Czy Kanada to cywilizowany kraj?

Tym  oto tytułem nawiązuje do szczepionkowej histerii związanej z obywatelskim projektem w spawie dobrowolności szczepień. Kwestia tego, że obywatel może decydować czy się podda zabiegowi medycznemu wywołuje histerię, a chęć decyzji jest traktowana jako objaw wyprania mózgu przez antyszczepionkowców. Grozi się wizjami epidemii, co więcej czynią to ludzie, chętnie sprowadzający imigrantów i nachodźców z krajów nie mających nic z cywilizacją i gdzie nie ma szczepień. Ale wracając na polskie podwórko. Organizacja stop.nop to nie żadne oszołomy nazywające szczepionki żydowskim planem depopulacji świata czy tym podobne bzdury. Nie, to ludzie mówiący, że jeśli jest ryzyko to winien być wybór i że takie zasady są w Europie. Sprzeciwiają się wreszcie szczepieniom  w pierwszych godzinach życia, ponownie obowiązkowym szczepieniom bez prawa decydowanie co i jak.


Osobiście uważam, że każdy zabieg medyczny winien być dobrowolny i nikomu nie wolno podać na siłę zastrzyku, o ile osoba nie jest ubezwłasnowolniona lub nie chodzi o ratowanie życia komuś nieprzytomnemu. Potrzeba rzetelnego sprawdzania szczepionek, rzetelnej informacji na temat ryzyka i skutków ubocznych, porad co należy robić  w razie wystąpienia takowych i pomocy dla poszkodowanych. Szczepionki są, moim zdaniem, podobnie jak i antybiotyki dobrą bronią przeciwko drobnoustrojom, lecz należy tej broni używać z umiarem. Jestem przeciwnikiem podawania szczepionek 6w1 by "dzieciątka nie kłuć" co stanowi zabójczą głupotę. Ja wiem, że matki są emocjonalne, ale dobra pielęgniarka wykona szczepienie szybko i dziecko za pięć minut zapomni. Zaś uderzeniowa dawka drobnoustrojów może wywołać opłakane skutki. Poza tym uważam, że należy szczepić przeciw bardzo groźnym chorobom, które, nawet jak ktoś przeżyje, czeka tę osobę ciężkie życie. Mam tutaj na myśli polio, gdzie przeżycie oznacza życie pełne cierpienia czy dyfteryt czy gruźlicę. Nie ma natomiast przekonania co do szczepionek na grypę, które są mało skuteczne, ale nie zamierzam nikomu zabraniać się szczepić.


Wrzask oświeconych był dziki. Straszono epidemiami, a każdego kto ma wątpliwości nazywano w najlepszym razie oszołomem lub i gorzej.  Oczywiście to wina PiS i ciemnych wyborców PiSu nie rozumiejących dobrodziejstwa szczepionek. Także były (na szczęście!) minister Radziwiłł, z godną arystokratycznego nazwiska wyższością informuje, że szczepionki muszą być obowiązkowe i basta. Nie lubię ministra Radziwiłła za wprowadzenie antykoncepcji awaryjnej na receptę, co utrudnia dostęp do tych środków zdesperowanym kobietom. A skoro o ciemnocie mowa, zajrzyjmy za ocean, do kraju rządzonego przez najjaśniej oświeconego premiera od sztucznych brwi, nadzieję lewactwa wszelakiego.


