy dojezdzalismy srodkami masowej komunikacji, a tam po drodze dzialo sie roznie. Zdarzalo sie, ze czlowiek dopiero na drugi autobus sie zalapal, tak byly nabite. Czesto bywalo i tak, ze zajezdzal na przystanek autobus ( spozniony). Wylegali z niego studenci i potem wlazili w takcie wykladow na sale. Profesor przerywal , pozwoli sie studentom rozsiasc i dzialal dalej.
    Tak mi ten kwadrans wszedl w krew, ze potem , po studiach, tez go stosowalam wobec siebie i bliskich. Nie robilam z tego problemu.
    Pamietam tez sytuacje, ze ktos ze znajomych sie ze mna umowil i np.: nie przyszedl, bez uprzedzen i wyjasnien, na umowione spotkanie towarzyskie. Wtedy, w Polsce, tez nie robila z tego ceregieli, ale zdarzalo sie, ze wobec danego delikwenta odwdzieczalam sie tym samym. Uwzajac, ze skoro on/ona tak robi to i ja zrobie podobnie wobec niego/niej , nie bedzie problemu. Nie bylo to zlosliwe na zasadzie : "A masz za swoje. Poczuj jak ja sie czulam". Nie , przyjmowalam to za polski rys.

    Tutaj zas, razu ktoregos, rozmawijac z tesciowa o Janie Pawle II uslyszalam od niej stwierdzenie o jego niepunktualnosci. Nie byl to niby jakis powazny zarzut, ale …
    -Czekaja na Msze z nim, a on przychodzi po 20 minutach.- Opowiadala tesciowa.- Nie jest to naganne, absolutnie nie chce tak tego ujac. - Tlumaczyla sie tesciowa, ale w jej glosie przebrzmiewala nutka niezrozumienia wobec braku sztuby.
    - Musisz wziasc pod uwage, ze jak on gdzies jechal, np.: na taka Msze, to po drodze czesto prosil, aby kierowca sie zatrzymal i … tak bylo np.: w Meksyku, wychodzil do pracujacych w polu rolnikow, porozmawiac o tym jak im sie powodzi. Stad te jego spoznienia. - Tlumaczylam znowuz ja... no i wyjasnialam , ze spoznienie to nie tragedia.

    Niestety , kiedy przybywasz do panstwa uporzadkowanego bardziej niz to w czym wyroslas, to … bywa to kulturowy szok.
    Ja pamietam moje pierwsze wrazenie np.: z niemieckiej Mszy. Oni wychodzili w porzadku pewnym, lawkami po Komunie do ksiedza. Sprawnie , lawczkami … nikt sie nie przepychal, nikt nie rozpychal lokciami … starczylo dla wszystkich. Pojechalismy z eMem na Msze do Polakow ( polska misja katolicka) , a tam po podniesieniu zaczelo sie przepychanie.
    -Kurcze,przeciez nie zabraknie nikomu. Dlaczego oni tak...?- Dziwil sie eM:))
    Przyznam jednak , po czasie, ze uporzadkowanie ulatwia wiele.
    Kiedy chodzi o spoznianie sie... No coz, nie na darmo powstalo powiedzenie "Chodzi jak szwajcarski zegarek". W Niemczech nie ejst to milo postrzegane, owe spoznianie sie, ale tez bez przesady. Do lekarza najlepiej jest przyjsc 15- 20 minut wczesniej, bo jakby sie zdarzylo, ze ktos wypadl z kolejki wowczas zawolaja czlowieka wczesniej, choc ja osobiscie takiego przypadku nigdy nie doswiadczylam i z reguly bylam wzywana albo punktualnie, albo z 20 minutowym opoznieniem. Natomiast przybycie na 5 minut przed umowiona godzina ne wrozy niczego dobrego, bo…
    jest sie zepchnietym ze swojej kolejki. Nie wiem na czym to polega, moze zbyt pozno wyswietla sie u lekarza, ze klient juz jest i czeka?
    W pracy, kiedy pogoda nie sprzyja i ludzie sie spozniaja, tez nie ma problemu. Nie robia szefowie z tego zachodu. Zaspania tez nie budza oburzenia ( oby tylko nie nagminne, lub zbyt czesto), no chyba tylko w starszym pokoleniu, ktore spac nie moze. Przyjscie spoznionym na impreze ( powiedzmy , ze wlasnie owe 15 minut), nie budzi zastrzezen. Natomaist nie do pomyslenia jest umowienie sie z kims i olanie tego spotkania, bez odwolan, wyjasnien etc.
    Ogolnie zas ludzie tak tu siebie wychowuja nawzajem, aby owych spoznien nie bylo:))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. co innego impreza, gdzie spóźnienie nie jest problemem, co innego robota, a jeszcze co innego pociąg, który czekał nie będzie...
      u nas do lekarza przeważnie są poślizgi, bo lekarze mają płacone od pacjenta, więc wyznaczają np. 10 minut na osobę, a jak się trafi jakaś maruda lubiąca pogadać, to cały ten grafik się sypie... a w jednej przychodni jest tak, że w rejestracji zapisują na jakąś godzinę, ale to jest bez znaczenia, bo na drzwiach wisi kartka że decyduje kolejność przyjścia... za to w innej niby jest na godzinę, ale lekarz sam rządzi ruchem, wywołuje po imieniu tak jak mu się teczki przypadkiem ułożą i wtedy jest najzabawniej, bo nikt nie wie kto za kim i kiedy...
      p.jzns :)

