Pokazywanie postów oznaczonych etykietą polityka/politics. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą polityka/politics. Pokaż wszystkie posty

Zamknięte granice, ale co dalej?

Od jakiegoś czasu rozmawiałam na temat tego, co się stanie jak wrócimy do normalności. Pandemia koronawirusa w końcu wygaśnie, jak to z pandemiami bywa, ale co dalej? Jaką, gospodarczą, cenę przyjdzie nam wszystkim zapłacić za owo zamknięcie granic i ograniczenie działalności wielu sektorów gospodarki. A wreszcie jakie to może mieć reperkusje społecznopolityczne? Tego rzecz jasna nie wie na razie nikt, ale pewne problemy, przynajmniej dla mnie, dosłownie aż krzyczą. 

Chyba wszystkich przeraził scenariusz włoski, gdzie doszło do katastrofy w kraju gdzie gospodarczo i tak nie było różowo. Rzecz jasna wielu zwracam uwagę, że z racji starszej populacji Włoch niż sąsiednich krajów wirus zbierał bardziej śmiertelne żniwo. Drugie to jednak indywidualna odpowiedzialność, bo niestety we wszystkim to człowiek stanowi najsłabsze ogniwo. Ludzie, którzy chodzili po knajpkach traktując zwolnienie jako okazję do rozerwania się nie pomogli. W samym Zurychu, jak słyszałam od mieszkających w centrum, musieli pozamykać parki bo ludzie robili sobie grilla łamiąc zakaz spotkań w maksimum pięcioosobowych grupach. Mogę niejako zrozumieć ludzi w Szwajcarii, z którymi wiek XX obszedł się dość łagodnie, bowiem uniknęli wojen i większych nieszczęść, lecz mam czasem wrażenie, że wielu ma problemy z utrzymaniem zasad sytuacji specjalnej. Czy naprawdę oszalałe na punkcie konsumpcji społeczeństwa tzw. oświeconego Zachodu są niezdolne do najmniejszego wyrzeczenia? Jak żyć, panie jak żyć jak sklep z ajfonami zamknęli? 

Rozmawiałam w piątek z koleżanką z Polski, a S. spytała jak to jest, że przy świńskiej grypie w 2010 sprawa jakoś przeszła, a teraz zapanowała nieomal psychoza? No cóż, wyjaśniłam, że nie media społecznościowe nie były wówczas w aż takim użyciu więc i możliwość nakręcania spirali histerii mniejsza. Nie, nie winię mediów społecznościowych za całe zło, ale uważam, że w rozrachunku przynoszą światu dużo więcej złego niż dobrego. Zaczęło się dobrze: możliwość znalezienia dawnych kolegów ze szkoły, poznawanie grup zainteresowań z całego świata a wyszło jak zawsze, czyli nieciekawie. Pozostaje kto nakręca falę fake newsów i kto steruje histerią, by zyskać. Nie jestem zwolenniczką teorii spiskowych, unikam ich jak nomen zarazy, lecz jednocześnie nie wierzę, że rzeczy dzieją się same z siebie i bez przyczyny. Na histerii można wiele zyskać, albo wykreować zapotrzebowanie na coś (eksperymentalne leki, szczepionki?), albo zastraszyć społeczeństwo tak, by demokratycznymi metodami wyraziło zgodę na likwidację demokracji i zwiększoną inwigilację na przykład. Dla naszego dobra rzecz jasna. 

Oba scenariusze są nieciekawe, zaś to tylko luźne myśli. Inna sprawa na ile demokracja jeszcze istnieje na tzw. oświeconym Zachodzie, gdzie w ramach swobody myśli w demokracji liberalnej można się zgadzać, albo morda w kubeł, zaś za krytykę przyjmowania nielegalnych imigrantów (aka "uchodźców"), likwidacji państw narodowych, kultury i zasad (aka wielokulturowość) czeka, na razie, śmierć cywilna a jak mawiał znajomy "oświecony" wyborców Donalda Trumpa należy badać psychiatrycznie (jak to szło, schizofrenia bezobjawowa, prawda). Do tego "otwarci" i "tolerancyjni" ludzie lewicy mają nadzieję, że Trump opuści ten padół łez, jak powiedziała M. z mojej pracy. Co to za ustrój, gdzie jest jedna idea, jedna jedynie słuszna wizja życia i poglądów a debata jest zakazana a jak komuś się nie podoba to na stos, mentalny na razie, z heretykiem? No na pewno nie demokracja, zresztą demokracja nie potrzebuje przymiotników a im dłużej żyłam w demokracji liberalnej tym bardziej miałam wrażenie, że ten twór ma tyle wspólnego z demokracją co krzesło, z krzesłem elektrycznym. Być może więc chodzi o zlikwidowanie fasad demokracji? A może by ajfoniki przejęły kolejne elementy naszego życia. Aha żeby nie było, że zazdroszczę. Mogłabym kupić sobie ajfonika, ale po prostu nie mam ochoty. Nie chcę tutaj snuć teorii o tym, że koronawirus to broń biologiczna mająca, na celu to czy tamto. Nie, raczej, że ktoś wykorzystał chiński wirus z Wuhan (tak chiński wirus z chińskiego Wuhan). Jednocześnie jednak pandemia pokazała absolutną bezradność demokracji liberalnej i absolutną niezdolność konsumpcyjnych społeczeństw Zachodu do działania. 

Premier Włoch ([1]), zwraca uwagę, że UE może stracić sens istnienia. I ja się od jakiegoś czasu zastanawiam jak Unia wyjdzie z obecnego kryzysu i czy będzie co zbierać. Projekt UE, jakim jakim widzieli ów twór założyciele, czyli unia gospodarcza miał głęboki sens. Przepływ dóbr, usług i ludzi w ramach Europy mógł uczynić Europę konkurencyjną wobec gigantów jak USA  czy Chiny. A kto zrobił z Chin praktycznie fabrykę świata? Łatwo powiedzieć złe i chciwe korporacje, czy czy to nie my, konsumenci chcieliśmy coraz więcej za mniej? Zakłamane do cna, rzekomo tolerancyjne i zatroskane społeczności tzw. oświeconego Zachodu, chciały konsumować coraz więcej i jakoś im nie przeszkadzało, że ich bluzki czy torebki wykonali półniewolnicy (albo i nie pół)  z Chin czy Bangladeszu. Tacy wege - i fit, zatroskani o "katastrofę klimatyczną" mieli głęboko gdzieś jak żyli pracownicy ich nadgryzionego jabłuszka z Chin. Zamykali oczy i patrzyli dalej, upojeni samozachwytem nad swoją wielkodusznością. Czy naprawdę można oczekiwać od takich ludzi jakiegoś wyrzeczenia, jakiejś własnej myśli? I po namyśle chyba owa namacalna wręcz hipokryzja tak mnie drażniła w Kanadzie. Bo multi-kulti w Kanadzie służyło temu samemu co i w Europie, zasysaniu taniej siły roboczej, w tym, że w kraju liścia klonowego wykwalifikowanej. Po co dobrze płacić programiście czy analitykowi, skoro można zatrudnić za dużo mniej Hindusa czy Chińczyka, dla którego nawet ta nie taka znowu dobra płaca to niebo w porównaniu z tym co ma u siebie? Oczywiście by złapać te muchy, w myśl starego przysłowia, trzeba wystawić miód o nazwie "multi-kulti". Ale oto niektóre grupy, jak wyznawcy proroka-pedofila, zorientowały się, że obiecanki równych szans to pic na wodę i zaczęły robić zadymy używając przeciw lewicowcom (czyli dzisiaj międzynarodówce rozporowej) ich własnej argumentacji. Oczywiście znam całą masę ludzi wierzących w bajki o równości (jak to ładnie nazywał towarzysz Lenin?), ale na pewno zarządzający widzą byznes. I może stąd owa słabość, ponieważ w krajach demokracji liberalnej (jakieś pomysły jak przerobić demolud by pasowało?) istnieje cała rzesza ludzi nijak nie identyfikujących z tymi krajami, za to identyfikujących z czymś odmiennym (powiedzmy totalitarną doktryną wojenną udającą religię), i w razie kryzysu ma się wewnętrznego wroga. Czyż to nie kolos na glinianych nogach, próchniejący od środka? I co będzie jak zawierucha pandemii przejdzie? 