Jak wygląda sprawa w Kanadzie? Po pierwsze, regulacje różnią się między różnymi prowincjami, lecz jak na lewacki kraj panuje wyjątkowo rozsądna polityka. Po pierwsze, nie ma szczepień u dzieci młodszych niż 2 miesiące. Po drugie, jak czytamy na rządowych stronach (jak canada.ca czy ontario.ca), szczepionki podawane są pojedynczo, chyba, że rodzic zechce inaczej. Po trzecie informacje o możliwych powikłaniach i tym kiedy dzwonić do lekarza dostępne są na tychże stronach. Po czwarte, są zalecenia by rozmawiać z rodzicami obawiającymi się szczepienia dziecka, by informować o statystykach skutków ubocznych i ryzyku. Wszędzie mowa jest o zachęcaniu, lecz  dziecka można nie szczepić z powodów medycznych albo kwestii sumienia/przekonań religijnych. Co więcej,  poza Nowym Brunszwikiem i Ontario dziecko może zostać przyjęte do przedszkola bez pokazania książeczki szczepień. A i w lewackim Ontario, jak się pokaże dokument wyjaśniający, że dziecko nie było szczepione z powodów medycznych i/lub sumienia dziecko zostanie przyjęte, lecz może musieć zostać w domu, w razie epidemii. Czyli co Kanada to kraj PiSowskiej ciemnoty? A może kraj, gdzie przyznaje się prawo ludziom to decydowaniu o swoim leczeniu?


[1]link1

[2]link2

[3]hlink3

Problemy sojowych dzieci

Odkąd szukałam stażu za granicą w 2014, mam subskrypcję do Nature Jobs i dostaję cotygodniową porcję propagandy, pardon newsletter jak to się ładnie nazywa. Zwykle wyrzucam śmieci, ale ostatnio znalazłam coś, co nawet na tle lewackiego bełkotu uderza głupotą. Więcej można poczytać tutaj.   Tytuł posta to nawiązanie do soy boy, czyli określenia na niemęskiego faceta, który pije sojowe mleko (bo to niby zdrowe) i zachowuje jak to ładnie nazywano jak zniewieściały, do tego jest rzecz jasna lewakiem.

Podobno kanadyjski system imigracyjny jest trudny, czyżby już toczenie piany na Trumpa wyszło z mody? A może po prostu trzeba ponarzekać, że w ogóle są granice, bo przecież mamy mieć raj bez granic, państw, zamieszkały przez wielorasowych konsumentów dla których ajfony, selfiki i seks z kim i z czym popadnie to cel i sens  życia, a kto chce czegoś więcej ten zły i sieje defetyzm. Lecz wracając do zalinkowanego fragmentu propagandy.  

Jako osoba mieszkająca w Kanadzie od ponad czterech lat i mająca  stały pobyt (permament resident status, PR coś jak zielona karta) mogę powiedzieć, że cały ten artykuł to stek bzdur. Dostanie pozwolenia na pracę czy przedłużenie takowego to żaden problem, ot kwestia wypełnienia formularza podając swoje dane osobowe i dane pracodawcy plus opłata administracyjna. Całość wysyła się przez internet, na swoim profilu na stronie urzędu imigracyjnego. Do aplikacji trzeba załączyć umowę o pracę lub promesę zatrudnienia (dla mnie starczał list od szefa że zatrudni mnie jako post-docka tu i tu za taką a taką płacę na pełen etat) plus informacja, że nie podlegam systemowi LMIA (ang. labour marker impact assesment). System LMIA, o czym nie wie niedouczone lewactwo pijące latte w starbusiu, istnieje wszędzie. Oznacza to ochronę rynku pracy, czyli zasadę, że na dane stanowisko można zatrudnić cudzoziemca wtedy i tylko wtedy gdy nie ma na to miejsce obywatela Kanady czy rezydenta. Rzecz jasna od tej reguły są wyjątki. 

Osoby pracujące na uczelni, wyższa kadra bankowa, programiści nie podlegają LMIA i do aplikacji trzeba dołączyć odpowiedni druk z urzędu pracy. To formalność, która kosztuje 200 dolarów i jest opłacana przez uczelnię. Aby takową dostać trzeba skontaktować się z kadrami i poprosić o druczek. Nie jest to trudne, no ale trudniejsze niż lajkowanie na fejsbooku czy pisanie akronimów dla bezmózgów na twitterze czy zamawianie sojowego latte. Z tymi akronimami mam na myśli pisanie U zamiast "you" czy PJ czyli "pyjama" bo dla pokolenia pokemonów wymowa wyrazu dłuższego niż trzy litery jest trudne. 


