Pokazywanie postów oznaczonych etykietą społeczeństwo/social cases. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą społeczeństwo/social cases. Pokaż wszystkie posty

Jordan Peterson, czyli dorabianie gęby

Jordan Peterson, kontrowersyjny psycholog kliniczny z Toronto, nie jest lubiany w politycznie poprawnym światku. Wróć, nie jest lubiany to mało powiedziane, uchodzi za radykała (bo nie używa idiotycznych genderowo neutralnych końcówek) i jest przeciwnikiem parytetów oraz przekonania, że ludzie są tacy sami (czy się stoi czy się leży, tyle a tyle się należy, znamy to, czyż nie?). Dzisiaj totalnie pomylono niestety pojęcie "równości wobec prawa" czyli uczciwego traktowania ludzi w świetle prawa bez względu na płeć czy rasę, z uznaniem, że równi znaczy identyczni. Bo ludzie nie są identyczni, na przykład jeden jest radzi sobie dobrze z matematyką a drugi z przedmiotami humanistycznymi i równanie na siłę walcem do równości niszczy talenty miast je rozwijać. Ale powiedzieć takie rzeczy w źrenicy światowego postępu na Toronto (tak samo jak powiedzieć, że płeć definiują chromosomy płciowe i nie da się zmienić płci, to znaczy jak chłop obetnie sobie interes i przebierze za kobietę, to będzie nie kobietą ale kastratem przebranym za kobietę w świetle biologii) to dostaje się łatkę radykała, seksisty, transfoba i co tam jeszcze.  Zaburzenia świadomości płciowej należy leczyć, ale nie wmawiać chorym by celebrowali radośnie swoją chorobę. 

Wywiad z linka [2] nie jest nowy, ale chciałam napisać o czymś innym niż pandemia, zaś sam wywiad pokazuje, że prof. Jordan Peterson, człowiek zajmujący zawodowo psychologią, publikujący naukowo ma wiedzę i bije merytorycznie na głowę Cathy Newman, która wypada blado i przegrywa. Prof. Peterson nie daje się sprowokować i pozostaje merytoryczny, czego się nie da powiedzieć o pani Newman. 

Co takiego mówi prof. Peterson? Krytykuje wiecznych Piotrusiów Panów, czyli dzisiaj zombie w rurkach: nie są dla nikogo partnerem i nie radzą sobie. Wspomina, że ludzi trzeba wspierać (chociaż wspomina głównie o młodych mężczyznach), że należy ich zachęcać do rozwoju i nie przeszkadza mu, że YT jest w większości męską domeną. Wyraźnie to przeszkadza pani Newman. Cathy Newman nie podoba się, że kobiety chcą kompetentnych partnerów (nie znaczy bijących!), a te szukające słabych chcą dominować i są mniejszością a całość długoterminowo nie stanowi dobrego rozwiązania.  Dalej mówi, że bardziej złożona analiza (tzw. multivariate z dodatkowymi zmiennymi) wskazuje, że nie ma tzw. paygap,  bowiem trzeba brać pod uwagę wiek, osobowość. Pani Newman nie może znieść, że jest to bardziej złożone niż porównanie średnich i raz po raz przerywa prof. Petersonowi.  I są rzecz jasna różne osobowości, w odmienny sposób rozłożone między płciami, na przykład kobiety z zasady są bardziej ustępliwe (ang. agreeable) i zachęca kobiety by prosiły o pożyczkę! Czy to słowa nienawidzącego kobiet redpillersa*? A może kogoś, kto pomaga kobietom prosić o pożyczki, pomaga w rozwoju kariery do czego się przyznaje otwarcie?

Prof. Peterson wspomina także, że statystycznie rzecz ujmując, kobiety wybierają macierzyństwo lub mniej płatne profesje. Denerwuje to panią Newman. Mówi też o trudach o łączeniu kariery i macierzyństwa, co nakłada na nie ogromną presję. On mówi o statystyce, a ona o "każdy jest inny", tak ale nie o to chodzi w statystyce i nauce! Cathy Newman raz po raz mówi o równości, nie rozumiejąc tego o czym wspominałam na początku. Prof. Peterson wspomina, że nie każdy chce poświęcić wszystko dla kariery i owszem to często mężczyźni, zaś takich kobiet jest mniej. I każdy rzecz jasna spotyka bariery i musi walczyć. I co z tą równością płci? Nie ma czegoś takiego jak równość wyniku! To komunizm prawda. Prof. Peterson pokazuje, że w egalitarnych społeczeństwach jak skandynawskie, liczba kobiet pielęgniarek do mężczyzn pielęgniarek to 20:1 zaś inżynierów dość podobnie. Są pewne różnice których nie da się wymazać. Jak wreszcie określić czym jest równa praca? Jak to określić? Prof. Peterson raz po raz wspomina, że cechy jak nieustępliwość,  jak umiejętność walki oraz rywalizacji pomaga. Dzieli cechy na cechy kobiece (ustępliwość czy wrażliwość) nie są powiązane ni nie przewidują sukcesu na szczycie. Ponownie, on wspomina o badaniach i wynikach a ona dlaczego nie ma więcej kobiecości.  I na koniec nie zapominajmy, że nie każdy mężczyzna chce się rozpychać łokciami i walczyć o to przywództwo. Niektórzy wolą spokój. 

No i na koniec kwestia tzw. LGBT i przedimków neutralnych. Cathy Newman nie widzi problemów w tym, że ona kogoś obraża, zaś odmawia tego prawa (w imię wolności słowa o której mówi) prof. Petersonowi. Prawo nie powinno kaleczyć języka i zwraca uwagę na to jak autorytarne są zapędy radykalnej lewicy. Nie podoba się to pani Newman, która nie rozumie, że "autorytaryzm" nie oznacza nazwanie kogoś Mao czy Hitlerem. Ale filozofia aktywistów i dajmy na to Mao jest podobna, ponieważ nadaje ludziom grupową tożsamość gdzie grupa (bycie transpłciowcem) jest ważniejsza niż to kim jesteśmy. Odmawia się ludziom prawa do indywidualności, a wpycha w świadomość i interesy grupy. Czy to na pewno wolność? 

