Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ogólne/general. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ogólne/general. Pokaż wszystkie posty

Problemy sojowych dzieci

Odkąd szukałam stażu za granicą w 2014, mam subskrypcję do Nature Jobs i dostaję cotygodniową porcję propagandy, pardon newsletter jak to się ładnie nazywa. Zwykle wyrzucam śmieci, ale ostatnio znalazłam coś, co nawet na tle lewackiego bełkotu uderza głupotą. Więcej można poczytać tutaj.   Tytuł posta to nawiązanie do soy boy, czyli określenia na niemęskiego faceta, który pije sojowe mleko (bo to niby zdrowe) i zachowuje jak to ładnie nazywano jak zniewieściały, do tego jest rzecz jasna lewakiem.

Podobno kanadyjski system imigracyjny jest trudny, czyżby już toczenie piany na Trumpa wyszło z mody? A może po prostu trzeba ponarzekać, że w ogóle są granice, bo przecież mamy mieć raj bez granic, państw, zamieszkały przez wielorasowych konsumentów dla których ajfony, selfiki i seks z kim i z czym popadnie to cel i sens  życia, a kto chce czegoś więcej ten zły i sieje defetyzm. Lecz wracając do zalinkowanego fragmentu propagandy.  

Jako osoba mieszkająca w Kanadzie od ponad czterech lat i mająca  stały pobyt (permament resident status, PR coś jak zielona karta) mogę powiedzieć, że cały ten artykuł to stek bzdur. Dostanie pozwolenia na pracę czy przedłużenie takowego to żaden problem, ot kwestia wypełnienia formularza podając swoje dane osobowe i dane pracodawcy plus opłata administracyjna. Całość wysyła się przez internet, na swoim profilu na stronie urzędu imigracyjnego. Do aplikacji trzeba załączyć umowę o pracę lub promesę zatrudnienia (dla mnie starczał list od szefa że zatrudni mnie jako post-docka tu i tu za taką a taką płacę na pełen etat) plus informacja, że nie podlegam systemowi LMIA (ang. labour marker impact assesment). System LMIA, o czym nie wie niedouczone lewactwo pijące latte w starbusiu, istnieje wszędzie. Oznacza to ochronę rynku pracy, czyli zasadę, że na dane stanowisko można zatrudnić cudzoziemca wtedy i tylko wtedy gdy nie ma na to miejsce obywatela Kanady czy rezydenta. Rzecz jasna od tej reguły są wyjątki. 

Osoby pracujące na uczelni, wyższa kadra bankowa, programiści nie podlegają LMIA i do aplikacji trzeba dołączyć odpowiedni druk z urzędu pracy. To formalność, która kosztuje 200 dolarów i jest opłacana przez uczelnię. Aby takową dostać trzeba skontaktować się z kadrami i poprosić o druczek. Nie jest to trudne, no ale trudniejsze niż lajkowanie na fejsbooku czy pisanie akronimów dla bezmózgów na twitterze czy zamawianie sojowego latte. Z tymi akronimami mam na myśli pisanie U zamiast "you" czy PJ czyli "pyjama" bo dla pokolenia pokemonów wymowa wyrazu dłuższego niż trzy litery jest trudne. 


Co do samej rezydentury: najdłużej zajęło mi dostanie od uczelni papierów w akceptowanym formacie. Mój staż liczył się jako praca w zawodzie w Kanadzie, ale ci to wedle artykułu " “For a postdoc, it’s pretty insulting when you work 60 hours a week doing research at a Canadian university but the government tells you that is not Canadian work experience,” " - no cóż nie wiem jak te tępaki skończyły szkołę średnią, nie mówiąc już o doktoracie, skoro nie potrafią poczytać, że ich zawód istnieje w systemie NOC (National Occupation Classification), ma numer 4011 i jest klasyfikowany jako pracownik naukowy, między innymi wykładowca, wizytujący profesor czy post-doc. Ale ponieważ system NOC nie jest lajkowalny na fejsbuku to jak widać ciężko czytać. No i nie mówiąc, że ktoś musi bardzo źle pracować skoro musi pracować 60 godzin tygodniowo tak średnio. Po pierwsze tydzień pracy to 35 godzin tygodniowo (8 godzin minus pół godziny przerwy na lunch), na uczelni bywa różnie rzecz jasna, ale część ludzi pracuje z domu, cześć dużo chadza na spotkania itd. System "Expres Entry" jest prosty w obsłudze jak konstrukcja cepa podobnie jak sama aplikacja. Rzecz w opłacaniu wszyściutkiego i poczytania. 

Skąd sama wiem tyle o systemie NOC, LMIA i aplikacjach, że służę innym radą? No cóż, nie mam fejsbooka i umiem na tyle obsługiwać przeglądarkę internetową, gdzie łatwo znaleźć strony jak CanadaVisa czy inne, gdzie znajdują się szczegółowe informacje oraz forum gdzie wszystko jest jasno wyjaśnione. No, ale tam nie ma lajków na fejsa. 

A na koniec małe wyjaśnienie na temat wegańskich głupot z poprzedniego posta. Mam na myśli przypadek idiotów co uwierzyli, że terroryści są dobrzy, lecz niezrozumiani. Dlatego postanowili objechać świat rowerem i pokazać, że ISIS do dobrzy ludzie. Polecam link do całej historii. ""Zło jest sztucznym konceptem, który wymyśliliśmy, aby tłumaczyć sobie złożoność ludzkiej natury"" - twierdził wegetarianin i weganka. No cóż, zostali złożenie zabici ot jak wygląda spotkanie z "dobrymi" terrorystami. No cóż, jak tacy ludzie pracują na wysokich stanowiskach, nic dziwnego, że potem nie potrafią zrozumieć jak działa system NOC, LMIA i wszystko inne, bardziej złożone niż oglądanie zdjęć na Instagramie i robienie selfie.


Czy parytety są potrzebne?