I co z gospodarką? Nie da się wyłączyć wielu sektorów na długo. Owszem branża tzw. eventowa nie jest może jakoś szczególnie potrzebna, ale gospodarka to system naczyń połączonych i nawet taka pozornie mało istotna branża eventowa, jest powiązana z gastronomią, wynajmem pomieszczeń itd. Jak runie jedno pociągnie drugie i to się nazywa efekt domina lub kuli śniegowej. Rzecz jasna wszystkie rządy przeznaczają ogromne kwoty na pomoc, ale tak nie można w nieskończoność. Po pierwsze skąd wziąć kasę, a po drugie na kroplówce nie da się przeżyć życia. Zatem trzeba będzie wracać do normalności, ale pamiętając o środkach ostrożności. Czy dzisiejsze społeczeństwa, jako całość, są zdolne do samoograniczenia? Osobiście szczerze wątpię, ale jeśli tak to być może czas na podmiankę przez innych, zdolnych do wysiłku (mam na myśli prawdziwy wysiłek a nie wrzucenie selfików na insta), jak to już nieraz miało miejsce w historii kiedy starego, rozleniwionego lwa zagryzały młode, głodne sukcesu lwy. Czemu tak się uczepiłam selfików, ajfoników i mediów (anty)społecznościowych? Bo stanowią objawy rozleniwienia dobrobytem. I pozostaje pytanie, czy pandemia przypomni nam wszystkim, że chociaż nie chcemy mówić o śmierci, chorobie i brzydocie w erze poprawianych photoshopem zdjęć na mediach (anty)społecznościowych, to śmierć, choroba i brzydota nie znikły. I że, jeśli jako społeczność mamy przetrwać kryzys, musi nas łączyć wspólnota, ale coś prawdziwego nie mit multi-kulti bo ludzi z odmiennych kultur razem nic nie łączy, więzy istnieją tylko w ramach kultury czy religii tej czy innej. I na koniec ludzie poświęcają się dla rodziny, kraju, idei ale raczej nie dla ajfona, insta czy przygodnego seksu. 

Szaleństwo w czasach zarazy

Czas zarazy sprzyja nakręcaniu emocji i generalnie irracjonalnym zachowaniom. I nie mam tutaj na myśli spiskowych teorii na temat wirusa będącego bronią biologiczną, środkiem do odmłodzenia populacji czy też metodą osłabienia Chin. O nie, znalazłam takie oto kwiatki, jakby nazywanie koronawirusa wirusem z Wuhan, było rasistowskie i ksenofobiczne[ [1]. Dokładnie tak, sprawdziłam właśnie takich określeń użyto i nijak nie mogę uważać, że to językowa pomyłka bo pomimo słów różnych złośliwców angielski znam nie najgorzej. Inna sprawa, że po pięciu latach w Kanadzie głupota pomysłów środowisk postępowych nie powinna mnie jakoś specjalnie dziwić. W końcu skoro płeć i pochodzenie etniczne to kwestia wyboru?

Głupota postępująca to coś  co nieustannie zaskakuje. Kiedy wydaje się, że głupiej to już chyba nie można, ktoś palnie coś nieprawdopodobnie głupiego, jak to, że mówienie o chińskim pochodzeniu wirusa to ksenofobia. O ile wiem, to miasto Wuhan jest w Chinach i to na targu w Wuhan zaczęła się epidemia, a raczej pandemia. Lecz stwierdzenia tak oczywistych faktów to dzisiaj rasizm, seksizm, islamofobia i tym podobne w zależności od zamiłowania i jak mawiają niepotrzebne skreślić. I właśnie podcast wspomnianej Lauren Chen [2] zwrócił moją uwagę na owe absurdalne pomysły. 

Słowo "rasizm" bywa odmieniane przez wszystkie przypadki, przez co nadużywane. W Ameryce Północnej, zwłaszcza Stanach Zjednoczonych, istnieją potężne napięcia rasowe oraz klasowe, to jednak środowiska postępowe niespecjalnie potrafią wskazać pomysł na rozwiązanie, niż uznawanie białych ludzi, a zwłaszcza mężczyzn, za samo zło i doszukiwania się rasizmu w muralu przedstawiającego Chińczyka jedzącego pałeczkami, czy też w piosence "Speedy Gonzales". Nie proponują zmian systemowych, umożliwiających zdobycie edukacji dzieciom z biednych dzielnic zamieszkałych przez ciemnoskórą ludność. Nie, bo przecież horrendalnie droga edukacja buduje ich wieżę z kości słoniowej skąd mogą pouczać. Nie proponują realnej walki z latynoskimi gangami czy pomocy ludziom chcącym uciec przemocy, lecz wymyślają idee miast-sanktuariów skąd nie można deportować nikogo, nawet nielegalnego imigranta, który zadźga kogoś siekierą. Czy tylko mnie się przypominają filmy jak "Ucieczka z Los Angeles"?. Nie, proponują werbalne ataki a także walkę z wiedzą i zdrowym rozsądkiem. To znacznie łatwiejsze niż przyznanie, że klasowo nie masz szans podskoczyć w górę, poza wyjątkami, bo cały system jest skonstruowany tak, że dobra edukacja, dająca szansę na prestiżową pracę, jest tylko i wyłącznie dla ludzi z odpowiednio zamożnych rodzin. I to chcą wprowadzić piewcy prywatnej edukacji w Polsce: by dzieci z biedniejszych rodzin były już praktycznie bez szans i miały znacznie gorzej niż teraz. 

Wedle mapy świata, miasto Wuhan leży w Chinach. Wedle wszelkich doniesień, to na targu w Wuhan zaczęła się epidemia, a raczej pandemia jak to nazwało WHO, koronawirusa. Wirus z Wuhan to poprawna nazwa. I może zamiast zastanawiać się dlaczego z Chin przyszedł koronawirus, SARS, zastanowić nad stanem sanitarnym i warunkami panującymi w fabryce świata, lepiej drzeć się o rasiźmie.  Zamiast pochylić nad ludzkimi kosztami niższych cen produktów z Chin, nad nieludzkim traktowaniem pracowników w komunistycznych Chinach, lepiej wymyślać coraz to bardziej bzdurne tezy. Bo przeniesienie produkcji z powrotem do USA, oznacza wyższe koszty i pracę dla przedstawicieli tzw. niebieskich kołnierzyków, ludzi do których Demokracji w swej dużej części czują podobną odrazę jak przedstawiciele polskiej opozycji z PO do ludzi mniej wykształconych z małych miast.