I wreszcie wspomina o konieczności istnienia hierarchii w każdej grupie oraz społeczności, nie jest to zaś li tylko relikt patriarchatu. Ponownie pani Newman wyraźnie się to nie podoba, nawet jeśli prof. Peterson wskazuje na to jak nawet w tej kwestii działa nasza serotonina.  Poza tym co jeśli nie hierarchia, taka czy inna? Czeka nas chaos i anarchia, a historia pokazuje, że to jeszcze nigdy nikomu nic dobrego nie przyniosło. 

Czy tylko ja mam wrażenie, że Cathy Newman nie słuchała ni nie zrozumiała wspominają? A z tego co napisałam powyżej wysnuto jakoby zachęcał do przemocy wobec kobiet i był wrogiem kobiet.  Całkowicie i nie po raz pierwszy skrytykował absurdy takie jak: równość wyników, równanie walcem, ignorowanie różnic między płciami i sprowadzanie złożonego problemu płac i awansu do złego patriarchatu. Sama miałam kiedyś na lunchu rozmowę o tym czemu kobiety pracują na niepełnym etacie i jak ktoś powiedział "bo chcą mieć więcej czasu dla dzieci" - coś, czego osoby jak Cathy Newman nie rozumieją. I dlatego prof. Peterson jest tym złym, bo promuje "toksyczną męskość" (ang. toxic masculinity)  bo każe młodym mężczyznom dorosnąć, nie zaś być wiecznymi dziećmi. Pisze, że nie da się dawać każdemu po równo czy zrobić parytetu więc wspiera patriarchat i zło. Zabawne (nie tragiczne), że te równościowe ponoć feministki bronią zbrodniczej wobec kobiety i mniejszości doktryny wojennej (aka "religia pokoju"). Ale co ja się dziwię, skoro prof. Peterson jest zły (w ich narracji) a Linda Sarsour dobre? 

[1] https://www.theguardian.com/media/2018/mar/19/cathy-newman-the-internet-is-being-written-by-men-with-an-agenda
[2] https://www.youtube.com/watch?v=aMcjxSThD54
grafika: https://nationalpostcom.files.wordpress.com/2020/02/jordan-peterson-1.jpg
*redpillersi to ciekawe zjawisko, warte opisania odzielnie

Zamknięte granice, ale co dalej?

Od jakiegoś czasu rozmawiałam na temat tego, co się stanie jak wrócimy do normalności. Pandemia koronawirusa w końcu wygaśnie, jak to z pandemiami bywa, ale co dalej? Jaką, gospodarczą, cenę przyjdzie nam wszystkim zapłacić za owo zamknięcie granic i ograniczenie działalności wielu sektorów gospodarki. A wreszcie jakie to może mieć reperkusje społecznopolityczne? Tego rzecz jasna nie wie na razie nikt, ale pewne problemy, przynajmniej dla mnie, dosłownie aż krzyczą. 

Chyba wszystkich przeraził scenariusz włoski, gdzie doszło do katastrofy w kraju gdzie gospodarczo i tak nie było różowo. Rzecz jasna wielu zwracam uwagę, że z racji starszej populacji Włoch niż sąsiednich krajów wirus zbierał bardziej śmiertelne żniwo. Drugie to jednak indywidualna odpowiedzialność, bo niestety we wszystkim to człowiek stanowi najsłabsze ogniwo. Ludzie, którzy chodzili po knajpkach traktując zwolnienie jako okazję do rozerwania się nie pomogli. W samym Zurychu, jak słyszałam od mieszkających w centrum, musieli pozamykać parki bo ludzie robili sobie grilla łamiąc zakaz spotkań w maksimum pięcioosobowych grupach. Mogę niejako zrozumieć ludzi w Szwajcarii, z którymi wiek XX obszedł się dość łagodnie, bowiem uniknęli wojen i większych nieszczęść, lecz mam czasem wrażenie, że wielu ma problemy z utrzymaniem zasad sytuacji specjalnej. Czy naprawdę oszalałe na punkcie konsumpcji społeczeństwa tzw. oświeconego Zachodu są niezdolne do najmniejszego wyrzeczenia? Jak żyć, panie jak żyć jak sklep z ajfonami zamknęli? 

Rozmawiałam w piątek z koleżanką z Polski, a S. spytała jak to jest, że przy świńskiej grypie w 2010 sprawa jakoś przeszła, a teraz zapanowała nieomal psychoza? No cóż, wyjaśniłam, że nie media społecznościowe nie były wówczas w aż takim użyciu więc i możliwość nakręcania spirali histerii mniejsza. Nie, nie winię mediów społecznościowych za całe zło, ale uważam, że w rozrachunku przynoszą światu dużo więcej złego niż dobrego. Zaczęło się dobrze: możliwość znalezienia dawnych kolegów ze szkoły, poznawanie grup zainteresowań z całego świata a wyszło jak zawsze, czyli nieciekawie. Pozostaje kto nakręca falę fake newsów i kto steruje histerią, by zyskać. Nie jestem zwolenniczką teorii spiskowych, unikam ich jak nomen zarazy, lecz jednocześnie nie wierzę, że rzeczy dzieją się same z siebie i bez przyczyny. Na histerii można wiele zyskać, albo wykreować zapotrzebowanie na coś (eksperymentalne leki, szczepionki?), albo zastraszyć społeczeństwo tak, by demokratycznymi metodami wyraziło zgodę na likwidację demokracji i zwiększoną inwigilację na przykład. Dla naszego dobra rzecz jasna. 

