Odkąd szukałam stażu za granicą w 2014, mam subskrypcję do Nature Jobs i dostaję cotygodniową porcję propagandy, pardon newsletter jak to się ładnie nazywa. Zwykle wyrzucam śmieci, ale ostatnio znalazłam coś, co nawet na tle lewackiego bełkotu uderza głupotą. Więcej można poczytać tutaj. Tytuł posta to nawiązanie do soy boy, czyli określenia na niemęskiego faceta, który pije sojowe mleko (bo to niby zdrowe) i zachowuje jak to ładnie nazywano jak zniewieściały, do tego jest rzecz jasna lewakiem.
Podobno kanadyjski system imigracyjny jest trudny, czyżby już toczenie piany na Trumpa wyszło z mody? A może po prostu trzeba ponarzekać, że w ogóle są granice, bo przecież mamy mieć raj bez granic, państw, zamieszkały przez wielorasowych konsumentów dla których ajfony, selfiki i seks z kim i z czym popadnie to cel i sens życia, a kto chce czegoś więcej ten zły i sieje defetyzm. Lecz wracając do zalinkowanego fragmentu propagandy.
Jako osoba mieszkająca w Kanadzie od ponad czterech lat i mająca stały pobyt (permament resident status, PR coś jak zielona karta) mogę powiedzieć, że cały ten artykuł to stek bzdur. Dostanie pozwolenia na pracę czy przedłużenie takowego to żaden problem, ot kwestia wypełnienia formularza podając swoje dane osobowe i dane pracodawcy plus opłata administracyjna. Całość wysyła się przez internet, na swoim profilu na stronie urzędu imigracyjnego. Do aplikacji trzeba załączyć umowę o pracę lub promesę zatrudnienia (dla mnie starczał list od szefa że zatrudni mnie jako post-docka tu i tu za taką a taką płacę na pełen etat) plus informacja, że nie podlegam systemowi LMIA (ang. labour marker impact assesment). System LMIA, o czym nie wie niedouczone lewactwo pijące latte w starbusiu, istnieje wszędzie. Oznacza to ochronę rynku pracy, czyli zasadę, że na dane stanowisko można zatrudnić cudzoziemca wtedy i tylko wtedy gdy nie ma na to miejsce obywatela Kanady czy rezydenta. Rzecz jasna od tej reguły są wyjątki.
Osoby pracujące na uczelni, wyższa kadra bankowa, programiści nie podlegają LMIA i do aplikacji trzeba dołączyć odpowiedni druk z urzędu pracy. To formalność, która kosztuje 200 dolarów i jest opłacana przez uczelnię. Aby takową dostać trzeba skontaktować się z kadrami i poprosić o druczek. Nie jest to trudne, no ale trudniejsze niż lajkowanie na fejsbooku czy pisanie akronimów dla bezmózgów na twitterze czy zamawianie sojowego latte. Z tymi akronimami mam na myśli pisanie U zamiast "you" czy PJ czyli "pyjama" bo dla pokolenia pokemonów wymowa wyrazu dłuższego niż trzy litery jest trudne.
Co do samej rezydentury: najdłużej zajęło mi dostanie od uczelni papierów w akceptowanym formacie. Mój staż liczył się jako praca w zawodzie w Kanadzie, ale ci to wedle artykułu " “For a postdoc, it’s pretty insulting when you work 60 hours a week
doing research at a Canadian university but the government tells you
that is not Canadian work experience,” " - no cóż nie wiem jak te tępaki skończyły szkołę średnią, nie mówiąc już o doktoracie, skoro nie potrafią poczytać, że ich zawód istnieje w systemie NOC (National Occupation Classification), ma numer 4011 i jest klasyfikowany jako pracownik naukowy, między innymi wykładowca, wizytujący profesor czy post-doc. Ale ponieważ system NOC nie jest lajkowalny na fejsbuku to jak widać ciężko czytać. No i nie mówiąc, że ktoś musi bardzo źle pracować skoro musi pracować 60 godzin tygodniowo tak średnio. Po pierwsze tydzień pracy to 35 godzin tygodniowo (8 godzin minus pół godziny przerwy na lunch), na uczelni bywa różnie rzecz jasna, ale część ludzi pracuje z domu, cześć dużo chadza na spotkania itd. System "Expres Entry" jest prosty w obsłudze jak konstrukcja cepa podobnie jak sama aplikacja. Rzecz w opłacaniu wszyściutkiego i poczytania.
Skąd sama wiem tyle o systemie NOC, LMIA i aplikacjach, że służę innym radą? No cóż, nie mam fejsbooka i umiem na tyle obsługiwać przeglądarkę internetową, gdzie łatwo znaleźć strony jak CanadaVisa czy inne, gdzie znajdują się szczegółowe informacje oraz forum gdzie wszystko jest jasno wyjaśnione. No, ale tam nie ma lajków na fejsa.
A na koniec małe wyjaśnienie na temat wegańskich głupot z poprzedniego posta. Mam na myśli przypadek idiotów co uwierzyli, że terroryści są dobrzy, lecz niezrozumiani. Dlatego postanowili objechać świat rowerem i pokazać, że ISIS do dobrzy ludzie. Polecam link do całej historii. ""Zło jest sztucznym konceptem, który wymyśliliśmy, aby tłumaczyć sobie złożoność ludzkiej natury"" - twierdził wegetarianin i weganka. No cóż, zostali złożenie zabici ot jak wygląda spotkanie z "dobrymi" terrorystami. No cóż, jak tacy ludzie pracują na wysokich stanowiskach, nic dziwnego, że potem nie potrafią zrozumieć jak działa system NOC, LMIA i wszystko inne, bardziej złożone niż oglądanie zdjęć na Instagramie i robienie selfie.

