Co pokazała ta zaraza? Prawdę, że solidarność europejska to mit. Są kontrole na granicach, niektórzy takie zamykają bo jak przychodzi co do czego każdy się martwi o siebie. A od Chińczyków ludzie odskakują w komunikacji i żadne, lewackie wrzaski tego nie zmienią że w razie kłopotów mit multi kulti pryska. Obrazem w nagłówku to żadna kpina z epidemii, a jedynie moja reakcja na bzdury o rasiźmie. Jestem w kraju, w którym za chwilę ogłoszą stan wyjątkowo i nie jest mi bynajmniej do śmiechu, ale nie chcę dać się zwariować.

[1] https://thefederalist.com/2020/03/12/biden-calls-trump-racist-for-stating-the-fact-that-wuhan-virus-began-in-china/
polecam też podcast Lauren Chen:
[2]  https://podcasts.apple.com/us/podcast/pseudo-intellectual-with-lauren-chen/id1438476672
Obrazek: https://paleontology.us/wp-content/uploads/2020/03/meme-02.jpg

Szkoła choruje, ale jak leczyć?


Miałam okazję słuchać ponownie jednego z moich ulubionych programów, "za, a nawet przeciw", tym razem w sprawie szkoły. Kwestie edukacyjne interesują mnie tak z zawodowego, jak i poza zawodowego a poza tym jest to kwestia, która dotyczy w mniejszym lub większym stopniu każdego z nas. A jest to niewątpliwie temat ważny, o czym chyba nie muszę nikogo przekonywać. Zeszłoroczny strajk nauczycieli obserwowałam z dystansu i mogę zrozumieć irytację rodziców dzieci, które to zostały zakładnikami w rozgrywce wbrew swej woli. Nie chcę sobie nawet wyobrażać stresu maturzystów czy osób mających zdawać do liceów, którzy nie tylko na pewno przeżywali niebywałe poruszenie z powodu samego egzaminu to jeszcze nie wiadomo było czy nie będę mieć roku w plecy co jak wiemy wygląda fatalnie w CV. 

Powiedzieć, że w oświacie nie dzieje się dobrze, to jak powiedzieć, że słońce wschodzi i zachodzi.  Gorzej jednak przychodzi z pomysłami rozwiązania problemu, innymi niż ta czy tamta reforma była zła. Miałam szczęście uniknąć gimnazjów i całego zamieszania spowodowanego z wprowadzeniem owego nieszczęsnego pomysłu, a potem jeszcze większym chaosem likwidacyjnym. Co więcej, nie dotknęła mnie awantura związana z sześciolatkami, zaś krzyki państwa Elbanowskich słyszałam z daleka.  Zadawałam sobie wówczas pytanie komu przeszkadzały zerówki przyszkolne, które właśnie adaptowały starszaki do pójścia do szkoły. Moja przyjaciółka do takowej chodziła, podobnie jak inni moi koledzy. I komu to przeszkadzało, że naraz zrobił się wielki wrzask o nazwie "ratujmy maluchy"? Nie wiem, ale pewnych decyzji w polskiej polityce nie sposób zrozumieć, co tłumaczyłam niedawno poznanemu Szwajcarowi A., który poczytawszy o polskiej polityce i rozgrywkach na linii opozycja - PiS stwierdził, że nic z tego nie rozumie. No cóż pewnych rzeczy nie sposób wyjaśnić cudzoziemcowi, bez wchodzenia w historyczne zawiłości. W każdym razie naprawdę nie wiem dlaczego najpierw likwidowano owe nieszczęsne zerówki przyszkolne, by potem robić rwetes. 

W radiowej audycji powoływano się na powszechnie chwalony system skandynawski, zastanawiając czy i jak można wprowadzić ów system w Polsce. Jeden z gości, zapewne wyborca JKM, uznał, że prywatyzacja rozwiąże wszelkie problemy i rynek sam wszystko ureguluje. Wiara w niewidzialną rękę rynku najwyraźniej nie umarła w narodzie, podobnie jak przekonanie, że prywatne jest zawsze lepsze. Ja nie podzielam owej wiary, chyba za długo mieszkałam w Toronto gdzie owszem opieka zdrowotna podstawowa była z podatków (czyli tzw. darmowa), zaś wszystko więcej działało na zasadzie "będziemy cię leczyć do ostatniego dolara na koncie". Ponieważ opieka dentystyczna była prywatna czyli droga jak wszyscy diabli ludzie latali leczyć zęby w Meksyku co mogło mieć różny finał.  Jeszcze w Toronto rozmawiałam z M., Polakiem, który uczył w prywatnej szkole. Poziom w szkole może i był dobry, za to pensje nauczycieli tak niskie, że prawie spadłam z krzesła. Dość rzec, że nauczyciel zarabiał tak mało, że wynająć to mógł najwyżej pokój, lub piwnicę na zadupiu.  I rzecz jasna ów system nie przyciągał najlepszych jak chyba można zgadnąć..

Nie wiem jak wygląda szkolnictwo w Szwajcarii, ale  słuchając radia, pomysłu na to by zamiast uczyć podstaw uczyć korzystania z telefonu, zmniejszyć liczebność klas jakoś nie wspominano na podstawowej sprawie, bynajmniej nie "cudownej" prywatyzacji. Otóż nie chodzi o to by nie zadawać prac domowych. Sama uważam, że 2-3 zadania pomogą utrwalić wiedzę, ale rzecz jasna nie 20 zadań. Zmniejszenie liczebności klas z 30 uczniów na 15 na pewno też. Zrewidowanie tego co ma trafić do postawy programowej nijak nie zaszkodzi. Te kroki nigdy jednak nas nie zbliżą do poziomu krajów skandynawskich jeśli zawód nauczyciela nie stanie się atrakcyjny. Jak długo nauczyciele będą źle zarabiać a zawód nie odzyska społecznej estymy żadne pomysły nie pomogą. Moim zdaniem największą bolączką polskiej szkoły wcale nie są owe nieszczęsne gimnazja, czy też ich likwidacja, ale właśnie selekcja negatywna do zawodu. A i tak mogę powiedzieć, że polscy uczniowie zadziwiająco dobrze sobie radzą biorąc pod uwagę warunki. Niestety nie osiągniemy poprawy przez nieustanne zmiany. I naprawdę nie przeszkadzają mi wspomniane w audycji nowele pozytywistyczne, ponieważ to ważny kawał historii. Poznanie romantycznego mistycyzmu i idei Polski jako mesjasza narodów pozwala zrozumieć różne absurdalne decyzje polityczne, wiarę w "moralne zwycięstwo" i "honor" w polityce. Lektura takiej "żony modnej" i poczytania nieco dzieł okresu przedrozbiorowego wyjaśnia skąd zapatrzenie w zagranicę, czy to Moskwę, czy Brukselę czy Waszyngton. Nie, nie usuwałabym takich pozycji z programu, ale na pewno zmniejszyła ilość szczegółów do zapamiętania, bowiem nieznajomość szczegółów etapów glikolizy nie zmieni naszego życia. Może zamiast tego warto uczyć, że kły służą do rozdrabniania pokarmu mięsnego i że ludzki przewód pokarmowy to typowy układ pokarmowy zwierzęcia wszystkożernego, nie zaś roślinożercy. 