Co do samej rezydentury: najdłużej zajęło mi dostanie od uczelni papierów w akceptowanym formacie. Mój staż liczył się jako praca w zawodzie w Kanadzie, ale ci to wedle artykułu " “For a postdoc, it’s pretty insulting when you work 60 hours a week doing research at a Canadian university but the government tells you that is not Canadian work experience,” " - no cóż nie wiem jak te tępaki skończyły szkołę średnią, nie mówiąc już o doktoracie, skoro nie potrafią poczytać, że ich zawód istnieje w systemie NOC (National Occupation Classification), ma numer 4011 i jest klasyfikowany jako pracownik naukowy, między innymi wykładowca, wizytujący profesor czy post-doc. Ale ponieważ system NOC nie jest lajkowalny na fejsbuku to jak widać ciężko czytać. No i nie mówiąc, że ktoś musi bardzo źle pracować skoro musi pracować 60 godzin tygodniowo tak średnio. Po pierwsze tydzień pracy to 35 godzin tygodniowo (8 godzin minus pół godziny przerwy na lunch), na uczelni bywa różnie rzecz jasna, ale część ludzi pracuje z domu, cześć dużo chadza na spotkania itd. System "Expres Entry" jest prosty w obsłudze jak konstrukcja cepa podobnie jak sama aplikacja. Rzecz w opłacaniu wszyściutkiego i poczytania. 

Skąd sama wiem tyle o systemie NOC, LMIA i aplikacjach, że służę innym radą? No cóż, nie mam fejsbooka i umiem na tyle obsługiwać przeglądarkę internetową, gdzie łatwo znaleźć strony jak CanadaVisa czy inne, gdzie znajdują się szczegółowe informacje oraz forum gdzie wszystko jest jasno wyjaśnione. No, ale tam nie ma lajków na fejsa. 

A na koniec małe wyjaśnienie na temat wegańskich głupot z poprzedniego posta. Mam na myśli przypadek idiotów co uwierzyli, że terroryści są dobrzy, lecz niezrozumiani. Dlatego postanowili objechać świat rowerem i pokazać, że ISIS do dobrzy ludzie. Polecam link do całej historii. ""Zło jest sztucznym konceptem, który wymyśliliśmy, aby tłumaczyć sobie złożoność ludzkiej natury"" - twierdził wegetarianin i weganka. No cóż, zostali złożenie zabici ot jak wygląda spotkanie z "dobrymi" terrorystami. No cóż, jak tacy ludzie pracują na wysokich stanowiskach, nic dziwnego, że potem nie potrafią zrozumieć jak działa system NOC, LMIA i wszystko inne, bardziej złożone niż oglądanie zdjęć na Instagramie i robienie selfie.


Czy parytety są potrzebne?

Od zawsze uważałam parytety za głupotę. Co więcej, uważałam, że to rodzaj dyskryminacji, dowodzącej, że jednak chyba jednak coś kuleje równość, skoro trzeba kombinować ze specjalnymi przywilejami. Ostatnio jednak zaczęłam wątpić w owo przekonanie. Nie, nie dlatego, że naraz uznałam by kobiety zgłupiały. Po prostu trafiłam na kanały internetowe takie jak "Black piegeon speaks" i "Computing forever" oraz parę innych. Autorzy słusznie krytykują niekontrolowaną migrację, politykę wielokulturowości czy wariactwo gender, lecz jednocześnie uznają, że kobiety winny wrócić gdzie ich miejsce (czyli do kuchni i dzieci), bo ich malutkie rozumki nie pojmą niczego bardziej złożonego niż przepis na pieczonego indyka i nie są w stanie prowadzić bardziej zaawansowanej rozmowy niż paplanie dodziecka. Być może zatem potrzebne są przepisy, by wymusić uczciwe traktowanie, skoro wciąż pokutuje przekonanie, że kobieta to ograniczony intelektualnie podczłowiek mający służyć panu i władcy. Wiem, zaleciało feminizmem, ale nie znoszę polityki identyfikacyjnej (ang. identitty politics), planów by państwo decydowało za  ludzi jak mają żyć, czy pomysłów systemowego niszczenia ludzi tylko dlatego, że mają dwa chromosomy X a nie X i Y.  A istnieje takie proste podejście,  by żyć i dać żyć innym.