      Usuń
    2. @Erinti...
      a tak w ogóle dla wyjaśnienia to my z Anią nie jesteśmy i nigdy nie byliśmy wrogami, to tylko z boku może tak wyglądać, gdy dojdzie do przekomarzanki, raz na rok albo rzadziej, ale to tak dla sportu tylko, żeby za nudno nie było, bo generalnie to się lubimy, zero negatywnych wibracji :)

      Usuń
    3. Ania i PKanalia
      W kłótnie, sprzeczki w związkach małżeńskich osoby trzecie nie powinny się wtrącać, bowiem zawsze dostaną po głowie a wszak wszyscy w Internecie wiedzą, że jesteście szczęśliwym małżeństwem z długoletnim stażem , więc tym bardziej wszystko jest jasne ,;-))))))

      Usuń
    4. @Pkanalia

      Dobrze wiedzieć

      Usuń
    5. @Ania

      Pamiętam ów kwadrans akademicki, ale to był kwadrans, nie zaś całe pół godziny czy więcej. Co do Mszy, coś podobnego widziałam w Toronto, w miejscowym kościele. Bez pośpiechu i kolejek i faktycznie to lepszy system.

      Ja bym pewnie nie robiła afery o to 5-10 minut, ale nie o 30-40 minut bo to przesada. W Toronto olewanie spotkania to była raczej rzadkość i nawet tam budząca niezadowolenie.

      O lekarzu nie wiedziałam, byłam na 10 minut przed, ale na szczęście rano i nie było kolejek.

      Za to co do spotkać 5 minut przed pomaga naprawdę, i rzecz jasna nikt mnie nie pobije jak będę 5 minut po czasie, ale przed wyjazdem do Toronto byłam raczej puntualna

      Usuń
    6. @ Erinti

      Ja wole, kiedy mowa o spotkaniach towarzyskich, 5 minut po, ale nie wiecej. Na 5 minut przed spotkaniem to u mnie jeszcze kuchnia buzuje. 10 minut na ogarniecie i moga wchodzic:))

      Usuń
    7. @Ania

      Pięć minut po czasie to też nie tragedia. No ale nie pół godziny, to przegięcie. Ale tutaj i te 5 minut to coś

      Usuń
  3. no, to chyba w Toronto ktoś by miał ze mną kłopot albo ja z ktosiem, bo u mnie piąta to piąta i dość psychopatycznie podchodzę do tego... ale z drugiej strony nie znęcam się nad spóźniaczką/em, szybki, treściwy opieprz i zapominam o sprawie... za to deadline'y potrafię sobie wyznaczać ze sporym zapasem, takie jakby dodatkowe, bo nie cierpię pośpiechu na ostatnią chwilę... znaczy jak sprawa jest ważna, bo z tą ważnością może być różnie, ale generalnie raczej nie spóźniam się i nie nawalam...
    p.jzns :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja też wyznaczam deadline na zapas, na wypadek jakby były jakieś komplikacje, konieczność popraweke czy coś. Ja nienawidzę pośpiechu na ostatnią chwilę bo się nakręcam i robię głupie błędy, a to było całe Toronto.