Od zawsze uważałam parytety za głupotę. Co więcej, uważałam, że to rodzaj dyskryminacji, dowodzącej, że jednak chyba jednak coś kuleje równość, skoro trzeba kombinować ze specjalnymi przywilejami. Ostatnio jednak zaczęłam wątpić w owo przekonanie. Nie, nie dlatego, że naraz uznałam by kobiety zgłupiały. Po prostu trafiłam na kanały internetowe takie jak "Black piegeon speaks" i "Computing forever" oraz parę innych. Autorzy słusznie krytykują niekontrolowaną migrację, politykę wielokulturowości czy wariactwo gender, lecz jednocześnie uznają, że kobiety winny wrócić gdzie ich miejsce (czyli do kuchni i dzieci), bo ich malutkie rozumki nie pojmą niczego bardziej złożonego niż przepis na pieczonego indyka i nie są w stanie prowadzić bardziej zaawansowanej rozmowy niż paplanie dodziecka. Być może zatem potrzebne są przepisy, by wymusić uczciwe traktowanie, skoro wciąż pokutuje przekonanie, że kobieta to ograniczony intelektualnie podczłowiek mający służyć panu i władcy. Wiem, zaleciało feminizmem, ale nie znoszę polityki identyfikacyjnej (ang. identitty politics), planów by państwo decydowało za  ludzi jak mają żyć, czy pomysłów systemowego niszczenia ludzi tylko dlatego, że mają dwa chromosomy X a nie X i Y.  A istnieje takie proste podejście,  by żyć i dać żyć innym.

Ogólnie kiedyś myślałam, że tylko w polskiej polityce ma miejsce walka wrogich plemion, gdzie nie ma dyskusji a jedynie uderzanie mieczem dwuręcznym po głowie. Oponent przestał być osobą o odmiennych poglądach, a jest Hitlerem, Trynkiewiczem i Pol Potem w jednym. Kto nie z nami, ten wróg a wroga bij zabij i patelnią w łeb. W Polsce jest to na poziomie PiS i PO, rzekomo między "biedną wsią" a "młodymi wykształconymi", a tutaj jest obóz lewicy konta Trump, a to co wygaduje polska totalitarna opozycja o Jarosławie Kaczyńskim to jeszcze Wersal, no ale w USA walka toczy się o większe koryto, więc bij zabij. Strona lewicowa potraciła już całkiem kontakt z rzeczywistością, zaś słuszne hasła jak równość wobec prawa czy zakaz dyskryminacji są rozumiane jako zakładanie, że nie ma różnic między płciami, między grupami etnicznymi czy po prostu między ludźmi. Dzisiaj rasizmem nie jest chodzenie w marszach Ku Klux Klanu, ale odmowa umawiania się na randkę i współżycia seksualnego z przedstawicielem innej grupy etnicznej. Oczywiście to dotyczy tylko białych. Jeśli są strony randkowe dla Azjatów to nic złego, ale strona tylko dla białych to wrzask wniebogłosy. Pomysł, że nie ma płci i takową można sobie wybrać jest tak głupi, że głowa boli. Ale tutaj całkiem sporo ludzi wierzy, że można mieć płeć niebinarną (ang. non-binary) i że to ponoć biologia. 

Na podobne absurdy musiała powstać odpowiedź. I są ludzie, tacy jak black piegeon i inny, którzy na zasadzie pijaka chodzącego od ściany do ściany, odrzucają wszystko. Marzą o powrocie do starych, "dobrych" czasów (inna rzecz, że to znany fenomen, że przeszłość pamiętamy znacznie lepiej niż była w rzeczywistości), kiedy rodziny miały dziesięcioro dzieci a baba znała swoje miejsce, czyli kuchnię i pieluchy. Ktoś tutaj chyba nie zauważył, że mamy wiek XXI i że w tych "starych, dobrych czasach" przeżywalność dzieci była niższa niż obecnie, ludzie żyli znacznie krócej a świat nie był globalną wioską. Nastąpił wielki skok naukowo-medyczno-techniczny i dożycie 90-lat to dzisiaj nie taka rzadkość jak, za "starych, dobrych czasów", że osoby w wielu emerytalnym nie muszą być wyłączone z życia. I że w cywilizowanych krajach, prócz jedzenia liczy się edukacja i jakość życia, zaś dobra praca wymaga wykształcenia a to kosztuje. Rozumiem sprzeciw wobec szaleństwa gender i multi-kulti, ale czy naprawdę cofnięcie zegarów historii i kilkaset lat ma być rozwiązaniem? Stara sentencja głosi, że nie wchodzi się dwa razy to tej samej rzeki. Czy to się komuś podoba czy nie, świat się zmienia, społeczności ewoluują i nie da się metodą kopiuj wklej wprowadzić rozwiązań sprzed 100 lat. 

W tych rozmowach i walkach plemion, nazwijmy ich płatków śniegu z tradycjonalistami brakuje wyważonej opinii. Płatki śniegu* chcą zdemolować społeczną hierarchię, wszystko rozwalić, bo w anarchii ma tkwić szczęście.  A tak przynajmniej im się wydaje, co dowodzi jak zabójcze dla mózgu jest sojowe latte ze starbusia. Z kolei ci drudzy, chcą zatrzymać i cofnąć rozwój by stworzyć mityczną Arkadię z rzekomo "starych, dobrych czasów". A głosów o tym, jak mądrze łączyć dobre tradycje, szacunek do przeszłości oraz dorobku przodków jest jak na lekarstwo, albo i mniej. Jordan Peterson i Ben Shapiro należą do nielicznych głosów rozsądku w tym jazgocie. W ogóle z kanałów informacyjnych oglądam tylko Fox News, bo reżimowa telewizja w Kanadzie ma tyle sensu co przysłowiowe Radio Erewań i głosi całkowicie oderwane od życia hasła. Ale o tym jak lewica wierzy w siłę nakazów i jak wegańskie bzdury bywają zabójcze opowiem kiedy indziej. Konkludując, słuchając gorących głów tu na miejscu, dochodzę do wniosku, że polska debata publiczna nie jest taka zła, no chyba, że dadzą kogoś wyjątkowo barwnego.

* po ang snowflakes, określenia pokolenia w którym każdy uważa się za wyjątkowego jak płatek śniegu, tak, to te klony młodzieży z nosem w komórce piszące o swoim śniadaniu na fejsie i robiące durne selfie.