Oba scenariusze są nieciekawe, zaś to tylko luźne myśli. Inna sprawa na ile demokracja jeszcze istnieje na tzw. oświeconym Zachodzie, gdzie w ramach swobody myśli w demokracji liberalnej można się zgadzać, albo morda w kubeł, zaś za krytykę przyjmowania nielegalnych imigrantów (aka "uchodźców"), likwidacji państw narodowych, kultury i zasad (aka wielokulturowość) czeka, na razie, śmierć cywilna a jak mawiał znajomy "oświecony" wyborców Donalda Trumpa należy badać psychiatrycznie (jak to szło, schizofrenia bezobjawowa, prawda). Do tego "otwarci" i "tolerancyjni" ludzie lewicy mają nadzieję, że Trump opuści ten padół łez, jak powiedziała M. z mojej pracy. Co to za ustrój, gdzie jest jedna idea, jedna jedynie słuszna wizja życia i poglądów a debata jest zakazana a jak komuś się nie podoba to na stos, mentalny na razie, z heretykiem? No na pewno nie demokracja, zresztą demokracja nie potrzebuje przymiotników a im dłużej żyłam w demokracji liberalnej tym bardziej miałam wrażenie, że ten twór ma tyle wspólnego z demokracją co krzesło, z krzesłem elektrycznym. Być może więc chodzi o zlikwidowanie fasad demokracji? A może by ajfoniki przejęły kolejne elementy naszego życia. Aha żeby nie było, że zazdroszczę. Mogłabym kupić sobie ajfonika, ale po prostu nie mam ochoty. Nie chcę tutaj snuć teorii o tym, że koronawirus to broń biologiczna mająca, na celu to czy tamto. Nie, raczej, że ktoś wykorzystał chiński wirus z Wuhan (tak chiński wirus z chińskiego Wuhan). Jednocześnie jednak pandemia pokazała absolutną bezradność demokracji liberalnej i absolutną niezdolność konsumpcyjnych społeczeństw Zachodu do działania. 

Premier Włoch ([1]), zwraca uwagę, że UE może stracić sens istnienia. I ja się od jakiegoś czasu zastanawiam jak Unia wyjdzie z obecnego kryzysu i czy będzie co zbierać. Projekt UE, jakim jakim widzieli ów twór założyciele, czyli unia gospodarcza miał głęboki sens. Przepływ dóbr, usług i ludzi w ramach Europy mógł uczynić Europę konkurencyjną wobec gigantów jak USA  czy Chiny. A kto zrobił z Chin praktycznie fabrykę świata? Łatwo powiedzieć złe i chciwe korporacje, czy czy to nie my, konsumenci chcieliśmy coraz więcej za mniej? Zakłamane do cna, rzekomo tolerancyjne i zatroskane społeczności tzw. oświeconego Zachodu, chciały konsumować coraz więcej i jakoś im nie przeszkadzało, że ich bluzki czy torebki wykonali półniewolnicy (albo i nie pół)  z Chin czy Bangladeszu. Tacy wege - i fit, zatroskani o "katastrofę klimatyczną" mieli głęboko gdzieś jak żyli pracownicy ich nadgryzionego jabłuszka z Chin. Zamykali oczy i patrzyli dalej, upojeni samozachwytem nad swoją wielkodusznością. Czy naprawdę można oczekiwać od takich ludzi jakiegoś wyrzeczenia, jakiejś własnej myśli? I po namyśle chyba owa namacalna wręcz hipokryzja tak mnie drażniła w Kanadzie. Bo multi-kulti w Kanadzie służyło temu samemu co i w Europie, zasysaniu taniej siły roboczej, w tym, że w kraju liścia klonowego wykwalifikowanej. Po co dobrze płacić programiście czy analitykowi, skoro można zatrudnić za dużo mniej Hindusa czy Chińczyka, dla którego nawet ta nie taka znowu dobra płaca to niebo w porównaniu z tym co ma u siebie? Oczywiście by złapać te muchy, w myśl starego przysłowia, trzeba wystawić miód o nazwie "multi-kulti". Ale oto niektóre grupy, jak wyznawcy proroka-pedofila, zorientowały się, że obiecanki równych szans to pic na wodę i zaczęły robić zadymy używając przeciw lewicowcom (czyli dzisiaj międzynarodówce rozporowej) ich własnej argumentacji. Oczywiście znam całą masę ludzi wierzących w bajki o równości (jak to ładnie nazywał towarzysz Lenin?), ale na pewno zarządzający widzą byznes. I może stąd owa słabość, ponieważ w krajach demokracji liberalnej (jakieś pomysły jak przerobić demolud by pasowało?) istnieje cała rzesza ludzi nijak nie identyfikujących z tymi krajami, za to identyfikujących z czymś odmiennym (powiedzmy totalitarną doktryną wojenną udającą religię), i w razie kryzysu ma się wewnętrznego wroga. Czyż to nie kolos na glinianych nogach, próchniejący od środka? I co będzie jak zawierucha pandemii przejdzie? 

I co z gospodarką? Nie da się wyłączyć wielu sektorów na długo. Owszem branża tzw. eventowa nie jest może jakoś szczególnie potrzebna, ale gospodarka to system naczyń połączonych i nawet taka pozornie mało istotna branża eventowa, jest powiązana z gastronomią, wynajmem pomieszczeń itd. Jak runie jedno pociągnie drugie i to się nazywa efekt domina lub kuli śniegowej. Rzecz jasna wszystkie rządy przeznaczają ogromne kwoty na pomoc, ale tak nie można w nieskończoność. Po pierwsze skąd wziąć kasę, a po drugie na kroplówce nie da się przeżyć życia. Zatem trzeba będzie wracać do normalności, ale pamiętając o środkach ostrożności. Czy dzisiejsze społeczeństwa, jako całość, są zdolne do samoograniczenia? Osobiście szczerze wątpię, ale jeśli tak to być może czas na podmiankę przez innych, zdolnych do wysiłku (mam na myśli prawdziwy wysiłek a nie wrzucenie selfików na insta), jak to już nieraz miało miejsce w historii kiedy starego, rozleniwionego lwa zagryzały młode, głodne sukcesu lwy. Czemu tak się uczepiłam selfików, ajfoników i mediów (anty)społecznościowych? Bo stanowią objawy rozleniwienia dobrobytem. I pozostaje pytanie, czy pandemia przypomni nam wszystkim, że chociaż nie chcemy mówić o śmierci, chorobie i brzydocie w erze poprawianych photoshopem zdjęć na mediach (anty)społecznościowych, to śmierć, choroba i brzydota nie znikły. I że, jeśli jako społeczność mamy przetrwać kryzys, musi nas łączyć wspólnota, ale coś prawdziwego nie mit multi-kulti bo ludzi z odmiennych kultur razem nic nie łączy, więzy istnieją tylko w ramach kultury czy religii tej czy innej. I na koniec ludzie poświęcają się dla rodziny, kraju, idei ale raczej nie dla ajfona, insta czy przygodnego seksu. 