      Ja zwykle nie robię afery o 5-10 minut spóźnienia, ale 30-40 to przegięcie dla mnie

      Usuń
  4. Ło matko... Mam zwyczaj przychodzić za wcześnie na spotkania, więc szlag by mnie trafił w Toronto.

    Zdarzyło mi się nie raz, że autobus przyjechał przed czasem. Stał wtedy na przystanku aż wybije godzina odjazdu. Podczas spóźnień zaś, kierowca pyta się przez głośnik, czy komuś z pasażerów spieszy się na przesiadkę i jeżeli tak, to dzwoni do konkretnego kierowcy (albo na pociąg), by poczekał na pasażera.
    Ale Szwajcaria nie jest jedynym punktualnym krajem, wiem z pierwszej ręki, że Japończycy są tacy sami. Kiedy spóźnia się metro, na peronie rozdają ludziom usprawiedliwienia do pracy.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mnie szlag trafiał przez jakiś czas, aż się nauczyłam przychodzić 30 minut po czasie. Teraz muszę się oduczać tego, czego się nauczyłam w Toronto.

      O tym dzwonieniu nie miałam pojęcia, to po prostu niesamowite. A coś jest z Japończykami, kolega-Japończyk z Toronto był jedyną punktualną osobą, aż został oduczony

      Usuń
  5. Kraje niemieckojęzyczne uchodzą za punktualne natomiast kraje słowiańskie np. Polska mają problemy z punktualnością a ja bym nawet powiedziała, że mówią, że przyjdą z góry wiedząc, że nie przyjdą na spotkanie tyczy się to tzw. majstrów wszelkiego rodzaju. Rosjanie np. to już słyną z totalnego spóźniania się, ale ich spóźnianie się ma wymiar nie wyluzowania jak w Toronto, ale totalnego braku szacunku do drugiej osoby to jest ostentacyjne i celowe działanie, co sam Putin stosuje przy spotkaniach z politykami z innych krajów. Masakra jakaś! Z punktualności słyną Japończycy podobno jak jedną minutę spóźnił się pociąg to osoba odpowiedzialna za to spóźnienie popełniła samobójstwo, więc oni mają fioła na punkcie punktualności,
    Mi by pasowała punktualność niemiecka czyi wszystko uporządkowane i punktualne, ale bez stresu i robienia afery o 5 minut spóźnienia.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Myślę, że z Polakami jest różnie. Znam ludzi punktualnych, a i takich będących na bakier z zegarków. Ja zwykle byłam przed czasem, aż się tego oduczyłam w Toronto, żeby nie być raz po raz wkurzoną. Czyli przychodziłam 30 minut po czasie i byłam jedną z pierwszych osób.

      Tak, z tego co piszesz Japończycy biją na głowę Szwajcarów, a już w Szwajcarii sprawa jest szalenie poważna, minuta po czasie i już ten wzrok. Na szczęście oduczam się tego, czego się nauczyłam w Toronto

      Usuń
    2. @ Erinti
      "Myślę, że z Polakami jest różnie. Znam ludzi punktualnych, a i takich będących na bakier z zegarków. "