Pozdrowienia z Kanady

Pozdrawiam wszystkich, którzy tutaj zaglądają. Nie mam  nastroju na pisanie o polityce, a poza tym sytuacja rodzinna nieco się zmieniła. Radzę z tym sobie jak mogę, ale chyba mój umysł tego nie przyjmuje do wiadomości. Nie chcę o tym za wiele pisać, a jeszcze mniej o absurdach polityki.  Codziennie słyszę obłąkane lewactwo kaleczące język, bo mankind nie jest dość "inclusive" jak mawia premier od sztucznych brwi (premier Kanady przypomina mi Rysia Swetru od Sześciu Króli) i zamiast "he" i "she" trzeba mówić "them" by nie być  transfobem, czy jakoś tak. Pracuję z ludźmi na serio uważającymi, że nie ma płci i wierzącymi, że można sterować światową pogodą. Ponoć jak Bóg chce kogoś pokarać odbiera rozum, a ja mieszkam w wielkim oddziale psychiatrycznym bez nadzoru. Dlatego zacznę o czymś bardziej neutralnym, czyli kuchni i podróżach.

Lubię chleb. Nic nie ma takiego smaku jak polski chleb i każdy za granicą wie, jak ciężko o dobry chleb. W Kanadzie królują tostowe potworki i dmuchane bułki. Nie ważne jak się toto nazywa smakuje jak samo paskudnie.  Za namową mojej cioci postanowiłam upiec chleb, ot tak coś mnie naszło. Za pierwszym razem wyszedł mi zakalec (i tak lepszy niż kanadyjskie chleby), a za drugim coś całkiem smacznego. Nawet nie wiedziałam jak prosto piec chleb! Nie trzeba mieć maszyny ni nic, starczy zwykły piekarnik.  Polecam przepis z moje.wykieki.pl: (https://www.mojewypieki.com/przepis/prosty-chleb-razowy)

    225 g mąki pszennej chlebowej
    450 g mąki razowej chlebowej
    2 łyżeczki soli
    1 łyżeczka drobnego cukru do wypieków
    2 łyżeczki suchych drożdży (8 g) lub 16 g drożdży świeżych
    25 g masła, roztopionego
    450 ml ciepłej wody

Użyłam połowy połowy mąki z przepisu bo brakło mi naczynia. Wymieszałam mąkę, cukier i drożdże z cukrem  a potem dodam wody. Za pierwszym razem chyba zabiłam drożdże zbyt gorącą wodą, teraz dodałam chłodniejszej i ciasto chociaż trochę urosło. Oczywiście dodałam masło jak przestygło, ponownie by nie zabić drożdży. Po wymieszaniu składników trzeba czekać aż ciasto wyrośnie, w ciepłym miejscu. Na przykład piekarniku nagrzanym do 40 stopni, co poradziła mi mama. Chyba kupiłam nie taką mąkę, bo wyszedł chlebek bardziej jak żytni ale w porównaniu z tym badziewiem w sklepach to cud, lekki zakalec, ale mieszkanie w Ameryce Północnej obniża wymagania, kto mieszka za granicą ten docenia polskie jedzenie. Ach, aż mi ślinka cieknie na myśl o drożdżówce czy kruchym cieście. Dobry chleb mają w polskim sklepie, ale to ode mnie daleko a jak się nauczę pieczenia i takich tam nie będę musiała tłuc się przez pół miasta.

Odwiedziłam także Polskę z okazji wakacji. Wyjazdy zagraniczne mnie nie kręcą, a w Polsce mamy wiele miejsc do zwiedzania. Byłam na konferencji pod Vancoucwer a potem na szkoleniu w Seattle i przerobiłam zagranicę.  Ceny nad Bałtykiem zniechęcają, ale przynajmniej nie ma nachodźców a to już coś. Jak patrzę co się dzieje w Europie  jestem przerażona i wiem, że to przyszłość Kanady za parę lat.

Kiedy wyjeżdżałam do Kanady byłam zła, zdenerwowana systemem, lecz ponad cztery lata za granicą dały wiele do myślenia. Ani w Polsce nie jest tak źle, ani za granicą tak wspaniale. Wszędzie są jakieś minusy, lecz w kraju jest się u siebie a gdzie indziej tkwi u obcych, w wielokulturowym zamieszaniu. Nie wiem czy i na ile zostanę w Kanadzie. Być może wrócę by wykorzystać w Polsce zdobytą wiedzę i doświadczenie. Tak czy siak, uważam, że wyjazdy otwierają oczy.

Czy ktoś z Gości zna może przepis na prostą pieczeń? Wędliny są takie sobie (**eufemizm**), a jak pomyślę ile jest mięsa w wędlinie, to aż ciarki chodzą po plecach.

Moje spotkania z wyznawcami islamu

Pod moim poprzednim wpisem wywiązała się dyskusja na temat imigracji, islamu, co mnie cieszy i co było zamiarem. Teraz chciałam nieco napisać o moich kontaktach tutaj w Kanadzie z wyznawcami tej religii. Kontaktach głównie na gruncie zawodowym, ale też i trochę prywatnym. Kontaktach całkiem dobrych i właściwie dużo lepszych niż na przykład z Hindusami. O ile z Hindusami miałam niezgorsze kontakty zawodowe to wszystko poza pracą było fatalne i ograniczało się do żałosnych prób podrywu przez żonatych facetów szukających taniej zabawki. No, ale wracając do muzułmanów.. w większości to byli imigranci z Iranu, sami siebie nazywający Persami. Osoby wykształcone, autentycznie uciekające przed religijnym zamordyzmem co wyrażało się noszeniem europejskich strojów i zachowaniu. 

Zalinkowane zdjęcie znalazłam na portalu euroislam.pl a pochodzi ze strony, gdzie Iranki  walczą o prawo odkrywania włosów. Tak, w Iranie za odsłonięcie włosów grozi kobiecie odpowiedzialność karna. Oczywiście żadna z zachodnich pseudo-feministek walczących z wyimaginowanym patriarchatem nie wsparła tych dzielnych kobiet. Moje znajome Iranki nie nosiły żadnych chust i generalnie były to najbardziej eleganckie dziewczyny jakie spotkałam. W Toronto większość kobiet ubiera się byle jak, zaś najbardziej eleganckie są Koreanki i Iranki (lub inne kobiety z Bliskiego Wschodu nie noszące chust czy zasłon). Moje znajome łączyło to, że a) były wierzące acz nie znosiły religijnego zamordyzmu; b) chciały decydować o sobie, ale szanowały tradycję i rodzinę; c) uważały europejską politykę migracyjną za głupią. 