Unia i multi-kulti w czasach zarazy

Jak wiedzą stali Goście mojego bloga, jestem dość sceptyczna wobec idei multi-kulti ponieważ nie wierzę, że da się pokojowo zmieścić, na małej przestrzeni, ludzi których systemy prawne, kultura i wierzenia są sprzeczne. Europejskie poszanowanie wolności jednostki, przechodzące nieraz w kult narcyzmu średnio pasuje do konfucjańskiej idei interesu roju, gdzie jednostka wiele nie znaczy. Europejskie, i ogólnie zachodnie, poszanowanie praw kobiet czy innych mniejszości, nie pasuje z dzikimi ideami "honoru" wyznawców proroka-pedofila. Lecz o ile pracowici Chińczycy jeszcze dość dobrze wpasowują się w krajobraz i nie kłują w oczy nie da się tego powiedzieć o zwolennikach "zbrodni honoru". Pisałam o praktyce w Toronto, gdzie właśnie zamknięcie ludzi na małej przestrzeni powodowało stworzenie się zamkniętych podgrup ponieważ ludzie szukali kontaktu ze znanym i rozumianym. To zwykła reakcja każdego, tak mnie jak i innych, ale dla międzynarodówki rozporkowej, która wygryzła lewicę zajmującą się bardziej sprawami socjalnymi, to rasizm. 


Zastanawia mnie co robi UE w sprawie pandemii? Gdzie ci wielcy szafarze, tak dzielnie walczący z rzekomym nie przestrzeganiem praworządności? Gdzie Timmermans i tym podobni, tak wielce zafrasowani? Jeśli ktoś z was, moi Goście, może podesłać bo chętnie poczytam. Co prawda nie oczekuję za wiele od speców od określania krzywizny banana czy ogórka, specjalistek od gwałconych krów i tym podobnych, ale zawsze chętnie poczytam co i jak. Może się mylę i jednak zarządzający UE to nie jest, jak powiedziałam komuś tutaj "narodowa reprezentacja cudaków, których partie wysyłają tam, gdzie wyrządzą mniej szkód", bo patrząc na posłankę Bieńkowską lepiej mieć ją z dala, chociaż patrząc jak bruździ to właściwie nie wiadomo. Wyjaśnienie komuś ze Szwajcarii, ale także Niemiec czy innego kraju, dlaczego polska opozycja lata do UE o pomoc by obalić rząd metodą "ulica i zagranica" jest ciężka, bo jednak staram się mówić o Polsce możliwie dobrze. A o wielu politykach mówić dobrze ciężko, a nie chcę gadać, że większość polityków to zdrajcy nienawidzący własnego narodu albo ideologiczni nieudacznicy. Dlatego pewnie tak pozytywnie zaskoczyła mnie decyzja premiera Morawieckiego o zamknięciu granic, by zatrzymać rozprzestrzenianie się koronawirusa z Wuhan (tak, wirus pojawił się na targu w Wuhan czy międzynarodówce rozporkowej to się podoba, czy nie), a nie doprowadzić do włoskiego scenariusza. Nie żeby szwajcarski był tak znowu dobry, ale jakoś dajemy radę. Zamknięcie granic, częściowe zamknięcie galerii handlowych i tryb "na wynos" w restauracjach powinien pomóc. Ja sama będę pracować w domu, by nie kusić licha dojeżdżając do pracy. Bo chociaż jestem odporna i w życiu nawet grypy nie miałam, a najgorsze co to trzydniowe przeziębienie bez nawet porządnej gorączki, to po co ryzykować? W każdym razie Polska na razie zdaje egzamin i dobrze. Granice, ze Szwajcarią, zamyka też Austria, Dania całkowicie i można powiedzieć, że tak na naszych oczach ciężko choruje idea solidarności europejskiej. Pandemia nie tak znowu zabójczej,  w porównaniu z hiszpanką czy cholerę, ale i tak groźnej choroby pokazuje dobitnie, że jednak wszystko ma narodowość i że jak przychodzi do kryzysu to jesteśmy Austriakami,  Duńczykami, czy Polakami przede wszystkim, nie zaś Europejczykami.  Rzecz jasna każdy rozsądny człowiek wie, że kapitał ma narodowość, ale utopie mają to do siebie, że żyją długo bo wyrażają nadzieję na raj na ziemi. 

Jak poczytałam o Belgach jeżdżących do Holandii [1] to restauracji to zastanawiam się ponownie jak bardzo coś nie tak jest z zachodem. Czy ludzie nie rozumieją zagrożenia? Owszem to nie dżuma, ebola czy hiszpanka, ale nawet w przypadku epidemii grypy sezonowej trzeba uważać. No, ale czego oczekiwać o ludziach nie widzących, że dzielnica Molenbeek stała się eksterytorialnym terenem, gdzie panują dzikie prawa pustyni? Głupota jest zwykle całościowa i systemowa niestety, ale plusem całej tej pandemii może być to, że przynajmniej nie najadą nas hordy najeźdźców prezydenta Erdogana, pardon "uchodźców", więc jakieś szczęście w nieszczęściu. Jeśli zaś produkcja będzie mnie skumulowana w Chinach też, ale oczywiście byłoby znacznie lepiej jakby podobne otrzeźwienie przyszło bez tylu ofiar w ludziach i strat dla gospodarki. 