Ogólnie kiedyś myślałam, że tylko w polskiej polityce ma miejsce walka wrogich plemion, gdzie nie ma dyskusji a jedynie uderzanie mieczem dwuręcznym po głowie. Oponent przestał być osobą o odmiennych poglądach, a jest Hitlerem, Trynkiewiczem i Pol Potem w jednym. Kto nie z nami, ten wróg a wroga bij zabij i patelnią w łeb. W Polsce jest to na poziomie PiS i PO, rzekomo między "biedną wsią" a "młodymi wykształconymi", a tutaj jest obóz lewicy konta Trump, a to co wygaduje polska totalitarna opozycja o Jarosławie Kaczyńskim to jeszcze Wersal, no ale w USA walka toczy się o większe koryto, więc bij zabij. Strona lewicowa potraciła już całkiem kontakt z rzeczywistością, zaś słuszne hasła jak równość wobec prawa czy zakaz dyskryminacji są rozumiane jako zakładanie, że nie ma różnic między płciami, między grupami etnicznymi czy po prostu między ludźmi. Dzisiaj rasizmem nie jest chodzenie w marszach Ku Klux Klanu, ale odmowa umawiania się na randkę i współżycia seksualnego z przedstawicielem innej grupy etnicznej. Oczywiście to dotyczy tylko białych. Jeśli są strony randkowe dla Azjatów to nic złego, ale strona tylko dla białych to wrzask wniebogłosy. Pomysł, że nie ma płci i takową można sobie wybrać jest tak głupi, że głowa boli. Ale tutaj całkiem sporo ludzi wierzy, że można mieć płeć niebinarną (ang. non-binary) i że to ponoć biologia. 

Na podobne absurdy musiała powstać odpowiedź. I są ludzie, tacy jak black piegeon i inny, którzy na zasadzie pijaka chodzącego od ściany do ściany, odrzucają wszystko. Marzą o powrocie do starych, "dobrych" czasów (inna rzecz, że to znany fenomen, że przeszłość pamiętamy znacznie lepiej niż była w rzeczywistości), kiedy rodziny miały dziesięcioro dzieci a baba znała swoje miejsce, czyli kuchnię i pieluchy. Ktoś tutaj chyba nie zauważył, że mamy wiek XXI i że w tych "starych, dobrych czasach" przeżywalność dzieci była niższa niż obecnie, ludzie żyli znacznie krócej a świat nie był globalną wioską. Nastąpił wielki skok naukowo-medyczno-techniczny i dożycie 90-lat to dzisiaj nie taka rzadkość jak, za "starych, dobrych czasów", że osoby w wielu emerytalnym nie muszą być wyłączone z życia. I że w cywilizowanych krajach, prócz jedzenia liczy się edukacja i jakość życia, zaś dobra praca wymaga wykształcenia a to kosztuje. Rozumiem sprzeciw wobec szaleństwa gender i multi-kulti, ale czy naprawdę cofnięcie zegarów historii i kilkaset lat ma być rozwiązaniem? Stara sentencja głosi, że nie wchodzi się dwa razy to tej samej rzeki. Czy to się komuś podoba czy nie, świat się zmienia, społeczności ewoluują i nie da się metodą kopiuj wklej wprowadzić rozwiązań sprzed 100 lat. 