      Bo ty Erinti bylas, kiedy chodzi o umawianie sie i terminy taka tip-top, ale ja znam Polske troche bardziej wyluzowana, kiedy mowa o punktualnosci.
      A spotkania, ktore niezapowiedzianie sie nie odbyly , bo jedna ze stron nawalila i bez wyjasnien jakowys przechodzili ludzie nad tym do porzadku dziennego, tez sie zdarzaly.
      Pamietam jak raz zaprosilam w Polsce moja dobra przyjciolke do mnie na spotkanie przedsylwestrowe. Obie bylysmy juz dzieciate ( z malymi pociechami). Mieszkalam juz kilka lat w Niemczech. Ja przygotowana czekam, a tu ludzi ani widu, ani slychu. Dobre 40 minut po czasie zdecydowalam sie przypomniec przyjaciolce o naszym spotkanu. A on przez telefon cos w tym stylu zaczela, ze wlasnie dzieci spac kladzie i nie... dzisiaj to raczej nie. To nasze umowienie sie potraktowala bardzo lekko, bez zobowiazania, ze trzeba przyjsc, bez koniecznosci odwolania, na zasadzie : "Ok to kiedys tam". Po raz pierwszy przezylam szok kulturowy w druga strone. Przyzwyczailam sie do czegos innego a tu ups! Wrocilo stare i zapomniane. No w koncu z przyjaciolmi to znamy sie jak lyse konie i wszystko jest do puszczenia w niepamiec. Takie przekonanie wsrod znanych mi krazylo. Gorzej jak kiedys i ja postapilam podobnie wobec przyjacioly. Na podobnej zasadzie... chyba nie bylo jej milo:)) I na serio nie zlosliwie, poza tym skoro raczy mnie odpowiednimi sloganami na temat przyjazni to i w druga strone tez to chyba obowiazuje?
      Znam takich ludzi troche w naszym pieknym kraju nad Wisla. Moze to sie teraz zmienia. Nie wiem , nie testuje. Ci ktorych zapraszam przychodza w miare punktualnie:))

      Usuń
    3. @Julianne...
      jak Rosjaninowi naprawdę zależy, to przyjdzie i przed czasem, ale Putin ma znakomicie ogarniętą grę w "komu bardziej zależy?", bo to innym bardziej zależy na spotkaniu z nim...
      a z Polakami faktycznie jest różnie... aczkolwiek gra w "komu bardziej zależy?" jest dość popularna w tym kraju... co prawda Eric Berne nie opisał tej gry w swojej książce, ale być może za bardzo mu na tym nie zależało? :)

      Usuń
    4. @Ania

      Zapewne ja byłam jedną z tych super porządnych, pewnie masz rację, ale jakoś moi koledzy nie spóźniali się aż tak jak w Toronto. Mała rzecz, ale drażniła jak nie wiem.

      Zachowanie wspomnianej przez Ciebie koleżanki było bardzo nie fair: przecież można powiadomić że coś wypadło, że się nie da rady

      Usuń
  6. Ja wiedizlam że w Szwjacarji jest się bardzo punktualnym i nie myślałam że w Niemczech jest to wyróżnik . Ja też robię zdjęcia mojego autorstwa do moich postów nie chce brać z internetu . Tylko cytaty szukam w książkach i internetowych stronach tak to pisze sama

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Witam nowego Gościa!

      Niemcy się kojarzą w Polsce z punktualnością, ale tak naprawdę to niezłego hopla mają w Szwajcarii co mi nie przeszkadza, ale to kontrast.

      Ja mam zarówno swoje zdjęcia, jak i z internetu, naprawdę zależy od tematyki posta. Akurat kiedy opisuję moje doświadczenia z mieszkania za granicą, to mam własne zdjęcia.

      Usuń
  7. Nie spóźniam się nawet na odjazd pociągu.

    OdpowiedzUsuń
  8. Jak to dobrze, że jeszcze ostało się państwo, w którym obowiązują jakieś zasady.To spóźnianie się i nie dotrzymywanie słowa to już jakaś mania, jakaś cholerna nowa moda, a raczej odgórnie po cichu narzucana presja. Lewactwo chciało kompletnie wyrugować kindersztubę, bardzo ciekawe jaki mieli w tym cel. Można się domyślić... W dobrym tonie: wulgaryzmy, spóźnianie się, nie dotrzymywanie umów, dopuszczalne błędy w mowie i piśmie wszędzie, tolerowane głośne rozmowy telefon. w miejscach publ.,itd. itp. Ostrym rygorom poddawani byli tylko "średniaki". Pany i socjal byli pod ochroną. U nas już widać małą poprawę.
    Wracając do tematu, cieszę się że problem dyscypliny czasu masz "z głowy", bo to jest nie do zniesienia- krejzor

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. JWiesz Krejzor, ja w Szwajcarii odzyskuję wiarę, że kindersztuba nie znikła: ludze przychodzą na czas, nie są głośni przez komórkę, można umówić się z kolegą na kawę i on nie pcha się łapami.