Ostatnie rządy, czyli jak upaść na własne życzenie

Globalne oci(e)plenie zaatakowało w Toronto i z tej okazji od wczoraj mamy śnieżycę. Śnieżyca potrwa przynajmniej do jutra więc czego jak czego, ale białego puchu nie zabraknie w najbliższe dni. Lecz oczywiście i tak trzeba dołożyć podatek węglowy, oczywiście dla dobra wszystkich, bo demokracja liberalna się wielce o każdego troszczy. Czy tylko mnie demokracja liberalna przypomina ludową?

Obejrzałam niedawno zalinkowany dokument o ostatnim cesarzu Rzymu i sytuacji Zachodniego Cesarstwa w V wieku n.e. Polecam obejrzeć dokument, ale parę stwierdzeń mnie uderzyło: większa część rzymskiej armii tamtych czasów to byli barbarzyńcy, głównie Germanie. Przybywający dawniej barbarzyńcy romanizowali się: uczyli łaciny, nosili wedle rzymskiej mody i zasadniczo bardzo chcieli stać Rzymianami. W V wieku zaś odróżniali strojem, językiem i zwyczajami. Jako odpowiedź na rosnące zagrożenie ze strony Hunów oraz Burgundów, władze Rzymu oddawali im kolejne tereny. Mniej terenów to mniejsze dochody, mniej pieniędzy na wojsko i rosnąca słabość. To się nazywa błędne koło. Brzmi znajomo, czyż nie?

Żyję



Przepraszam za moje zniknięcie. Absolutny brak wolnego czasu robi swoje, zaś jak wracam do domu po 9-ciu lub więcej godzinach pracy na bloga, a już na pewno na opisywanie absurdów polskiej rzeczywistości, które z daleka wyglądają jeszcze bardziej absurdalnie, jakby człowiek słuchał opowieści o jakimś odlocie po czymś mocniejszym. Zgodnie z zasadą, że „zły to ptak co kala własne gniazdo”, prawie nic nie mówię o III RP, bo co tu powiedzieć? Rzeczywistość w której politycy mają gdzieś interes kraju którym rządzą, gdzie media głównego nurtu jedyne co potrafią to wmawiać Polakom by się wstydzili swej polskości, gdzie bycie uczciwym patriotą to frajerstwo nie nadaje się do opowiadania cudzoziemcom. A jak jesteśmy przy polityce, nie ma osoby która by mnie nie spytała dlaczego potrzebuję wizy do Stanów. Mój supervisor przy każdej okazji podkreśla „Przecież Polska jest w NATO i Unii, jest takim dobrym sojusznikiem Stanów”. Cóż jak jednym zdaniem podsumować nieudolne, delikatnie mówiąc rządy? Wzruszam ramionami i odpowiadam „Co z tego, skoro rządzą nieudacznicy mający gdzieś interes narodowy”.

Tym razem pozytywnie



Dzisiejszy tekst stanowi odpowiedź na komentarz Jeanette pod poprzednim postem. Jeanette zwróciła uwagę na mój dość negatywny wydźwięk komentarzy na temat sytuacji w Polsce. Postanowiłam więc napisać coś w nieco innym klimacie. Co prawda na temat III RP, systemu, rozdętego nepotyzmu i kolesiostwa blokującego młodych ludzi, nędznych płac, nierozliczonych afer, systemowej pogardy dla człowieka, drożyzny, braku perspektyw ciężko napisać coś pozytywnego. Warto jednak pamiętać, że w tym szaleństwie są też ludzie, porządni mimo wszystko bo kraj to nie tylko ta chora otoczka ale i mieszkańcy (co zauważyła słusznie Jeanette). Zatem wspomnę dzisiaj świetnych ludzi których spotkałam, a im dłużej patrzę i porównuję tym bardziej ich podziwiam. Kolejność jest przypadkowa, w żadnym wypadku nie mająca na celu wskazanie ważniejszych i mniej ważnych osób. Zaś o zakłamaniu "polskich" elit w sprawie malezyjskiego samolotu, afery taśmowej i sprawy prof. Chazana zdążę napisać.

Modowym faszystom mówię nie!



Jakiś czas temu, w ramach sprawdzenia co tam w mainstreamie słychać, weszłam na portal natemat.pl. ot żeby sprawdzić co za papką karmieni są „młodzi, wykształceni” i jakim cudem wciąż popierają PO. Przy odpowiednich dawkach papki myślenie wysiada, zaś komentarze na temat najnowszych wydarzeń były do bólu przewidywalne: Kaczyński przypadł, Tusk klasa, Chazan zły, Grodzka dobra, Kościół zły, Palikot dobry. I tak w kółko Macieju nie ważne o co chodzi, jaki temat i czy przypadkiem ten burdel zwany III RP zaraz się nie posypie. Zamierzam przejść do lżejszego tematu, czyli speców od mody, tudzież modowych cudaków czy faszystów.

Polaczek mały



Polaczek mały to dość irytujący typ człowieczka, czyniący wszelką konieczność przebywania z nim nieznośną. Uprzedzając pytania wyjaśniam, że nazwa „polaczek mały” nie jest zastrzeżona dla osób narodowości polskiej, bowiem chodzi o pewien zestaw cech charakteru i reakcji. I dotyczy osobników płci obojga, chociaż wedle politpoprawnego bełkotu płci jest więcej a ile nie wiadomo. Przymiotnik „mały” nie oznacza wzrostu mierzonego w centymetrach, lecz sposób zachowania Przykładowo mój obecny supervisor (w porządku człowiek) jest ode mnie niższy, zaś polska szefowa (elegancka kobieta mojego wzrostu) stanowiła chlubny przykład wysokiej klasy i damy przez duże D.  Innymi słowy, polaczek mały to cham lub nowobogacki. Skąd więc nazwa „polaczek mały” (cóż jakoś nie wymyśliłam dobrej żeńskiej formy, chociaż może winnam napisać też „polaczka mała”)?  Pewnie dlatego, że w kraju gdzie prawo pracy to fikcja, nie ma szacunku dla pracownika, zaś w instytucjach państwowych kwitnie w najlepsze kolesiostwo, nepotyzm  i brak uczciwej konkurencji takie osobniki mają się szczególnie dobrze.  Teoretycznie istnieje prawo pracy i związki zawodowe. Proponuję spróbować takowy założyć w korporacji czy  agencji reklamowej i żądać zapłaty za nadgodziny! Jak słusznie zauważył Kurna Maciek, gdzie nie ma klasy średniej, gdzie panuje oligarchia i neofeudalizm (czyli we wszelkiej maści republikach bananowych) takowe osobniki występują szczególnie licznie. Czemu piszę o tym akurat teraz? Bo pewne obserwacje naraz jawią się kryształowo czystymi. Coś co wcześniej nie uderzało zbyt mocno, teraz mówiąc kolokwialnie daje po oczach jak lampa halogenowa.