W tych rozmowach i walkach plemion, nazwijmy ich płatków śniegu z tradycjonalistami brakuje wyważonej opinii. Płatki śniegu* chcą zdemolować społeczną hierarchię, wszystko rozwalić, bo w anarchii ma tkwić szczęście.  A tak przynajmniej im się wydaje, co dowodzi jak zabójcze dla mózgu jest sojowe latte ze starbusia. Z kolei ci drudzy, chcą zatrzymać i cofnąć rozwój by stworzyć mityczną Arkadię z rzekomo "starych, dobrych czasów". A głosów o tym, jak mądrze łączyć dobre tradycje, szacunek do przeszłości oraz dorobku przodków jest jak na lekarstwo, albo i mniej. Jordan Peterson i Ben Shapiro należą do nielicznych głosów rozsądku w tym jazgocie. W ogóle z kanałów informacyjnych oglądam tylko Fox News, bo reżimowa telewizja w Kanadzie ma tyle sensu co przysłowiowe Radio Erewań i głosi całkowicie oderwane od życia hasła. Ale o tym jak lewica wierzy w siłę nakazów i jak wegańskie bzdury bywają zabójcze opowiem kiedy indziej. Konkludując, słuchając gorących głów tu na miejscu, dochodzę do wniosku, że polska debata publiczna nie jest taka zła, no chyba, że dadzą kogoś wyjątkowo barwnego.

* po ang snowflakes, określenia pokolenia w którym każdy uważa się za wyjątkowego jak płatek śniegu, tak, to te klony młodzieży z nosem w komórce piszące o swoim śniadaniu na fejsie i robiące durne selfie.

Kuba, czyli socjalizm stosowany

Podróż na Kubę przypomina wycieczkę do innego świata. Chodzi mi po głowie piosenka "Kuba wyspa jak wulkan gorąca" i muszę przyznać, że słońce karaibskie przypiekało nawet zimą. Temperatura 25 stopni w końcu grudnia potrafi stanowić miłą odmianę od zimy, dla tych co wolą nieco cieplejsze miejsca. Kuba to jednak miejsce szczególne i sama nie wiem czy polecam wycieczki w podobne regiony. Uważam wycieczkę na Kubę za wielce pouczającą, chociaż sama nie wiem czy mam ochotę takową powtórzyć. Obrazek poniżej nie pochodzi bynajmniej z lat 70-tych czy 60-tych niestety.











Pozdrowienia z Kanady

Pozdrawiam wszystkich, którzy tutaj zaglądają. Nie mam  nastroju na pisanie o polityce, a poza tym sytuacja rodzinna nieco się zmieniła. Radzę z tym sobie jak mogę, ale chyba mój umysł tego nie przyjmuje do wiadomości. Nie chcę o tym za wiele pisać, a jeszcze mniej o absurdach polityki.  Codziennie słyszę obłąkane lewactwo kaleczące język, bo mankind nie jest dość "inclusive" jak mawia premier od sztucznych brwi (premier Kanady przypomina mi Rysia Swetru od Sześciu Króli) i zamiast "he" i "she" trzeba mówić "them" by nie być  transfobem, czy jakoś tak. Pracuję z ludźmi na serio uważającymi, że nie ma płci i wierzącymi, że można sterować światową pogodą. Ponoć jak Bóg chce kogoś pokarać odbiera rozum, a ja mieszkam w wielkim oddziale psychiatrycznym bez nadzoru. Dlatego zacznę o czymś bardziej neutralnym, czyli kuchni i podróżach.

Lubię chleb. Nic nie ma takiego smaku jak polski chleb i każdy za granicą wie, jak ciężko o dobry chleb. W Kanadzie królują tostowe potworki i dmuchane bułki. Nie ważne jak się toto nazywa smakuje jak samo paskudnie.  Za namową mojej cioci postanowiłam upiec chleb, ot tak coś mnie naszło. Za pierwszym razem wyszedł mi zakalec (i tak lepszy niż kanadyjskie chleby), a za drugim coś całkiem smacznego. Nawet nie wiedziałam jak prosto piec chleb! Nie trzeba mieć maszyny ni nic, starczy zwykły piekarnik.  Polecam przepis z moje.wykieki.pl: (https://www.mojewypieki.com/przepis/prosty-chleb-razowy)