Jak już pisałam wcześniej, nie jestem pod wielkim wrażeniem reakcji władz w Szwajcarii. Szwajcaria ma szansę zająć niechlubne miejsce na liście najbardziej dotkniętych państw, a niestety zbyt późne ograniczenie wjazdu z Włoch z pewnością uczyniło wiele złego. Ludzie już wcześniej domagali się zamknięcia granicy z Włochami, lecz takowa decyzja nie zapadła. Rzecz jasna sytuacja nie jest prosta: całkiem sporo ludzi dojeżdża do pracy z Włoch i nie da się ot tak zamknąć, no ale czy przypadkiem nie zamknięcie nie było gorsze? Generalnie nie ma paniki, chociaż ze sklepów znikają makarony oraz ryż, ale nie ma pustych półek. Ale pewne nerwowe reakcje są, jak w linku [2]. Oczywiście odsuwanie się od Azjaty to jeszcze nie ciężki rasizm, ale z pewnością sytuacja nieprzyjemna dodatkowo spowodowana nerwową atmosferą. Takie zachowanie nie powinno mieć miejsca i jest to zwykłe chamstwo. W czasie kryzysu wszyscy myślimy o sobie i swoich najbliższych nie pięknych ideach równości i świata bez granic. To, co mi się bardzo podoba w Szwajcarii to to, że tutaj nie ma oszalałego mutli-kulti i zalewu imigrantów spoza Europy. To biały kraj i dlatego tutaj przyjechałam, ale tak naprawdę mieszkanie za granicą to zawsze ciężki kawałek chleba. Zawsze ktoś nam wypomni pochodzenie, wyszydzi język i komuś będzie przeszkadzać nasza religia (lub jej brak) czy kolor skóry. W Toronto byłam mniejszością etniczną  w pracy oraz poza takową jako osoba o białym kolorze skóry, bowiem w pracy i w centrum gdzie mieszkałam spotykałam mieszkańców Azji (Chińczyków, Filipińczyków, Koreańczyków, Hindusów), ludzi z Ameryki Środkowej i Afryki. Wiem, że bycie mniejszością etniczną nie jest lekkie bowiem im bardziej różnimy się od otoczenia tym większe ryzyko niedopasowania. Żeby nie było różowo: tutaj zarobiłam na ulicy świdrujące spojrzenia mówiąc po angielsku, ale jako doświadczony mieszkaniec obczyzny wiem, że trzeba mieć grubą skórę i nie przejmować drobiazgami. I zasadniczo nie pchać się gdzie nas nie chcą, gdzie nasz kraj pochodzenia, przynależność etniczna komuś przeszkadza. 

Końców świata mieliśmy w bród

Różne rzeczy dostaję na Whatsupp, ale powyższy obrazek to zdecydowanie smaczek. Pamiętałam większość końców świata z wymienionych: staruszkę pluskwę millenijną, potem dobrego wąglika, ptasią i świńską grypę i nieco egzotyczną Zikę. W Toronto histeria na Zikę, była tak wielka, że koleżanki w wieku produkcyjnym unikały wyjazdów na konferencje na Florydzie, bo Zika zje nas wszystkich. Przyznam, że w swoim czasie pluskwa, wąglik i SARS mnie przestraszyły, ale z czasem naprawdę chyba robię się coraz bardziej znieczulona. Tych końców świata mieliśmy za dużo, a ja mam akurat niezłą pamięć. 

W mojej pracy M., lekarka jest głosem rozsądku. Mówi wszystkim, by zachować spokój, myć ręce i nie dać się zwariować. I że większość z nas nie jest w żadnej grupie ryzyka, ponieważ nie mamy osłabionej odporności, nie jesteśmy pacjentami onkologicznymi i nie zażywamy imunosupersantów. By zostać w domu w przypadku gorączki, kaszlu i kataru co winno być zwyczajną praktyką w razie przeziębienia i grypy. Wziąć głęboki oddech, a przede wszystkim nie tyle wyłączyć telewizję co przestać wchodzić na media społecznościowe. Jak zapewne zgadła większość z was, mam dość sceptyczne podejście do mediów społecznościowych, które może i miały pomóc ludziom się odnaleźć po latach, lecz niestety zostały źródłem lansu, hejtu i  siania fałszywek (nie wiem jak powiedzieć po polsku fake news, a nie znoszę wtrącać anglicyzmów). Histeria i panika nie pomoże. Rzucanie się na żele antybakteryjne też nie. Naprawdę większości z nas starczy zwykłe mydło, a M. mówi, że o ile nie mamy kontaktu z zarażonym naprawdę nie trzeba używać niczego więcej. Poza tym, środki do dezynfekcji rąk mogą podrażnić skórę, a podrażniona skóra to brama do bakterii co razem z M. tłumaczyłyśmy studentowi, który w panice zaczął kilka razy dziennie myć tymi środkami ręce. 

W Szwajcarii, wedle danych na swissinfo.ch, mamy 210 potwierdzonych przypadków i jeden przypadek śmiertelny. Zmarła 74-letnia kobieta hospitalizowana w Lozannie, która prócz koronawirusa cierpiała na przewlekłe choroby. I właśnie owo podkreślone słowo stanowi klucz: przewlekłe choroby, tacy ludzie są w grupie ryzyka także dla zwykłej, sezonowej grypy a z powodu grypy nie odwołuje się imprez masowych, nie zamyka szkół (zwykle) i nie trzeba reglamentować papieru toaletowego. I szkoda, że w tym całym szaleństwie wielu wciąż zapomina, by kichać/kaszleć w chusteczkę lub rękaw. Nieraz w autobusie jechałam z chorym dzieckiem, które kaszlało roznosząc zarazki wszędzie.  Małe dziecko może nie wiedzieć o konieczności zasłaniania buzi, ale czy ja żądam cudów oczekując, że matka zasłoni dziecku buzię by nie zarażało innych nie tylko z okazji koronawirusa, ale w przypadku zwykłego przeziębienia? 

A tak z innej beczki: może warto by politycy i inni decydenci w końcu pojęli, że nie można przenieść całej światowej produkcji w jedno miejsce, do Chin. Jeśli dzięki epidemii koronawirusa cześć fabryk zniknie z Chin i wróci tam, gdzie były wcześniej to z całości wyjdzie coś dobrego. Może to przystopuje oszalałą konsumpcję i miejsca pracy wrócą do krajów Europy. 