Kwestia systemu edukacji stanowiła przedmiot rozmowy z poznanymi przez stronę meetup com gdzie, co bardzo mi się podobało, przy lampce wina dyskutowaliśmy o pomysłach na uzdrowienie świata. W owej sprawie edukacji doszliśmy do wniosku, że jakby wydawać mniej na wysyłanie wojska na niepotrzebne misje na Bliski Wschód i odchudzić administrację to byłaby ładna sumka. Wiem nic oryginalnego, ale brakowało mi takich rozmów a i tam mam wrażenie, że ów skądinąd banał to i tak lepszy pomysł niż prywatyzacja i zrobienie ze wszystkiego maszynki do zarabiania pieniędzy. 


Obrazek:  https://g5.gazetaprawna.pl/p/_wspolne/pliki/3266000/3266984-nauczyciel-szkola.jpg
Audycja: https://www.polskieradio.pl/9/302/Artykul/2457428,Czy-zmienic-poziom-nauczania-w-szkolach

Greta, czy mistrzostwo manipulacji

"Świeże groby zawsze wzruszą -
Obojętnie, gdzie kopane,
Jak porosną, wyjdzie na jaw,
Kto szczuł i co było grane"

Doskonale pamiętam słowa tej piosenki, jakże aktualnej wówczas i teraz, pasującej do właściwie tak wielu spraw. Długo nie pisałam o najnowszej prorokini lewicy, kandydatki do pokojowego Jobla, ciekawa jakże ta histeria się rozwinie. I muszę przyznać rozwinęła naprawdę epicko, a cały przykład szwedzkiego dziecka z Aspergerem (o tym mówili rodzice samej Grety, to żadna tajemnica) to wręcz zakrawa na rozdział z podręcznika socjotechniki i manipulacji ery mediów społecznościowych. 

Obserwowałam początek histerii, o nazwie roboczej Greta Thunberg, w Toronto, mieście gdzie normalność i zdrowy rozsądek dawno utonęły w jeziorze Ontario, a postrzeganie świata przez tzw. elity było równie bliskie rzeczywistości co seriale.  Idąc do pracy, widziałam na przejściu dla pieszych, gdzie przycisk często się zacinał, informację o "wsparciu dla strajku klimatycznego szwedzkiej nastolatki, która dla dobra świata nie chodzi do szkoły". Może i jestem, zapewne, złośliwą i czepliwą babą ze wsi Zurych (poprzednio wsi Toronto), ale jako taka pamiętam, że co jak co, ale nie chodzenie do szkoły nie było dla dzieci żadną tragedią. Wręcz przeciwnie, no przynajmniej dla większości młodych. Jakim cudem coś takiego przeszło w Szwecji nie wiem, ale Szwecja to kraj specyficzny. W każdym razie w Toronto, źrenicy światowej demokracji liberalnej, idee podchwycono ochoczo. 

Najbardziej mnie zastanowiło, a i przeraziło bo to nieśmieszne, jak wiele osób uwierzyło, że oto naraz cały lewicowo-liberalny świat pochylił się nad zatroskaną o planetą dziewczynką. Tak naraz wszyscy tacy wrażliwi i gotowi walczyć o dobro nasze wspólne? Naraz politycy i biznesmeni zaczęli drżeć o przyszłość ludu? No cóż, w takie bajeczki to nie uwierzę.  Oczywiście w Toronto krytyka nowej świętej lewicy, była jak krytyka władzy ludowej za Bieruta, bardzo, bardzo niewskazana. Bo zje nas zły dwutlenek węgla, tako rzeczą jaśnie oświeceni a kto się nie zgadza, morda w kubeł. Zawsze miałam okropne deja vu ilekroć mówiono "demokracja liberalna". Demokracja nie potrzebuje przymiotników, zaś "demokracja liberalna" to jak "demokracja ludowa" i z demokracją ma tyle wspólnego co krzesło z krzesłem elektrycznym. Wątpić w to, że można sterować klimatem to była herezja za którą może i na stosie nie palą, ale za to kłopoty murowane: zostanie się rasistą, seksistą i wyborcą Trumpa a za to najlepiej trafić na leczenie psychiatryczne. Jak to było? Schizofrenia bezobjawowa? Rasizm, katastrofa klimatyczna i multi-kulti to prawdy objawione lewicowej religii, zaś każda religia, sekta też, potrzebuje bohaterów a Szwedka to bohaterka jako się patrzy. I zaraz wyjaśnię czemu. 

Klimat się zmienia. Widać to gołym okiem, ale (o czym zapominają lewacy), klimat nie był nigdy stały i raz było cieplej, a raz zimniej. To oczywiste, ale co szkodzi nieco na tym zarobić, na co zwrócił uwagę bodajże Rafał Ziemkiewicz: ktoś postanowił zarobić na zmianach klimatu. No, ale jak tutaj wcisnąć ludziom podatki węglowe, samochody elektryczne i tym podobne drogie gadżety? Ano stworzyć zapotrzebowanie, przekonując jaki to towar wspaniały. To można znaleźć w podręczniku ekonomii, a katastrofa to już zapotrzebowanie. Ale samo straszenie końcem świata nie starczy, trzeba znaleźć dobrego aktora do reklamy: proste to jak konstrukcja cepa, że prędzej ludzie kupią produkt reklamowany przez młodych i seksownych niż całkiem innych. Lecz istnieje lepsza figura niż seksowna pani, a mianowicie dziecko. Dziecięca trumienka to czarny koń propagandy, o czym świadczy reakcja na zdjęcia utopionego chłopca w 2015. Pokazując martwe dziecko zmiękczono ludzi, by witali hordy najeźdźców zwane "uchodźcami". Bo wiele osób, zwłaszcza kobiet, wzruszy się i instynkt macierzyński zadziała. Wiedzą o tym spece od propagandy, pokazując słodkie (?), proszące oczy Szwedki, której ponoć ukradziono przyszłość. 

Nie wspomnę, że ci wrażliwi jakoś nie pochylają się nad ciężko pracującymi dziećmi w Azji, bo cóż ktoś musi robić im ajfoniki by mogli robić selfiki i szyć im ubrania. Ale europejska dziewczynka z warkoczykiem, to coś. Rzecz jasna nie taka pierwsza lepsza, o nie. Szczerze wątpię by ci wrażliwi bojownicy o sprawiedliwość przejęli się tak Zosią czy Kasią z nadwiślańskiej wsi protestującej przeciw zanieczyszczeniu Wisły. Nie, w Warszawie rządzi namaszczony Rafał Trzaskowski, zaś "na świętych donosić nie opłaca się" jak śpiewał Kabaret Dudek. Nie, ale skoro Greta pasuje do kampanii reklamowej eko biznesu, to została za ciężkie pieniądze wypromowana, po tym jak rodzice powiadomili kogo trzeba, bo znali kogo trzeba. Stworzono więc bajkę o Czerwonym Kapturku, pardon małej Grecie z warkoczykami, i złym Wilku, pardom złym dwutlenku węgla, która sprzedaje się tak dobrze, że wielu uwierzyło w katastrofę klimatyczną, dzięki czemu różne osobniki postanowiły zrezygnować z prokreacji. I dobrze, niech felerne geny wyginą. Lecz o ile nie dziwi mnie, że bananowa młodzież z uniwersytetów uwierzyła w bzdury to fakt, że politycy naraz spotykają z histeryczną nastolatką to już jakieś novum. Media społecznościowe naprawdę zmieniły świat nie tyle w globalną wioskę, co globalny cyrk z postaciami publicznymi w roli zwierzątek na scenie. Bo biznes potrzebuje taniej siły roboczej z krajów tzw. trzeciego świata. I nikogo nie interesuje ukradzione dzieciństwo tamtych dzieci, bo trzeba pochodzić z odpowiednio ustawionej rodziny by zyskać współczucie liberalnych "elit". Bo na współczuciu i pomocy tym naprawdę potrzebującym nie można tak dobrze zarobić.