    225 g mąki pszennej chlebowej
    450 g mąki razowej chlebowej
    2 łyżeczki soli
    1 łyżeczka drobnego cukru do wypieków
    2 łyżeczki suchych drożdży (8 g) lub 16 g drożdży świeżych
    25 g masła, roztopionego
    450 ml ciepłej wody

Użyłam połowy połowy mąki z przepisu bo brakło mi naczynia. Wymieszałam mąkę, cukier i drożdże z cukrem  a potem dodam wody. Za pierwszym razem chyba zabiłam drożdże zbyt gorącą wodą, teraz dodałam chłodniejszej i ciasto chociaż trochę urosło. Oczywiście dodałam masło jak przestygło, ponownie by nie zabić drożdży. Po wymieszaniu składników trzeba czekać aż ciasto wyrośnie, w ciepłym miejscu. Na przykład piekarniku nagrzanym do 40 stopni, co poradziła mi mama. Chyba kupiłam nie taką mąkę, bo wyszedł chlebek bardziej jak żytni ale w porównaniu z tym badziewiem w sklepach to cud, lekki zakalec, ale mieszkanie w Ameryce Północnej obniża wymagania, kto mieszka za granicą ten docenia polskie jedzenie. Ach, aż mi ślinka cieknie na myśl o drożdżówce czy kruchym cieście. Dobry chleb mają w polskim sklepie, ale to ode mnie daleko a jak się nauczę pieczenia i takich tam nie będę musiała tłuc się przez pół miasta.

Odwiedziłam także Polskę z okazji wakacji. Wyjazdy zagraniczne mnie nie kręcą, a w Polsce mamy wiele miejsc do zwiedzania. Byłam na konferencji pod Vancoucwer a potem na szkoleniu w Seattle i przerobiłam zagranicę.  Ceny nad Bałtykiem zniechęcają, ale przynajmniej nie ma nachodźców a to już coś. Jak patrzę co się dzieje w Europie  jestem przerażona i wiem, że to przyszłość Kanady za parę lat.

Kiedy wyjeżdżałam do Kanady byłam zła, zdenerwowana systemem, lecz ponad cztery lata za granicą dały wiele do myślenia. Ani w Polsce nie jest tak źle, ani za granicą tak wspaniale. Wszędzie są jakieś minusy, lecz w kraju jest się u siebie a gdzie indziej tkwi u obcych, w wielokulturowym zamieszaniu. Nie wiem czy i na ile zostanę w Kanadzie. Być może wrócę by wykorzystać w Polsce zdobytą wiedzę i doświadczenie. Tak czy siak, uważam, że wyjazdy otwierają oczy.

Czy ktoś z Gości zna może przepis na prostą pieczeń? Wędliny są takie sobie (**eufemizm**), a jak pomyślę ile jest mięsa w wędlinie, to aż ciarki chodzą po plecach.

Moje spotkania z wyznawcami islamu

Pod moim poprzednim wpisem wywiązała się dyskusja na temat imigracji, islamu, co mnie cieszy i co było zamiarem. Teraz chciałam nieco napisać o moich kontaktach tutaj w Kanadzie z wyznawcami tej religii. Kontaktach głównie na gruncie zawodowym, ale też i trochę prywatnym. Kontaktach całkiem dobrych i właściwie dużo lepszych niż na przykład z Hindusami. O ile z Hindusami miałam niezgorsze kontakty zawodowe to wszystko poza pracą było fatalne i ograniczało się do żałosnych prób podrywu przez żonatych facetów szukających taniej zabawki. No, ale wracając do muzułmanów.. w większości to byli imigranci z Iranu, sami siebie nazywający Persami. Osoby wykształcone, autentycznie uciekające przed religijnym zamordyzmem co wyrażało się noszeniem europejskich strojów i zachowaniu. 