      W Toronto głośne rozmowy, spóźnianie i zaśmiecające język akronimy dowodziły wyluzowania. Nie jestem w miejscu wyluzowanym i dobrze!

      Usuń
  9. Tak Erinti, tylko pytanie, czy to nie jedyny kraj w Europie, w którym przestrzega się tych podstawowych przecież zasad, które to niedługo uchodzić będą za nie wiem jakie wymogi. Wydaje mi się jednak, że coś drgnęło w temacie, że społeczności niektórych państw po kokardę mają już tego "luzu" i dobrze wiedzą, że bezgraniczna wolność to niewola. Tylko jeszcze obawiają się głośno o tym mówić (tacy są wolni). A w Polsce jesteśmy zupełnie zniewoleni i mamy totalitarną władzę. Nie to co Kanada... Wybacz, ulało mi się. Tak to, niestety widzę- kr.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No nie wiem czy mają dość luzu, nie widziałam tego w Kanadzie. Tak bezgraniczna wolność to niewola, wyluzowanie to często chamstwo a tak naprawdę ludzie zniewoleni co widziałam w Toronto i sztywni

      Usuń
    2. Masz rację, chyba tylko w Polsce, Słowacji i na Węgrzech jest pewna poprawa, a poza tym... W każdym razie Tobie już łatwiej. Jeżeli wewnętrzna busola nie daje rady- tak jak miałaś w Toronto, to na dłuższą metę jest to nie do wytrzymania. Chyba się powtarzam ☺ kr.

      Usuń
    3. Ja akurat nie mam problemów z władzą w Polsce i Węgrzech, cieszy mnie nie wpuszczanie tzw. "uchodźców" i multi-kulti zepsuło mi ową wewnętrzną busolę.

      Usuń
  10. ...a ja myślałam ,że najpodlejszy i najgłupszy szef, szefowa, to ja jestem dla siebie a tu się okazuje ,że są oryginalniejsi. Nie przypominam sobie bym się spóźniła...hola hola...bo nie pamiętam by ktoś się odważył mi to wytknąć.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak też nikt nikomu tego nie wytykał, ale irytacja była

      Usuń
  11. Generalnie spóźnienia bez zapowiedzenia są nie do przyjęcia - w Kanadzie bym ich zwyczajnie olewał i zaczynał sam.
    Ale fajnie że prowadzisz takiego bloga - niby człowiek szmat świata zwiedził - ale żeby pewne smaczki kulturowe poznać, to trzeba być, a nie zwiedzać tylko.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dlatego piszę na blogu o rzeczach, które nie są oczywiste dla ludzi nie mieszkających w danych krajach. Cieszy mnie, że to się podoba

      Usuń
  12. " żeby pewne smaczki kulturowe poznać, to trzeba być, a nie zwiedzać tylko." Pan Beskidnick ciekawą rzecz napisał ale wszak nie tyczy się to jedynie zwyczajów wszak teraz mamy jeszcze coś bardziej przerażającego niźli :"głupie zwyczaje"-mamy bombardowanie informacją tworzącą nieistniejącą rzeczywistość i mamy to wszędzie. USA, Izrael Polska...Media tworzą rzeczywistość nieistniejącą a po chwili samonakręcającą się rzeczywistość. Od lat wmawia się mi kto jest przyjacielem, kto wrogiem -kogo lubię a kogo nie...dlaczego tak dlaczego nie inaczej... i to straszne :"mamy promocję "-ale ja wszak nie mam potrzeby.
    Zauważyłam ,że wypowiadają się o Pani dobrze, postacie, których nie lubię...pewnie za chwilę przełoży się to na dostrzeżenie w Pani rzeczy , których nie polubię ale tymczasem popatrzę na Pani taniec z diabłem.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Proszę Pani, zwykle nie mam takich formalności na blogu ale nikogo nie zmuszam.

      Tak media, zwłaszcza społecznościowe, nakręcają sytuację bo to zysk a niektórzy na tym zarabiają. I tak wmawia się nam wiele, niestety

      Co do innych ludzi, ja się staram słuchać różnych ludzi a myślę swoje. Blogowa cenzura to ostatnie czego sobie życzę u siebie

      Usuń