Szczęściu trzeba pomóc


Do napisania tekstu o  wspominanym tytule zainspirował mnie komentarz An-Ki pod ostatnim postem. Przypomniało mi to pewne dyskusje, które toczyłam jakiś czas temu. Jak to jest z pechowcami i szczęściarami? Czy niektórym los zawsze rzuca kłody pod nosi a innym róże? A może prawda jak zwykle leży gdzieś pośrodku? Manna z nieba raczej nie pada, ale jeśli pada trzeba umieć ją odróżnić od śniegu. Umieć patrzeć innymi słowy być przygotowanym? Kiedy Newtonowi, wedle popularnej anegdoty, jabłko spadło spadło na głowę opisał zjawisko prawa ciążenia. Kto inny pewnie by puścił soczystą wiązankę o głupim drzewie itd.. i w tym właśnie rzecz. W przygotowaniu i patrzeniu.

Marzenia się spełniają


Tak, spełniają chociaż czasem trzeba na to poczekać :-) Gdybym usłyszała podobne zdanie z rok, nawet pół roku temu, pewnie bym prychnęła i obwarczała mówiącego. Wówczas nie wiedziałam o szansy co się pojawi, nie sądziłam, że kiedykolwiek rozwinę skrzydła (nawet sobie nie zdawałam sprawy z ich istnienia!), że moje wyobrażenie o zawodowym życiu to coś więcej niż mrzonka. Wątpiłam, że kiedykolwiek wyjadę na dłuższy czas, że będę miała okazje chodzić na spotkania z różnymi naukowcami, ze ludźmi wspierającymi naukę, jeździć na szkolenia, spotykać ludzi. W III RP nauka mało kogo obchodzi („gender”, „obrona dzieci nienarodzonych”, „związki partnerskie”) są znacznie ważniejsze niż rozwój kraju, innowacyjność. Wiele się mówi, słusznie, o braku innowacyjności, braku związków nauki i biznesu itd. Ale innowacyjność nie rośnie na drzewach. Chcecie mieć dobrej klasy specjalistów, co uczciwie i solidnie pracują. To do jasnej cholery umożliwcie im pracę, a nie przeszkadzacie i zniechęcacie. Od durnej biurokracji, poprzez klany okupujące uczelnie aż po żenujące pensje skończywszy.

Wifi na pustyni

Wróciłam z moich wojaży. Właściwie nie byłam jakoś bardzo daleko, bo w Maroku. Spędziłam tydzień w dość odmiennym kraju niż Polska, kraju który mnie pozytywnie zaskoczył. Dotychczas mój kontakt z Afryką Północną ograniczał się do Egiptu gdzie pojechałam wiele lat temu nim zaczął się bałagan, ładnie nazywany „arabską wiosną ludów”.  Wyobrażałam sobie Maroko jako miejsce podobne do Egiptu, czyli piach aż po horyzont, nieco zieleni nad rzeką i jeżdżenie w konwojach między miastami. Rzeczywistość okazała się inna.

Diaboliczne fantasy


Dla osób wierzących w Boga oczywistym jest, że prócz Boga istnieje też szatan. Pewne czyny, jak działalność Czerwonych Khmerów, obozy koncentracyjne czy sieć łagrów są tak przerażająco okrutne, że wydaje się, że sprawcy musieli zostać opętani. Wyzwolone wówczas pokłady zła są tak ogromne, że aż niewyobrażalne by mogły tkwić w ludziach jak my. Jak pisał klasyk „są rzeczy na niebie i na ziemi o których się nie śniło filozofom”. Także psychiatrzy przyznają, że opętania w sensie religijnym istnieją i są wypadki gdy medycyna nie potrafi wyjaśnić określonych zachowań. Podobno największym zwycięstwem diabła jest to, że ludzie przestali wierzyć w jego istnienie. Ideologia relatywizacji i rozmywania wszystkiego „hulaj dusza piekła nie ma” przyczyniła się do tego. Kiedy jednak zaczynam o wszystkim myśleć sama nie wiem czy bardziej szkodliwe jest udawanie, że na świecie nie ma zła, czy też ośmieszanie zagrożenia jak czynią nadgorliwi katolicy. O ile tekst w linku oznaczonym jako [1] można potraktować jako ciekawostkę i dowcip, o tyle link [2] to pokaz przerażającej złej woli i niewiedzy.

Błąd czy niepolityczność?/Mistake or political incorrectness?


Jak czytamy na portalu medicalexpress, kontrowersyjny artykuł dotyczący związku między guzami nowotworowymi u szczurów  a genetycznie modyfikowaną kukurydzą. Prestiżowy Elsevier, wydawca czasopisma Food and Chemical Toxicology (IF=3,125) wycofał artykuł pod szeregiem zarzutów. Po pierwsze wskazywano, że badana populacja była zbyt mała by wyciągać równie stanowcze wnioski. Po drugie wybrane do analiz szczury są grupą u której nowotwory obserwowano częściej niż u innych populacji szczurów.  Dlatego poproszono autorów o podanie surowych w danych, co się zdarza wyjątkowo rzadko. Na ogół wydawca oraz recenzenci proszą o dodatkowe analizy i wyjaśnienia.