Zalinkowane zdjęcie znalazłam na portalu euroislam.pl a pochodzi ze strony, gdzie Iranki  walczą o prawo odkrywania włosów. Tak, w Iranie za odsłonięcie włosów grozi kobiecie odpowiedzialność karna. Oczywiście żadna z zachodnich pseudo-feministek walczących z wyimaginowanym patriarchatem nie wsparła tych dzielnych kobiet. Moje znajome Iranki nie nosiły żadnych chust i generalnie były to najbardziej eleganckie dziewczyny jakie spotkałam. W Toronto większość kobiet ubiera się byle jak, zaś najbardziej eleganckie są Koreanki i Iranki (lub inne kobiety z Bliskiego Wschodu nie noszące chust czy zasłon). Moje znajome łączyło to, że a) były wierzące acz nie znosiły religijnego zamordyzmu; b) chciały decydować o sobie, ale szanowały tradycję i rodzinę; c) uważały europejską politykę migracyjną za głupią. 

Ostatnie rządy, czyli jak upaść na własne życzenie

Globalne oci(e)plenie zaatakowało w Toronto i z tej okazji od wczoraj mamy śnieżycę. Śnieżyca potrwa przynajmniej do jutra więc czego jak czego, ale białego puchu nie zabraknie w najbliższe dni. Lecz oczywiście i tak trzeba dołożyć podatek węglowy, oczywiście dla dobra wszystkich, bo demokracja liberalna się wielce o każdego troszczy. Czy tylko mnie demokracja liberalna przypomina ludową?

Obejrzałam niedawno zalinkowany dokument o ostatnim cesarzu Rzymu i sytuacji Zachodniego Cesarstwa w V wieku n.e. Polecam obejrzeć dokument, ale parę stwierdzeń mnie uderzyło: większa część rzymskiej armii tamtych czasów to byli barbarzyńcy, głównie Germanie. Przybywający dawniej barbarzyńcy romanizowali się: uczyli łaciny, nosili wedle rzymskiej mody i zasadniczo bardzo chcieli stać Rzymianami. W V wieku zaś odróżniali strojem, językiem i zwyczajami. Jako odpowiedź na rosnące zagrożenie ze strony Hunów oraz Burgundów, władze Rzymu oddawali im kolejne tereny. Mniej terenów to mniejsze dochody, mniej pieniędzy na wojsko i rosnąca słabość. To się nazywa błędne koło. Brzmi znajomo, czyż nie?

Pokłosie zaniedbań, czyli o polityce historycznej słów kilka

Jak wiedzą stali Czytelnicy mojego bloga, interesuję się historią. Historia naprawdę może nas wiele nauczyć, łącznie z tym, że wszystko już było i rozwiązania można przewidzieć. Już w 2012 roku pisałam o nieszczęściach jakie wynikną z "Arabskiej Wiosny" a jeszcze na Onecie, dużo wcześniej, że rozbiór Serbii jakim było oderwanie Kosowa doprowadzi do nieszczęścia. Uznając Kosowo UE sprowokowała rosyjską inwazję na Krym, zamieszanie z referendum w Katalonii i kto wie co jeszcze. Tworzenie precedensu zawsze się mści i otwiera puszkę Pandory. Oczywiście, jak uczy nas historia, decydenci nie znają historii i co rusz powtarzają te same błędy. Niech za przykład posłuży fakt, że i Napoleon i Hitler ruszyli na Rosję w chłodniejszą część roku licząc na szybkie zwycięstwo i obaj ponieśli porażkę. Historia może stanowić użyteczne narzędzie polityki, o czym wiedzą Niemcy, Żydzi czy Turcy, lecz co powoli dociera do polskich polityków. Znaczy dociera, ale poza gadaniem i powoływaniem fundacji (z dyrektorami) niewiele z tego wynika. Piszę o tym w sprawie awantury na linii Polska-Izrael i co rusz pojawiającej się frazy "polskie obozy śmierci". Dziwię się, że ktokolwiek się dziwi takim reakcjom po latach prowadzenia pedagogiki wstydu, promowania Jana Tomasza Grossa, filmów jak "Pokłosie" czy przepraszania za Jedwabne. 