Rzecz jasna nie jestem przeciwko temu by szukać alternatyw dla paliw kopalnych, które się skończą. A i odcięcie kroplówki petrodolarów rozwiąże osłabi polityczny iSSlam. Ale nie kosztem wykończenia gospodarek Europy. Jak wspominała Ursula van der Leyen, dbając o klimat trzeba brać pod uwagę gospodarki. A i nawet jakby cała UE się za przeproszeniem zarżnęła limitami CO2, wiele to nie da biorąc pod uwagę jak głęboko mają ochronę środowiska takie Chiny, gdzie smog sięga trzydziestego piętra, o czym mówią ci, co tam byli. Dywersyfikujmy źródła energii, ale rozsądnie a nie pod wpływem macherów używających histerycznej nastolatki jako emocjonalnego szantażu. A czy katastrofa klimatyczna nas wykończy? Może bym się i bała tego akurat końca świata, gdybym nie pamiętała zacnej koleżanki dziury ozonowej, nie mniej zacnej pluskwy milenijnej, paru szacownych końców świata według Jehowych czy końca świata wedle kalendarza Majów. CO2 to ZUO mówią macherzy, cóż zatroskanym o "katastrofę klimatyczną" i domagającym wykończenia gospodarek Europy, proponuję zacząć redukcji CO2 od siebie. A poniekąd zaczęli odmawiając rozmnażania i tym optymistycznym akceptem życzę wszystkim Czytelnikom miłego piątku oraz weekendu. 

obrazek:

Czy Kanada to cywilizowany kraj?

Tym  oto tytułem nawiązuje do szczepionkowej histerii związanej z obywatelskim projektem w spawie dobrowolności szczepień. Kwestia tego, że obywatel może decydować czy się podda zabiegowi medycznemu wywołuje histerię, a chęć decyzji jest traktowana jako objaw wyprania mózgu przez antyszczepionkowców. Grozi się wizjami epidemii, co więcej czynią to ludzie, chętnie sprowadzający imigrantów i nachodźców z krajów nie mających nic z cywilizacją i gdzie nie ma szczepień. Ale wracając na polskie podwórko. Organizacja stop.nop to nie żadne oszołomy nazywające szczepionki żydowskim planem depopulacji świata czy tym podobne bzdury. Nie, to ludzie mówiący, że jeśli jest ryzyko to winien być wybór i że takie zasady są w Europie. Sprzeciwiają się wreszcie szczepieniom  w pierwszych godzinach życia, ponownie obowiązkowym szczepieniom bez prawa decydowanie co i jak.


Osobiście uważam, że każdy zabieg medyczny winien być dobrowolny i nikomu nie wolno podać na siłę zastrzyku, o ile osoba nie jest ubezwłasnowolniona lub nie chodzi o ratowanie życia komuś nieprzytomnemu. Potrzeba rzetelnego sprawdzania szczepionek, rzetelnej informacji na temat ryzyka i skutków ubocznych, porad co należy robić  w razie wystąpienia takowych i pomocy dla poszkodowanych. Szczepionki są, moim zdaniem, podobnie jak i antybiotyki dobrą bronią przeciwko drobnoustrojom, lecz należy tej broni używać z umiarem. Jestem przeciwnikiem podawania szczepionek 6w1 by "dzieciątka nie kłuć" co stanowi zabójczą głupotę. Ja wiem, że matki są emocjonalne, ale dobra pielęgniarka wykona szczepienie szybko i dziecko za pięć minut zapomni. Zaś uderzeniowa dawka drobnoustrojów może wywołać opłakane skutki. Poza tym uważam, że należy szczepić przeciw bardzo groźnym chorobom, które, nawet jak ktoś przeżyje, czeka tę osobę ciężkie życie. Mam tutaj na myśli polio, gdzie przeżycie oznacza życie pełne cierpienia czy dyfteryt czy gruźlicę. Nie ma natomiast przekonania co do szczepionek na grypę, które są mało skuteczne, ale nie zamierzam nikomu zabraniać się szczepić.


Wrzask oświeconych był dziki. Straszono epidemiami, a każdego kto ma wątpliwości nazywano w najlepszym razie oszołomem lub i gorzej.  Oczywiście to wina PiS i ciemnych wyborców PiSu nie rozumiejących dobrodziejstwa szczepionek. Także były (na szczęście!) minister Radziwiłł, z godną arystokratycznego nazwiska wyższością informuje, że szczepionki muszą być obowiązkowe i basta. Nie lubię ministra Radziwiłła za wprowadzenie antykoncepcji awaryjnej na receptę, co utrudnia dostęp do tych środków zdesperowanym kobietom. A skoro o ciemnocie mowa, zajrzyjmy za ocean, do kraju rządzonego przez najjaśniej oświeconego premiera od sztucznych brwi, nadzieję lewactwa wszelakiego.


Jak wygląda sprawa w Kanadzie? Po pierwsze, regulacje różnią się między różnymi prowincjami, lecz jak na lewacki kraj panuje wyjątkowo rozsądna polityka. Po pierwsze, nie ma szczepień u dzieci młodszych niż 2 miesiące. Po drugie, jak czytamy na rządowych stronach (jak canada.ca czy ontario.ca), szczepionki podawane są pojedynczo, chyba, że rodzic zechce inaczej. Po trzecie informacje o możliwych powikłaniach i tym kiedy dzwonić do lekarza dostępne są na tychże stronach. Po czwarte, są zalecenia by rozmawiać z rodzicami obawiającymi się szczepienia dziecka, by informować o statystykach skutków ubocznych i ryzyku. Wszędzie mowa jest o zachęcaniu, lecz  dziecka można nie szczepić z powodów medycznych albo kwestii sumienia/przekonań religijnych. Co więcej,  poza Nowym Brunszwikiem i Ontario dziecko może zostać przyjęte do przedszkola bez pokazania książeczki szczepień. A i w lewackim Ontario, jak się pokaże dokument wyjaśniający, że dziecko nie było szczepione z powodów medycznych i/lub sumienia dziecko zostanie przyjęte, lecz może musieć zostać w domu, w razie epidemii. Czyli co Kanada to kraj PiSowskiej ciemnoty? A może kraj, gdzie przyznaje się prawo ludziom to decydowaniu o swoim leczeniu?


[1]link1

[2]link2

[3]hlink3

Czy parytety są potrzebne?