Dobry polityk /Good politician

W swoich postach nie raz i nie dwa krytykowałam polityków różnych opcji. Fakt, że na ogół miałam uwagi wobec członków partii rządzącej.  Po pierwsze to od tych ludzi najwięcej zależy a po drugie nikt tak konsekwentnie nie łamał obietnic i nie oszukiwał ludzi, raz po raz. Afery i przekręty to żadna nowość. Rzecz w tym, że od lat obserwuję wyłącznie przekręty i nieustanne ataki na inaczej myślących  i próżno szukać pozytywnych działań.  Nie od dzisiaj wiadomo, że mamy równych i równiejszych. Niewielu obraża, że tak zwani ekolodzy wchodzą do budynku Ministerstwa Gospodarki by móc zawiesić swój transparent. Transparent szkodliwy, namawiający do uderzenia w podstawy polskiej, opartej na węglu energetyki. Już sobie wyobrażam jaki by był wrzask, gdyby nie chodziło o „ekologów”, ale na przykład narodowców.. Jak pisał Orwell? „wszystkie zwierzęta są równe, ale niektóre są równiejsze”. Ale dość o tym... nieraz krytykowałam polityków. Ponieważ moje opinie wydają się niespójne, mam tak do siebie że z nikim się w pełni nie zgadzam i jestem krytyczna, chciałam przedstawić mój ideał polityka.

Antymidasy / Midases... of a special kind


W greckiej mitologii król Midas został pobłogosławiony, lub jak kto woli przeklęty, pewnym darem: czego dotknął zamienił w złoto. Pech chciał jednak, że zamieniał w złoto także jedzenie, co sprawiało, że królowi groziła śmierć głodowa. Jak mawiają należy uważać czego sobie człowiek życzy, bo jeszcze się spełni i dopiero przyjdzie nieszczęście. Na nieszczęście dla Polski i Polaków przedstawiciele partii rządzącej chcieli zostać rządcami, za co płaci cały kraj. Ludzie ci mają specjalny dar, czego się tkną to zepsują, co zaczną robić to spartaczą i wpompują w czarną dziurę każdą ilość złota. Król Midas przynajmniej, że tak powiem, złoto produkował. Antymidasy III RP z kolei złoto wysyłają w eter, lub jak kto woli niebyt i kosmos. Oczywiście nierentowne spółki i nieudane inwestycje zdarzają się wszędzie. Tylko czasami częściej niż by to wynikało z rachunku prawdopodobieństwa, że tak powiem. 

„Sztuka nowoczesna”/„Modern art"



Tak zwana sztuka nowoczesna nigdy mnie nie przekonywała. Kwestia gustu co do kogo przemawia, zaś mnie nowoczesne, geometryczne czy bliżej nieokreślone kształty nijak nie przekonywały. O ile jednak w większości przypadków mój komentarz ogranicza się do słów „nie podoba mi się”, to jednak nie jestem zbulwersowana. Co więcej bulwersuje mnie próba podłączenia zwyczajnej wulgarności pod sztukę nowoczesną. Z prymitywizmem i wulgarnością należy walczyć bo to nie sztuka, a próba zaistnienia. Ja wiem, że jak się nie ma za grosz talentu, za grosz pomysłu i nic od powiedzenia, najlepiej powiesić genitalia na krzyżu nazwać to „Sztuką nowoczesną”. Dzięki linkowi [1] od Liv wiem jednak, że tak zwani „artyści” idą dalej.

Kogo obrażanie? Sami siebie obrażacie!

Rzecz jasna tytuł mojego testu, stanowi luźną interpretację słów  Gogola „Z czego się śmiejecie? Z samych siebie się śmiejecie!”. Wiele słów i wiele tekstów w mediach prawicowych, a w każdym razie mediów uważających się za takie, poświęcono tym jak poszczególne gwiazdy i gwiazdorzy mainstreamu obrażają ludzi. A co nazywającym ich bydłem, matołkami, motłochem a to moherami czy watahami. W polskim dyskursie publicznym tak już bywa, że oponent polityczny to ciemny lud i zło wcielone. Słowa mainstreamu w zasadzie mnie nie obrażają, bo nie mogą mnie obrazić ludzie których delikatnie mówiąc nie cenię a delikatnie mówiąc menel dworcowy jest dla mnie więcej wart niż oni.  Obrażanie mnie, jako osoby ich nie popierającej to niejako norma. Ale obrażanie zwolenników? Czy to samobójczy strzał do własnej bramki, czy też wyraz pogardy dla ludzi tak dalece dających się otumanić propagandę, że nawet nie wiedzą kiedy się obraża? Obstawiam to drugie. W moim tekście nie odnoszę się do nowych wydarzeń, ale znaczących, ale dających do myślenia. 

"Tusku, k...a, zrób coś! Obiecaj ludziom lody albo co". To nie słowa podpitego klienta osiedlowego sklepu monopolowego, ale człowieka z tytułem profesora i do tego etyki. Tacy ludzie mają kształcić przyszłe elity. Oto komentarz dla spadających notowań PO, oto co tak zwane elity myślą o ludziach. Dla nich czy to ich wyborcy czy reszta społeczeństwa, to banda bezmyślnych idiotów, którzy nic nie rozumieją i którym można wmówić wszystko. Te „ciepłe” słowa dotyczyły zwolenników PO, ludzi dla których Jan Hartman to autorytet i ktoś zaś agresywny maturzysta Władysław Bartoszewski to profesor. Nie mam nic przeciw ludziom mających takie czy inne wykształcenie byleby nie udawali kogo innego, jakieś kompleksy? 

"Dzieci w Polsce wychodzą bez śniadania do szkoły, bo w Polsce nie istnieje kultura jedzenia śniadań"- posłanka, która odkryła aferę dorszową wie czemu w Polsce coraz więcej dzieci chodzi do szkoły głodnych. Nie, nie dlatego, że wbrew rządowej propagandzie i zaklęciom ekonomicznych nieuków następuje dramatyczna pauperyzacja społeczeństwa zaś dla młodych, nie wliczam znajomych i krewnych kogo trzeba oraz szczęśliwców którzy bez pleców znaleźli zatrudnienie,  nie ma ani pracy ani perspektyw na nic poza nędzą. Przypominają mi się słowa o głodujących Francuzach  i ciastkach, słowa niesłusznie przypisanych Marii Antoninie (podobno „wrażliwością” błysnęła Maria Teresa, małżonka Ludwika XIV), która to oskarżana o trwonienie państwowych pieniędzy i wystawne życie w czasach kryzysu skończyła życie na gilotynie. Oficjalnie z powodu współpracy z obcymi mocarstwami, ale królową znienawidzono znacznie wcześniej. 