I na koniec: wyłącz telewizję, wyloguj się z mediów społecznościowych, weź głęboki wdech i włącz myślenie. Panika bywa naprawdę groźna, zaś strach ma wielkie oczy. Koronawirus to nie dżuma czy cholera, a nawet w przypadku epidemii cholery czy czegoś równie paskudnego panika i histeria tylko pogorszy sprawę. 

Leniwe matki Katarzyny Lubnauer

Katarzyna Lubnauer nigdy nie była posłanką, z którą bym się utożsamiałam, a do partii Nowoczesna było mi daleko. W ogóle obecna, polska (i nie tylko polska) lewica jest mi odległa bowiem zamiast zajmować się walką ze społecznymi nierównościami poszli raczej w kwestie rozporkowe, promocję niekontrolowanej migracji i szaleństwo klimatyczne. Jedyną ostoją normalności na lewicy są osoby jak Leszek Miller czy Monika Jaruzelska, lecz niestety to mniejszość. Kwestia zachowania opozycji w kwestii koronawirusa to kolejna odsłona niesmacznej i chamskiej kampanii nie mającej na celu wymiany poglądów, lecz walki na wyniszczenie. Za to znalazłam smaczek kampanijny w wykonaniu posłanki Lubnauer, który pokazuje niejako dlaczego obecne feministki niespecjalnie zajmują się problemami kobiet. 

Posłanka uznała, że kobiety wychowujące w domu kilkoro dzieci winny wrócić do pracy i nie może być tak, że komuś się nie chce pracować. Jak chyba nie muszę nikomu mówić nie jestem niepracującą matką gromadki dzieci i raczej nic nie wskazuje bym kiedykolwiek zrezygnowała z pracy na rzecz spędzania całych dni w domu z dziećmi. O nie, za wiele do zrobienia i za wiele ciekawego czeka poza domem, ale to moje zdanie i nie zamierzam nikogo zmuszać by żył jak ja. Każda mama, oraz osoba mająca dość wyobraźni, wie, że przebywanie w domu z kilkorgiem dzieci to nie odpoczynek, lecz harówka dodatkowo przez mało kogo doceniana. I zacznijmy od określeń kura domowa pozbawiona ambicji czy leń. Kobiety zostają w domu z wielu powodów i to sprawa ich, ich partnerów i samych dzieci nie zaś ludzi z zewnątrz. Nikt za nas życia nie przeżyje i ostatecznie poniesiemy konsekwencje naszych wyborów. Fakt, nie pracujące zawodowo kobiety pozostaną bez emerytury, mogą mieć problem z odnalezieniem w domu jak dzieci wyjadą bo poświęciły dla nich całe życie, a teraz co robić? Ale to jeden możliwy scenariusz i na pewno wyzywając ludzi od leni nijak się do siebie nie przekona. Ze swej strony zawsze i każdej kobiecie odradzałabym rezygnację z pracy na rzecz zajmowania rodziną, ale na pewno unikała słów posłanki Lubnauer. Wspomniałabym kwestie emerytalne, konieczność uzależnienia od dochodów męża i problemy kiedy z jakiś powodów ów dochód się skończy: czy mąż odejdzie do młodszej, czy straci pracę, czy ulegnie wypadkowi. Ale ... na pewno nie nazwałabym mam kilkorga dzieci leniwymi tak en masse, bo one w gruncie rzeczy ciężko pracują ale inaczej. 

Niestety dzisiejszy feminizm nie docenia tej pracy. Ja zawsze rozumiałam feminizm jako przyznanie kobietom praw do decydowania o swoim życiu, edukacji itd. a co oznacza prawo do wybrania także i tradycyjnych ról. Tradycyjne role odmawiają kobietom prawa i szans edukacyjnych, zawodowych, rozwijania ambicji ograniczając ich świat do domu, kuchni i dzieci. Ale jeśli ktoś zmusza kobietę by oddała dzieci do żłobka, nawet jeśli chce z nimi zostać, wyzywa od leni bo pragnie żyć jak jej matka i babka czy  naprawdę nie działa tak samo. Osobiście uważam  danie kobietom praw wyborczych, edukacyjnych i do pracy za wyzwolenie i wielkie szczęście bowiem nie musiały być ograniczone do kinder, kiche, kirche. Praw, ale nie zmuszania do wybierania określonych ścieżek życiowych, bo to mi od razu przypomina niesławne "Arbeit macht frei".  Mogę tylko zgadywać co posłanka Lubnauer chciała powiedzieć, lecz nawet dziennikarz Wyborczej z linka [2] uznawał słowa posłanki o ludziach nie chcących pracować za niewłaściwe. Bo nawet jeśli chodziło o przedstawienie późniejszych problemów, to nie w taki sposób. I nie łudźmy się, nie zawsze człowiek zdobędzie zadowalającą pracę tak ambicjonalnie jak i finansowo. Co jeśli ktoś zarabia na śmieciówce 1,500? Także może zapomnieć o emeryturze, bowiem nie ma z czego odkładać. Zaś z 500+ na troje dzieci dostanie tyle samo i jeszcze zapewni zastępowalność pokoleń. Czy rozwiązaniem jest ucięcie pomocy społecznej? Moim zdaniem nie, ponieważ pomoc słabszym, mniej zaradnym jest miarą ucywilizowania. Nie, należy, paradoksalnie jak mawiała posłanka Lubnauer, przywrócić szacunek do pracy lecz nie przez piętnowanie niepracujących zawodowo matek, lecz nareszcie płacąc ludziom godnie a nie głodowe pensje za które ledwo można wiązać koniec z końcem. Kiedyś w ramach mojego cyklu "smaczków" napiszę o kosztach życia. Osobiście nie dziwię się, że kobiety wolą zostać w domu z dziećmi niż wracać na kasę w supermarkecie czy pracę na śmieciówce. Jakaż tam kariera i spełnienie? I oczywiście nie każdy może być dyrektorem, lecz zarobki winny być dostosowane do cen w danym miejscu. w Polsce niestety nie są, zaś słuchając koleżanki na temat cen w Polsce byłam zdumiona, a owo zaskoczenie nijak nie było przyjemne. 