Od zawsze uważałam parytety za głupotę. Co więcej, uważałam, że to rodzaj dyskryminacji, dowodzącej, że jednak chyba jednak coś kuleje równość, skoro trzeba kombinować ze specjalnymi przywilejami. Ostatnio jednak zaczęłam wątpić w owo przekonanie. Nie, nie dlatego, że naraz uznałam by kobiety zgłupiały. Po prostu trafiłam na kanały internetowe takie jak "Black piegeon speaks" i "Computing forever" oraz parę innych. Autorzy słusznie krytykują niekontrolowaną migrację, politykę wielokulturowości czy wariactwo gender, lecz jednocześnie uznają, że kobiety winny wrócić gdzie ich miejsce (czyli do kuchni i dzieci), bo ich malutkie rozumki nie pojmą niczego bardziej złożonego niż przepis na pieczonego indyka i nie są w stanie prowadzić bardziej zaawansowanej rozmowy niż paplanie dodziecka. Być może zatem potrzebne są przepisy, by wymusić uczciwe traktowanie, skoro wciąż pokutuje przekonanie, że kobieta to ograniczony intelektualnie podczłowiek mający służyć panu i władcy. Wiem, zaleciało feminizmem, ale nie znoszę polityki identyfikacyjnej (ang. identitty politics), planów by państwo decydowało za  ludzi jak mają żyć, czy pomysłów systemowego niszczenia ludzi tylko dlatego, że mają dwa chromosomy X a nie X i Y.  A istnieje takie proste podejście,  by żyć i dać żyć innym.

Ogólnie kiedyś myślałam, że tylko w polskiej polityce ma miejsce walka wrogich plemion, gdzie nie ma dyskusji a jedynie uderzanie mieczem dwuręcznym po głowie. Oponent przestał być osobą o odmiennych poglądach, a jest Hitlerem, Trynkiewiczem i Pol Potem w jednym. Kto nie z nami, ten wróg a wroga bij zabij i patelnią w łeb. W Polsce jest to na poziomie PiS i PO, rzekomo między "biedną wsią" a "młodymi wykształconymi", a tutaj jest obóz lewicy konta Trump, a to co wygaduje polska totalitarna opozycja o Jarosławie Kaczyńskim to jeszcze Wersal, no ale w USA walka toczy się o większe koryto, więc bij zabij. Strona lewicowa potraciła już całkiem kontakt z rzeczywistością, zaś słuszne hasła jak równość wobec prawa czy zakaz dyskryminacji są rozumiane jako zakładanie, że nie ma różnic między płciami, między grupami etnicznymi czy po prostu między ludźmi. Dzisiaj rasizmem nie jest chodzenie w marszach Ku Klux Klanu, ale odmowa umawiania się na randkę i współżycia seksualnego z przedstawicielem innej grupy etnicznej. Oczywiście to dotyczy tylko białych. Jeśli są strony randkowe dla Azjatów to nic złego, ale strona tylko dla białych to wrzask wniebogłosy. Pomysł, że nie ma płci i takową można sobie wybrać jest tak głupi, że głowa boli. Ale tutaj całkiem sporo ludzi wierzy, że można mieć płeć niebinarną (ang. non-binary) i że to ponoć biologia. 

Na podobne absurdy musiała powstać odpowiedź. I są ludzie, tacy jak black piegeon i inny, którzy na zasadzie pijaka chodzącego od ściany do ściany, odrzucają wszystko. Marzą o powrocie do starych, "dobrych" czasów (inna rzecz, że to znany fenomen, że przeszłość pamiętamy znacznie lepiej niż była w rzeczywistości), kiedy rodziny miały dziesięcioro dzieci a baba znała swoje miejsce, czyli kuchnię i pieluchy. Ktoś tutaj chyba nie zauważył, że mamy wiek XXI i że w tych "starych, dobrych czasach" przeżywalność dzieci była niższa niż obecnie, ludzie żyli znacznie krócej a świat nie był globalną wioską. Nastąpił wielki skok naukowo-medyczno-techniczny i dożycie 90-lat to dzisiaj nie taka rzadkość jak, za "starych, dobrych czasów", że osoby w wielu emerytalnym nie muszą być wyłączone z życia. I że w cywilizowanych krajach, prócz jedzenia liczy się edukacja i jakość życia, zaś dobra praca wymaga wykształcenia a to kosztuje. Rozumiem sprzeciw wobec szaleństwa gender i multi-kulti, ale czy naprawdę cofnięcie zegarów historii i kilkaset lat ma być rozwiązaniem? Stara sentencja głosi, że nie wchodzi się dwa razy to tej samej rzeki. Czy to się komuś podoba czy nie, świat się zmienia, społeczności ewoluują i nie da się metodą kopiuj wklej wprowadzić rozwiązań sprzed 100 lat. 

W tych rozmowach i walkach plemion, nazwijmy ich płatków śniegu z tradycjonalistami brakuje wyważonej opinii. Płatki śniegu* chcą zdemolować społeczną hierarchię, wszystko rozwalić, bo w anarchii ma tkwić szczęście.  A tak przynajmniej im się wydaje, co dowodzi jak zabójcze dla mózgu jest sojowe latte ze starbusia. Z kolei ci drudzy, chcą zatrzymać i cofnąć rozwój by stworzyć mityczną Arkadię z rzekomo "starych, dobrych czasów". A głosów o tym, jak mądrze łączyć dobre tradycje, szacunek do przeszłości oraz dorobku przodków jest jak na lekarstwo, albo i mniej. Jordan Peterson i Ben Shapiro należą do nielicznych głosów rozsądku w tym jazgocie. W ogóle z kanałów informacyjnych oglądam tylko Fox News, bo reżimowa telewizja w Kanadzie ma tyle sensu co przysłowiowe Radio Erewań i głosi całkowicie oderwane od życia hasła. Ale o tym jak lewica wierzy w siłę nakazów i jak wegańskie bzdury bywają zabójcze opowiem kiedy indziej. Konkludując, słuchając gorących głów tu na miejscu, dochodzę do wniosku, że polska debata publiczna nie jest taka zła, no chyba, że dadzą kogoś wyjątkowo barwnego.

* po ang snowflakes, określenia pokolenia w którym każdy uważa się za wyjątkowego jak płatek śniegu, tak, to te klony młodzieży z nosem w komórce piszące o swoim śniadaniu na fejsie i robiące durne selfie.

Ostatnie rządy, czyli jak upaść na własne życzenie

Globalne oci(e)plenie zaatakowało w Toronto i z tej okazji od wczoraj mamy śnieżycę. Śnieżyca potrwa przynajmniej do jutra więc czego jak czego, ale białego puchu nie zabraknie w najbliższe dni. Lecz oczywiście i tak trzeba dołożyć podatek węglowy, oczywiście dla dobra wszystkich, bo demokracja liberalna się wielce o każdego troszczy. Czy tylko mnie demokracja liberalna przypomina ludową?

Obejrzałam niedawno zalinkowany dokument o ostatnim cesarzu Rzymu i sytuacji Zachodniego Cesarstwa w V wieku n.e. Polecam obejrzeć dokument, ale parę stwierdzeń mnie uderzyło: większa część rzymskiej armii tamtych czasów to byli barbarzyńcy, głównie Germanie. Przybywający dawniej barbarzyńcy romanizowali się: uczyli łaciny, nosili wedle rzymskiej mody i zasadniczo bardzo chcieli stać Rzymianami. W V wieku zaś odróżniali strojem, językiem i zwyczajami. Jako odpowiedź na rosnące zagrożenie ze strony Hunów oraz Burgundów, władze Rzymu oddawali im kolejne tereny. Mniej terenów to mniejsze dochody, mniej pieniędzy na wojsko i rosnąca słabość. To się nazywa błędne koło. Brzmi znajomo, czyż nie?