Wyborcy PO, czego jestem pewna, to nie tylko wąska garstka zamożnych mieszkańców wielkich miast. To także zwykli ludzie, którzy uznali tę partię za najmniej szkodliwą. Zwykli ludzie mają takie same problemy bez względu na polityczne poglądy, zaś bieda i problemy z pracą nie pytają o to jaką kto partię popiera. Mnie rzecz jasna słowa posłanki Pitery, podobnie jak „szczawiu” ("Myśmy grali w piłkę, to wyjedliśmy cały szczaw z nasypu i wszystkie śliwki mirabelki jedliśmy. Dzisiaj te wszystkie gruszki, śliwki leżą i nikt tego nie zbiera. Chłopaki grają w piłkę na tych samych boiskach, szczawiu nikt nie zjada") zirytowały. Patrząc na słupki poparcia dla partii nie wiedzieć czemu mającej przymiotnik „obywatelska” w nazwie nie przeszkadza do jej zwolennikom, nie przeszkadza ten poziom pogardy. Nie przeszkadza zamiana pracowników w niewolników (elastyczny czas pracy, piękna teoria w praktyce praca ponad siły bez nadgodzin) bez jakichkolwiek składek czy ubezpieczeń (umowy śmieciowe, czyli elastyczne formy zatrudnienia). To nie partia obywatelska i nie partia działająca dla dobra obywateli, ale partia koncernów, korporacji i Bóg wie kogo jeszcze reprezentująca ich interesy i kto wie kogo jeszcze, ale śmiem wysuwać wątpliwości, że tego kraju, że tak powiem. 

Kiedy dla środowisk skupionych wokół portalu wpolityce.pl jestem nieomal zdrajcą kwestionując zasadność podjęcia decyzji o rozpoczęciu PW. Po takich określeniach mówię im „do widzenia”, tak samo jak rozsądni ludzie.  Partia mająca nie wiedzieć czemu w nazwie odniesienie do obywatelskości okazuje pogardę zwykłym ludziom, chce zrobić z nich niewolników we własnym kraju i ustami swoich „autorytetów” i „mędrców” traktuje z pogardą nawet się z tym nie kryjąc. Ale zachowuje wysokie poparcie. Czy można traktować poważnie i nie prychnąć jak ktoś mówi „pada deszcz” gdy nań plują? Odpowiedzcie sami Czytelnicy.   

Royal baby, royal business

Jako, że mamy weekend temat będzie lekki. W realu mam szalony okres i mało możliwości doglądania moich internetowych włości. Szkoda, ale jak mówią nie samymi przyjemnościami człek żyje i czasem obowiązki nie zostawiają za wiele czasu. 

Inna sprawa, że właściwie nie wiem czy mam nastrój na pisanie o polskich sprawach. Budżet, a to zaskakujące, okazał się dziurawy i minister Rostowski staje przed nie lada wyzwaniem. Skąd brać pieniądze jak dostępne źródła wysychają a te jasne dla obywateli są niedostępne bo nie można zdenerwować pewnych grup? Mam pisać o pomysłach na obejście kolejnego progu ostrożnościowego i zwiększanie zadłużenia? Skutków wolę nie przewidywać, bo scenariusz grecki jest coraz bardziej realny i nie ważne jak media głównego nurtu usiłują nam przekazać sukces. Pokazują młodych „ludzi sukcesu” jakoby naprawdę „American (lub Polish technicznie rzecz ujmując) dream” leżał w zasięgu każdego z nas. Mam z kolei się przyłączyć do grona piszącego o nadchodzącej katastrofie, ta nadchodzi naprawdę, ale co zrobić prócz zawinięcie się w białe prześcieradło, zmówienia Zdrowasiek i turlania na cmentarz? Jakieś propozycje? Ja wiem na koniec wyjdzie, że za finansową katastrofę należy winić Kościół, Ojca Ryzyka i PiS, ewentualnie Rosję, Niemcy, Żydów i Unię, ale to już znam. Na komentowanie wypowiedzi szefa MSZ, człowieka z klasą a nawet ośmioma i naczelnego ćwirka III RP szkoda mi zdrowia. Nerwy mam tylko jedne. A jak słyszę jego słowa i to, że wpisy na Twiterze traktuje jako narzędzie polityki ciśnienie skacze mi do niebezpiecznych poziomów. Dlatego właśnie postanowiłam napisać o ciekawym dla mnie zjawisku, masowym wariactwie związanym z tak zwanym Royal baby.

Narodziny syna pary królewskiej miały znaczenie dla kraju, oraz paru ościennych, w czasach kiedy o sukcesje toczono krwawe wojny, zaś brak syna mógł oznaczać wojnę domową a nawet obcą interwencja. Wojna o sukcesję hiszpańską w którą zaangażował się Ludwik XIV, wojna stuletnia spowodowana pretensjami angielskiego Edwarda III do francuskiej korony, wojenna wyprawa Dymitra Samozwańca czy szaleństwa Henryka VIII to tylko kilka przykładów. Dzisiaj jednak nie sądzę by narodziny prawnuka królowej Elżbiety II stanowiły rację stanu.

 A jednak.od szpitalem gdzie księżna Kate ma urodzić dziecko koczują dziennikarze, to ich praca, oraz zwykli ludzie. O ile rozumiem dziennikarzy i tabloidy wszak z czegoś trzeba żyć zaś skandale i celebryci zawsze się sprzedają, o tyle zastanawia mnie czemu ludzie, mający swoje sprawy i swoje życie tkwią przed szpitalem bo obcej kobiecie zbliża się termin porodu. Wyobrażam sobie radość producentów pamiątek i innych pierdółek, którzy będą mogli wciskać okolicznościowe przedmioty oraz zwykły szajs.  Doskonała okazja by zarobić konkretne pieniądze a tych nigdy dość. Narodziny „Royal baby” będą prawdziwą okazją aby zbić realny „Royal business”, stąd zapewne panująca radość.