To nie tak, że przez większą część PRL-bis, czyli III RP nie  było w Polsce polityki historycznej. Była, lecz nie  miała owa polityka na celu służenia Polsce i Polakom, lecz internacjonalistycznym, postmodernistycznym środowiskom, żywiących nienawiść do europejskiej kultury, zasad i wiary chrześcijańskiej. Ilekroć słucham mediów mainstreamu tutaj czy różnych ponoć nowoczesnych partii w Polsce, skowyt ten  sam. No i pedagogika wstydu: Polak ma się wstydzić polskości, a biały człowiek swej kultury. Jak wiemy "abreit macht frei" to zdanie w starej polszczyźnie w średniowiecznej Europie bili murzynów. Oczywiście cała ta gra bardzo odpowiada Niemcom, którzy chcą obarczyć swe ofiary własnymi zbrodniami. A środowiska promujące "Pokłosie" z pewnością takowym pomagają. Jakże mają nas za granicą widzieć, skoro tak mówimy? Tłumaczyłam na spotkaniu w piątek znajomej Niemce, że Auschwitz było niemiecką inicjatywą i że tylu Polaków ratowało Żydów, że zabrakło drzew w  Yad Vashem. Nie protestowała, po prostu musiała przyswoić wiedzę. Czemu o tym piszę?

Kształt wody, czyli jak ideologia niszczy wyobraźnię

W zeszłym tygodniu byłam z koleżanką na filmie "Kształt wody" (ang. "The shape of the water") w reżyserii Guillermo del Toro. Ponieważ wcześniej widziałam "Labirynt Fauna", "Hellboya" czy wreszcie "Kręgosłup diabła" w reżyserii del Toro, moje oczekiwania były bardzo wysokie. Oczekiwałam interesującej, pełnej symboliki historii pełnej potworów, niewinnych dziewczynek odkrywających tajemnicę i oczywiście czarnych charakterów, zaś na koniec nie było do końca pewne co właściwie zaszło. Nic takiego nie miało miejsca w przypadku najnowszego filmu. Co prawda fakt, że del Toro brał udział w tworzeniu "Hobbita" winien stanowić znak jak bardzo reżyser idzie w stronę najgorszej, najbardziej tandetnej komercji. Miałam jednak w pamięci "Labirynt Fauna" i miałam oczekiwania.

Małe kłamstwa, wielkie kłamstwa i liberalne media

Kiedyś mówiono, że są małe kłamstwa, wielkie kłamstwa oraz statystyka. Tak było dopóki nie zamieszkałam w Kanadzie, w krainie sprawiedliwości społecznej i demokracji liberalnej prawda to groźna rzecz trzeba mówić nowomową. Czasem czuję się żaba we wrzątku patrząc wokół siebie, bowiem pewne rzeczy są tak absurdalne, że aż nie wiem czy wszyscy wokół oślepli czy ja mam może skrzywione spojrzenie. 

Kanada to bogaty kraj niebogatych ludzi zarządzanych przez skrzyżowanie Angeli Merkel z Emmanuelem Macronem. Wywołać kryzys migracyjny będąc tysiące kilometrów od stref wojny i granicząc tylko ze Stanami od południa i biegunem na północy to osiągnięcie, ale sprawiedliwa Justynka [1] daje radę, zapraszając radośnie nielegalnych imigrantów ze Stanów do Kanady i robiąc zdumione oczka, że naraz imigranci gdzieś po lasach zginęli. No, ale o tym się nie usłyszy w Dzienniku Telewizyjnym, pardon CBC News, za to można usłyszeć całkiem sporo tzw. fake news. Nie cierpię wtrętów z angielskiego zaśmiecających piękną polszczyznę, więc zacznę odtąd używać określenia dosadnego łgarstwo. No chyba, że nie znam tłumaczenia.