Cuda III RP

Z napisaniem i publikacją tego tekstu specjalnie odczekałam jakiś czas. Chciałam spokojnie (no względnie spokojnie) zobaczyć co tym razem zdarzy w rocznicę katastrofy smoleńskiej i rzecz jasna wiele się nie pomyliłam (niestety). Zachowanie prorządowych ekspertów łatwo przewidzieć, ale nie o tym chciałam pisać. Nie, nie ma sensu się wściekać, lecz spojrzeć na prezentowane tezy we właściwy sposób. Tak, III RP ma osiągnięcia na skalę światową, godne ton złota i niejednego Nobla jeśli chodzi o wiekopomny przełom w dziedzinie pirotechniki, nowych technologii czy badania przyczyn katastrof lotniczych.

Królowa, car i kaczor


Ponieważ moja poprzednia bajka polityczna się spodobała, zamierzam przedstawić moje podsumowanie pewnych wydarzeń i postaci. 
Był sobie król, był sobie paź i była też.. nie, zaraz wróć nie ta bajka. Był sobie raz orzeł, caryca i król. Król i caryca nie przepadali za sobą i walczyli, ale nawiązywali też sojusze. A już na pewno kiedy szło o zamknięcie w klace orła z koroną na czubku głowy. Pomocny był w tym królik-ciołek co padał do nóg carycy”- to znana opowieść, ale nie dla wszystkich jasna. Na pewno lekcję historii znała królowa, trzymająca w biurku portret carycy.

- Caryco genialna, rodaczko ma poradź – zaczęła tyradę  do portretu bogato ubranej damy, z osiemnastego wieku


- Ile razy mam powtarzać że masz do mnie mówić Kati? Mamy wiek XXI i jesteśmy nowoczesne. I naucz się bycia dobrą Niemką i noś dumnie swoją głowę a nie proś! – uniosła oczy wyraźnie zirytowana. 

- Zatem Kati,  mam ten problem co ty kiedyś i..

- Męża imbecyla i impotenta? Możesz się z nim rozwieźć, nie musisz zabijać – poleciła doświadczona kobieta

- Ty od razu o chłopach i zabijaniu. O orła z koroną mi chodzi. Za bardzo rośnie w siłę, do przeszkadza naszym interesom. 

- Użyj kaczora, jak ja użyłam królika-ciołka. Będziesz zdumiona skutecznością, jak przyniesie ci swój kraj i jego dobra na tacy. Dostaniesz wszystko co najlepsze, zakłady pracy i wykształconych ludzi marzących by pracować dla kraju – wyjaśniła z drapieżnym uśmiechem. 

Łapka na misia potrzebna



Wobec zwierząt nie wolno być okrutnym, ale jak wygłodniały niedźwiedź otwiera szczękę człowiekowi nad głową nie czas na humanitaryzmy. Można oczywiście zacząć rozmowę o humanitarnych wartościach oświecenia, ale jako żywo misio odgryzie dyskutantowi głowę. A że duże zwierzę, musi porządnie zjeść na miejscu przyczepu włosów się nie skończy. Niedźwiedź rozumie język siły, ale na pewno nie straszenie wysuszonym patyczkiem i ujadanie. Pieska to misiek schrupie i połknie w całości. Kończąc przydługi wstęp, zwracam się do Jeanette w podzięce za inspirujący komentarz pod jednym z poprzednich postów. Ponieważ nie chcę mi się całkiem na poważnie pisać o polityce, opowiem wam moi Goście bajkę. No, taką jakby bajkę. 

„Księżniczka w opałach”



Panie, panowie, dzisiaj dla Państwa sztuka dramatyczna pod tytułem „księżniczka w opałach”. Oto zarys fabuły: zatroskany Donald Tusk czytał SMSy z pogróżkami, które ponoć dostała jego córka Kasia. Ktoś podobno groził Kasi śmiercią i w ogóle wulgarnie się wypowiadał. Dziwnym trafem groźby pojawiły się przed wyborami do PE i jeszcze dziwniejszym trafem kiedy to sondaże nie są już łaskawe dla PO jakby to partia chciała i kiedy Polacy ( a to zaskoczenie) coraz gorzej oceniają sytuację w kraju (jakby było z czego się cieszyć).  Mojego współczucia nie budzi, bo osobiście szczerze wątpię by panna Katarzyna kiedykolwiek musiała się bać czegokolwiek i kogokolwiek tak naprawdę. I by musiała się martwić o cokolwiek (poza  ewentualnie butami nie pasującymi do torebki).

Panowie, o co wam chodzi?



Z pewnym smutkiem i zażenowaniem obserwuje wojenkę na prawicy. Chodzi mi o tygodniki „W Sieci” oraz „Do rzeczy”. Odkąd „Uważam Rze” (pisownia oryginalna) wpadła w ręce mainstremu, czasopismo nie nadaje się do czytania. Zawsze wychodzę z założenia, że czytać należy możliwie blisko źródła. Dlatego by poznać co w mediach głównego (lub jak kto woli mętnego) nurtu, piszczy należy sięgać po pierwowzór,  nie zaś po przedruki. Zatem jak już coś do „GW” nie zaś do „Uważam Że”. Poza tym są granice nawet sportów ekstremalnych, zaś czasopisma pewnego redaktora to już  za dużo. W miejsce „Uważam Rze” półki sklepowe zajął nowy, prawicowy tygodnik „W Sieci”.  I bardzo dobrze, bo potrzeba jest czegoś strawnego i znośnego.

Podatek od podatku, czyli fiskus potrafi



Chyba każdy z nas słyszał o jednym procencie podatku, który można przeznaczyć na organizacje typu non-profit, fundacje czy na pomoc konkretnym osobom (na przykład ciężko  choremu dziecku). To naprawdę świetna inicjatywa, okazja by każdy z nas mógł dołożyć małą cegiełkę pomocy. Rzecz jasna każdy ile może, ale jak mawia przysłowie „grosik do grosika” itd.  Czasem zastanawiam się czy pewnego dnia nie zostanie opodatkowanie oddychanie i wychodzenie na dwór i czytanie wiadomości jak w linku [1] doprowadza mnie do wniosku, że ów dzień nadchodzi o ile już nie nadszedł. Podatki rzecz jasna mają swoją rolę i nie mówię by likwidować wszystkie od razu i jak leci. Lecz pomiędzy brakiem podatków a opodatkowaniem wszystkiego znaleźć można zdrową normę, czyli towar w Polsce całkowicie deficytowy.
 

Da się odzyskać Polskę?