I reasumując naprawdę nie rozumiem co posłance Lubnauer przeszkadza w tym, że pani iksińska zrezygnowała z pracy zawodowej na rzecz wychowania dzieci. Owszem, matkom niepracującym nie jest lekko lecz każdy mierzy się z jakimiś problemami. Zaś owym kobietom nie pomoże nazywając je leniami, którzy nie chcą pracować. Nie mam przekonań co do skuteczności programów aktywizujących, ale ułatwiania życia drobnym przedsiębiorcom tak. Sama widziałam dzisiaj ogłoszenie pani, mamy zajmującej domem, że chce prowadzić domowe zajęcia z angielskiego dla swoich dzieci i innych dzieci w małej grupie, zbliżonej wiekowo. Moim zdaniem to świetny pomysł: pozwala dzieciom na socjalizację, kobiecie na zarobienie paru groszy zaś innym paniom na umieszczenie dzieci w bezpiecznym środowisku. I promocja podobnych przypadków zrobi więcej i skuteczniej, niż nazywanie ludzi leniami. 

Grafika:
https://lelum.pl/wp-content/uploads/2019/08/rodzina-wielodzietna.jpg
Tekst na podstawie:
[1] https://dorzeczy.pl/kraj/131225/matki-wychowujace-kilkoro-dzieci-musza-wrocic-do-pracy-szokujace-slowa-lubnauer.html
[2]
https://www.wprost.pl/kraj/10303153/lubnauer-o-matkach-ktore-wychowuja-dzieci-i-nie-pracuja-nie-jest-to-rozsadne.html

Szkoła choruje, ale jak leczyć?


Miałam okazję słuchać ponownie jednego z moich ulubionych programów, "za, a nawet przeciw", tym razem w sprawie szkoły. Kwestie edukacyjne interesują mnie tak z zawodowego, jak i poza zawodowego a poza tym jest to kwestia, która dotyczy w mniejszym lub większym stopniu każdego z nas. A jest to niewątpliwie temat ważny, o czym chyba nie muszę nikogo przekonywać. Zeszłoroczny strajk nauczycieli obserwowałam z dystansu i mogę zrozumieć irytację rodziców dzieci, które to zostały zakładnikami w rozgrywce wbrew swej woli. Nie chcę sobie nawet wyobrażać stresu maturzystów czy osób mających zdawać do liceów, którzy nie tylko na pewno przeżywali niebywałe poruszenie z powodu samego egzaminu to jeszcze nie wiadomo było czy nie będę mieć roku w plecy co jak wiemy wygląda fatalnie w CV. 

Powiedzieć, że w oświacie nie dzieje się dobrze, to jak powiedzieć, że słońce wschodzi i zachodzi.  Gorzej jednak przychodzi z pomysłami rozwiązania problemu, innymi niż ta czy tamta reforma była zła. Miałam szczęście uniknąć gimnazjów i całego zamieszania spowodowanego z wprowadzeniem owego nieszczęsnego pomysłu, a potem jeszcze większym chaosem likwidacyjnym. Co więcej, nie dotknęła mnie awantura związana z sześciolatkami, zaś krzyki państwa Elbanowskich słyszałam z daleka.  Zadawałam sobie wówczas pytanie komu przeszkadzały zerówki przyszkolne, które właśnie adaptowały starszaki do pójścia do szkoły. Moja przyjaciółka do takowej chodziła, podobnie jak inni moi koledzy. I komu to przeszkadzało, że naraz zrobił się wielki wrzask o nazwie "ratujmy maluchy"? Nie wiem, ale pewnych decyzji w polskiej polityce nie sposób zrozumieć, co tłumaczyłam niedawno poznanemu Szwajcarowi A., który poczytawszy o polskiej polityce i rozgrywkach na linii opozycja - PiS stwierdził, że nic z tego nie rozumie. No cóż pewnych rzeczy nie sposób wyjaśnić cudzoziemcowi, bez wchodzenia w historyczne zawiłości. W każdym razie naprawdę nie wiem dlaczego najpierw likwidowano owe nieszczęsne zerówki przyszkolne, by potem robić rwetes. 

W radiowej audycji powoływano się na powszechnie chwalony system skandynawski, zastanawiając czy i jak można wprowadzić ów system w Polsce. Jeden z gości, zapewne wyborca JKM, uznał, że prywatyzacja rozwiąże wszelkie problemy i rynek sam wszystko ureguluje. Wiara w niewidzialną rękę rynku najwyraźniej nie umarła w narodzie, podobnie jak przekonanie, że prywatne jest zawsze lepsze. Ja nie podzielam owej wiary, chyba za długo mieszkałam w Toronto gdzie owszem opieka zdrowotna podstawowa była z podatków (czyli tzw. darmowa), zaś wszystko więcej działało na zasadzie "będziemy cię leczyć do ostatniego dolara na koncie". Ponieważ opieka dentystyczna była prywatna czyli droga jak wszyscy diabli ludzie latali leczyć zęby w Meksyku co mogło mieć różny finał.  Jeszcze w Toronto rozmawiałam z M., Polakiem, który uczył w prywatnej szkole. Poziom w szkole może i był dobry, za to pensje nauczycieli tak niskie, że prawie spadłam z krzesła. Dość rzec, że nauczyciel zarabiał tak mało, że wynająć to mógł najwyżej pokój, lub piwnicę na zadupiu.  I rzecz jasna ów system nie przyciągał najlepszych jak chyba można zgadnąć..