(http://i2.cdn.turner.com/dr/hln/www/release/sites/default/files/imagecache/textarticle_640/2013/07/09/royal_baby_potty.jpg)


Zawsze mnie zastanawia czemu wielu z nas tak chętnie żyje cudzym życiem. Albo przeżywa sprawy rodziny panującej (co kosztuje podatnika konkretne sumy, ale przynajmniej nie ma cyrku z wyborami głowy państwa) czy też przeżywa życie postaci z seriali. Daleka jestem od głosu mędrków z Bożej (nie)łaski potępiających „plebs” co ogląda seriale. Czemu nie? Rozrywka dobra jak każda inna i nic mi do tego, że ktoś lubi „M jak miłość” czy „Klan”. Mnie te produkcje nie przekonały, ale przecież gusta są różne a ja tez mam swoje ulubione tytuły. Ale czemu niektórzy  żywo reagują na kłopoty Hanki Mostowiak czy śmierć Ryśka z „Klanu”? Czy życie codzienne tych ludzi jest aż tak szare i smutne, że potrzebują całkowitego oderwania się od  niego? Czy naprawdę  nie ma tam radości, jasnych chwil naprawdę niczego? Sama często potrzebuję chwili zapomnienia i odpoczynku. Jak każdy z nas. Ale żeby mylić życie serialowe z realnym? Do tego jeszcze nie doszłam, a może dlatego, że więcej siedzę w necie niż oglądam?
 

Pokusa tkwi wielka, pokusa dla nas wszystkich. Oto przed nami rozpościera się inny, lepszy świat gdzie ludzie rozwiązują swoje problemy, mają pracę a samotni znajdują bratnie dusze. Gdzie życie jest bardziej kolorowe i ciekawsze? Rodziny królewskie żyją jak w bajce (chociaż i ta bajka ma swoje nieciekawe strony ale o tym się często nie pamięta), w luksusie i widzimy ich uśmiechniętych.  Może dlatego ludzie tak się w to wszystko angażują a gdzie nie ma rodzin panujących pozostają seriale i celebryci. Na kogoś trzeba patrzeć i kogoś podziwiać. Nawet jeśli nie zupełnie mamy za co.

Ekonomia rzeczywista

Jak wiedzą stali Goście w ramach podnoszenia ciśnienia słucham tak zwanych fachowców z dziedziny ekonomii w radiu mainstreamu. Uwielbiam słuchać jak to podobno jesteśmy coraz bogatsi, rzecz jasna statystycznie. Statystycznie człowiek i pies mają trzy nogi zaś jeśli jedną rękę mamy w lodzie a drugą we wrzątku statystycznie ciepłota w porządku. Oto wnioski jakie można wysnuć kiedy narzędzia statystyki bywają użyte w niewłaściwy sposób. Tak oto Polacy się bogacą, są coraz zdrowsi i czeka ich długie zdrowe życie zaś po 60tce jest się młodym bogiem. Tyle propaganda sukcesu. A rzeczywistość to zapaść demograficzna, głodujące i niedożywione dzieci oraz rodziny z trudem wiążące koniec z końcem. By mieć własny kąt podpisują cyrograf kredytu mieszkaniowego, bowiem ceny nieruchomości są astronomicznie.

Wczoraj w pociągu rozmawiałam z kobietą wiedzącą o księgowości i planowaniu finansów więcej niż utytułowane tłuste koty z wspomnianej audycji i „wybitni” biznesmeni robiący majątek na okradaniu państwa. To samotna matka mająca miesięczny dochód 1500 zł. Mieszka w starym budynku bez centralnego ogrzewania, ze wspólną ubikacją i ma synka w wieku szkolnym. Musi kupić mu książki, tornister, ogrzać mieszkanie i opłacić rachunki. Musi zapłacić rachunki i zaplanować wydatki na kilka miesięcy naprzód. Daje radę. Nie ma wyboru. Opowiadała, że w zabytkowym budynku nie można nic zrobić więc latem ma w domu piekarnik a zimą lód na kafelkach. Zimą w mieszkaniu temperatura sięga 14 stopni bo nie stać jej na więcej ogrzewania. Fachowce z Bożej (nie)łaski i kukły od prognozy pogody pewnie powiedzą, że zdrowo bo dziecko się nie przegrzewa. O tym, że chłopczyk ma dość i płacze nie wiedzą i mają to gdzieś, bo ważniejsza torebka od Louisa Vittona. 


(http://bi.gazeta.pl/im/1/7002/z7002171Q.jpg)

Takich kobiet i dzieci mamy w Polsce wiele, zbyt wiele. O tym nie mówią spece od ekonomii jedzący obiad za tyle, ile owa matka ma na miesięczne utrzymanie siebie i dziecka. To była normalna, pogodna kobieta. Dostrzegała, że inni mają jeszcze gorzej. Mierzwili ją eksperci i cała reszta mądrali. Kogo nie zezłoszczą? Ja wiem, że jesteśmy coraz bogatsi, możemy pracować w całej Unii i w ogóle żyjemy w złotym wieku. Tak, oglądam telewizję i znam oficjalną wersję. Interesują mnie fakty i prawdziwe życie. Coraz ciężej o pracę a młody człowiek w pracy często jest niewolnikiem. Niewielu szczęściarzy ma stałe zatrudnienie a wśród nich garstka zawdzięcza to własnym umiejętnościom. Aby dorobić się milionów nie trzeba mieć pomysłu, zdolności lecz znajomości. Bez nich nic się nie pocznie.

Jak czytamy w zalinkowanym artykule młodzież i dzieci są najbardziej narażone na biedę. Bieda nie uszlachetnia. Bieda wyniszcza fizycznie i psychicznie, niszczy zdrowie, odbiera szanse wpycha w błędne koło bezsensu. Dzieci i młodzież stanowią przyszłość narodu. Komu zależy na zniszczeniu przyszłości narodu? W Polsce tak zwanym ekspertom i elitom reprezentującym niepolskie interesy. Młodzi wyjeżdżają za pracą na Zachód, tam można znaleźć pracę nie w zawodzie, ale można z tego wyżyć lepiej niż w Polsce. Kto ma szanse na pracę w zawodzie za granicą? Ten co wyjedzie w ramach stypendium, delegacji czy zostanie w inny sposób wysłany przez instytucję. Człowieka z ulicy raczej nie zatrudnią, chyba, że ktoś ma pomysł na biznes i spróbuje się przebić. Tam łatwiej jest zacząć własną działalność i ją utrzymać. Ale młodzi ludzie winni zakładać rodziny i budować lepsze jutro tutaj, nie szukać szczęścia daleko. Ale przecież mamy być nowocześni, europejscy i pozbyć się  ciemnoty konserwatyzmu i iść ku świetlanej przyszłości kalifatu gdzie stosy z niewiernymi będą rozświetlać mroki nocy.

http://wiadomosci.onet.pl/tylko-w-onecie/alarmujace-dane-w-sprawie-biedy-w-polsce,1,5551774,wiadomosc.html