Wedle Dantego, na wrotach piekieł napisano „Ty, który wchodzisz żegnasz się z nadzieją”. W słowach zawarto wielką i niezmienną prawdę o naszym życiu i o tym co boli. Nie dolegliwości czy chwilowe niepowodzenie bolą najbardziej, lecz brak perspektywy ich zakończenia. Jak historia pokazuje ludzie dokonują cudów odwagi, kiedy wierzą w sprawę, kiedy wierzą, że będzie lepiej. Potrafią znieść więcej niż my, siedzący w fotelu i popijający herbatkę możemy sobie wyobrazić. Co jednak kiedy nie widać sensu męczenia się, kiedy nie widać światełka na horyzoncie? Osoby cierpiące na depresję znają to paskudne uczucie. Ale nie trzeba choroby by mieć podobne odczucia na myśl o dzisiejszej Polsce i tym co czeka tutaj młodych. Praca na śmieciówkach, brak szans na mieszkanie, brak szans na samodzielność finansową, antyrodzinna polityka i rzucanie kłód pod nogi. Zniszczony i wyprzedany przemysł. Pasożyty karmiące się na pół niewolniczą pracą. Hasła propagandy bredzące o sukcesie. Strach czy starczy dla pierwszego. Strach o utratę pracy choćby na śmieciówce. Beznadzieja i bezradność. W roku '89 wierzono w szanse na nowe, lepsze czasy.  Teraz ludzie tracą wiarę i masowo uciekają. Nastroje społeczne i na temat rynku pracy są fatalne. Poziom publicznej debaty do dno i pięć metrów mułu. Już nawet mi się nie chce komentować wypowiedzi „szczawiowego” profesora, urojonych sukcesów wróbka ćwirka i tym podobnych. Głowa może pęknąć. Zamiast litanii chcę napisać o czym innym.

Słodka wiara naiwności


W pewnym ubawieniem, graniczącym z histerycznym wybuchem przeczytałam tekst na gazeta.pl „Jens Stoltenberg, były premier Norwegii, będzie nowym szefem NATO. Wcześniej mówiło się, że to stanowisko może objąć Radosław Sikorski. Ale to nie koniec europejskiej gry o wysokie stanowiska, w której uczestniczy szef polskiego MSZ”.  Jeśli ktoś przez choćby ułamek sekundy wierzył, że Radosław Sikorski, człowiek z klasą a nawet ośmioma, obejmie ważne stanowisko to dowód na siedzącą w człowieku potrzebę wiary.  Bo jeśli ktoś naprawdę wierzy w geniusz dyplomatyczny pana od dożynania watah, pana mówiącego opozycji na Ukrainie „podpiszcie albo zginiecie” to naprawdę nie znam łagodniejszego słowa na opisanie skrajnej naiwności.

Co dalej z Ukrainą?



Media w Polsce od świtu do zmierzchu odmieniają słowo „Ukraina” przez wszystkie przypadki. Słowa jak  „ukraiński” (nie barszcz bynajmniej) czy „Majdan” padają częściej niż krople deszczu w listopadzie. Z jednej strony jestem bardzo zainteresowana wydarzeniami u naszego wschodniego sąsiada. Destabilizacja w tak bliskim regionie odbije się negatywnie na Polsce. Gdyby, odpukać w niemalowane, doszło do wojny skutki uderzą w nas w ten czy inny sposób. Oczywiście powinniśmy być informowani. Ruchy wojsk rosyjskich w pobliżu polskiej granicy (i jak pragnę zauważyć granicy UE oraz NATO) powinny niepokoić, zważywszy historyczne doświadczenia.  Inna sprawa, że zaczynam się zastanawiać o jakich sprawach nam się nie mówi i co z krajowego podwórka nie zwraca uwagi opinii publicznej.

Narodowa choroba dwubiegunowa


Niektórzy nazywają polskie życie schizofrenicznym, zaś zachowanie tak zwanych elit i ekspertów schizofrenicznym. Pomijając fakt, że nie są żadnymi elitami i żadnymi ekspertami ich głos i zachowanie nijak nie przypomina schizofrenii. Gdybym miała poszukać jakiegoś odpowiednika, to bym wskazała na chorobę afektywną dwubiegunową. Schorzenie to charakteryzuje się wystąpieniem stanów znacznego obniżenia nastroju (depresji) oraz chorobliwego pobudzenia (manii). Nie wnikając w szczegóły kliniczne stany te występują naprzemiennie, co nie znaczy jedno po drugim. Kiedy tak posłuchać wypowiedzi czy to ze strony nazwijmy ją rządową oraz strony powiedzmy opozycyjną, mówią dokładnie o tym samym, chociaż niejako dokładnie coś przeciwnego. Jak dwa bieguny plus i minus, jak owa mania i depresja.

Szczaw i mirabelki poproszę


„Polska jest  świetnym miejscem do życia i założenia rodziny. To nowoczesny,  europejski kraj w którym specjaliści znajdują konkurencyjne oferty pracy w rozmaitych gałęziach prężnie rozwijającej się gospodarki. Dzięki zajęciach prowadzonych na światowym poziomie oraz znakomitej współpracy uczelni z biznesem młodzi, wykształceni ludzie gładko wchodzą na elastyczny rynek pracy, gdzie zgrabnie lawirując między ofertami szybko znajdują dla siebie niszę i rozwijają swoje pasje i kwalifikacje. Ludzie zmieniają pracę bez trudu, bowiem stawiając na indywidualny rozwój i nieustanne podwyższanie kwalifikacji zawodowych nie chcą zbyt długo pozostawać w jednym miejscu.

Kto jest wart troski dla maintreamu?


Media głównego nurtu słyną z troski. W swoim poprzednim tekście pisałam jak broniły Jerzego Owsiaka. Ich twarda i zwarta obrona WOŚP stanowiła dla mnie najlepszy dowód, że w inicjatywie „coś jest nie tak”. Niemniej jednak obrona WOŚP to zachowanie irytujące najwyżej, zaś obrona zbrodniarzy to czyn oburzający. Na największą troskę liczyć mogę wszelkiej maści dewianci jak pedofile. Pedofil-morderca Mariusz Trynkiewicz został wzięty pod czułe skrzydła obrony prof. Moniki Płatek. Występująca regularnie w TokFM karnistka (i jak tu nie być złośliwym wobec wciskania żeńskich końcówek) błaga by nie linczować zbrodniarza. Szkoda, że nie ma tyle wyrozumienia dla jego ofiar. Ale nijak mnie to ani nie dziwi, ani nie zaskakuje. Co najwyżej ponoru kiwam głową, szepcąc „a nie mówiłam”.

Lemingi opcji wszelakich

Przepraszam za moje długie przerwy. Nowy Rok już za nami, nareszcie koniec świętowania i mam nadzieję wrócić do regularnego blogowania. Zima tego roku naprawdę nam się zbiesiła zaś wysokie temperatury szkodzą nie tylko przyrodzie. Huragany, powodzie czy rozregulowany cykl wegetacyjny to tylko część problemu. W każdym razie słuchając co po niektórych genialnych pomysłów polityków zaczynam się zastanawiać czy może halny co hula doleciał do Warszawy i zaszkodził, ja weszłam w jakiś tryb wyjątkowej złośliwości czy może politycy wygadują większe bzdury niż zwykle. W ramach noworocznego festiwalu obietnic, Premier Tusk postanowił walczyć z pijanymi kierowcami. Tym razem remedium ma stanowić alkomat za 5 złotych w każdym aucie. To, że  działający alkomat kosztuje więcej i że jak ktoś zechce jechać na podwójnym gazie to alkomat mu nie straszny nikogo nie przekonuje. Trzeba pokazać działanie takie czy inne. A skoro sondaże lecą w dół a ludzie coraz mniej drżą przed „Kaczorem” czas przedstawienie, showtime itd. Przyjmowanie koperty nie korupcja a pieniążki z OFE kuszą.   Z drugiej strony mamy pomysły by zakazać handlu w niedzielę, bo ludzie mają spędzać czas inaczej niż w galeriach a posłowie wiedzą lepiej jak, odmienianie słów gender i aborcja przez przypadki itd. Głowa boli.