Nie wiem jak wygląda szkolnictwo w Szwajcarii, ale  słuchając radia, pomysłu na to by zamiast uczyć podstaw uczyć korzystania z telefonu, zmniejszyć liczebność klas jakoś nie wspominano na podstawowej sprawie, bynajmniej nie "cudownej" prywatyzacji. Otóż nie chodzi o to by nie zadawać prac domowych. Sama uważam, że 2-3 zadania pomogą utrwalić wiedzę, ale rzecz jasna nie 20 zadań. Zmniejszenie liczebności klas z 30 uczniów na 15 na pewno też. Zrewidowanie tego co ma trafić do postawy programowej nijak nie zaszkodzi. Te kroki nigdy jednak nas nie zbliżą do poziomu krajów skandynawskich jeśli zawód nauczyciela nie stanie się atrakcyjny. Jak długo nauczyciele będą źle zarabiać a zawód nie odzyska społecznej estymy żadne pomysły nie pomogą. Moim zdaniem największą bolączką polskiej szkoły wcale nie są owe nieszczęsne gimnazja, czy też ich likwidacja, ale właśnie selekcja negatywna do zawodu. A i tak mogę powiedzieć, że polscy uczniowie zadziwiająco dobrze sobie radzą biorąc pod uwagę warunki. Niestety nie osiągniemy poprawy przez nieustanne zmiany. I naprawdę nie przeszkadzają mi wspomniane w audycji nowele pozytywistyczne, ponieważ to ważny kawał historii. Poznanie romantycznego mistycyzmu i idei Polski jako mesjasza narodów pozwala zrozumieć różne absurdalne decyzje polityczne, wiarę w "moralne zwycięstwo" i "honor" w polityce. Lektura takiej "żony modnej" i poczytania nieco dzieł okresu przedrozbiorowego wyjaśnia skąd zapatrzenie w zagranicę, czy to Moskwę, czy Brukselę czy Waszyngton. Nie, nie usuwałabym takich pozycji z programu, ale na pewno zmniejszyła ilość szczegółów do zapamiętania, bowiem nieznajomość szczegółów etapów glikolizy nie zmieni naszego życia. Może zamiast tego warto uczyć, że kły służą do rozdrabniania pokarmu mięsnego i że ludzki przewód pokarmowy to typowy układ pokarmowy zwierzęcia wszystkożernego, nie zaś roślinożercy. 

Kwestia systemu edukacji stanowiła przedmiot rozmowy z poznanymi przez stronę meetup com gdzie, co bardzo mi się podobało, przy lampce wina dyskutowaliśmy o pomysłach na uzdrowienie świata. W owej sprawie edukacji doszliśmy do wniosku, że jakby wydawać mniej na wysyłanie wojska na niepotrzebne misje na Bliski Wschód i odchudzić administrację to byłaby ładna sumka. Wiem nic oryginalnego, ale brakowało mi takich rozmów a i tam mam wrażenie, że ów skądinąd banał to i tak lepszy pomysł niż prywatyzacja i zrobienie ze wszystkiego maszynki do zarabiania pieniędzy. 


Obrazek:  https://g5.gazetaprawna.pl/p/_wspolne/pliki/3266000/3266984-nauczyciel-szkola.jpg
Audycja: https://www.polskieradio.pl/9/302/Artykul/2457428,Czy-zmienic-poziom-nauczania-w-szkolach

Greta, czy mistrzostwo manipulacji

"Świeże groby zawsze wzruszą -
Obojętnie, gdzie kopane,
Jak porosną, wyjdzie na jaw,
Kto szczuł i co było grane"

Doskonale pamiętam słowa tej piosenki, jakże aktualnej wówczas i teraz, pasującej do właściwie tak wielu spraw. Długo nie pisałam o najnowszej prorokini lewicy, kandydatki do pokojowego Jobla, ciekawa jakże ta histeria się rozwinie. I muszę przyznać rozwinęła naprawdę epicko, a cały przykład szwedzkiego dziecka z Aspergerem (o tym mówili rodzice samej Grety, to żadna tajemnica) to wręcz zakrawa na rozdział z podręcznika socjotechniki i manipulacji ery mediów społecznościowych. 

Obserwowałam początek histerii, o nazwie roboczej Greta Thunberg, w Toronto, mieście gdzie normalność i zdrowy rozsądek dawno utonęły w jeziorze Ontario, a postrzeganie świata przez tzw. elity było równie bliskie rzeczywistości co seriale.  Idąc do pracy, widziałam na przejściu dla pieszych, gdzie przycisk często się zacinał, informację o "wsparciu dla strajku klimatycznego szwedzkiej nastolatki, która dla dobra świata nie chodzi do szkoły". Może i jestem, zapewne, złośliwą i czepliwą babą ze wsi Zurych (poprzednio wsi Toronto), ale jako taka pamiętam, że co jak co, ale nie chodzenie do szkoły nie było dla dzieci żadną tragedią. Wręcz przeciwnie, no przynajmniej dla większości młodych. Jakim cudem coś takiego przeszło w Szwecji nie wiem, ale Szwecja to kraj specyficzny. W każdym razie w Toronto, źrenicy światowej demokracji liberalnej, idee podchwycono ochoczo. 

Najbardziej mnie zastanowiło, a i przeraziło bo to nieśmieszne, jak wiele osób uwierzyło, że oto naraz cały lewicowo-liberalny świat pochylił się nad zatroskaną o planetą dziewczynką. Tak naraz wszyscy tacy wrażliwi i gotowi walczyć o dobro nasze wspólne? Naraz politycy i biznesmeni zaczęli drżeć o przyszłość ludu? No cóż, w takie bajeczki to nie uwierzę.  Oczywiście w Toronto krytyka nowej świętej lewicy, była jak krytyka władzy ludowej za Bieruta, bardzo, bardzo niewskazana. Bo zje nas zły dwutlenek węgla, tako rzeczą jaśnie oświeceni a kto się nie zgadza, morda w kubeł. Zawsze miałam okropne deja vu ilekroć mówiono "demokracja liberalna". Demokracja nie potrzebuje przymiotników, zaś "demokracja liberalna" to jak "demokracja ludowa" i z demokracją ma tyle wspólnego co krzesło z krzesłem elektrycznym. Wątpić w to, że można sterować klimatem to była herezja za którą może i na stosie nie palą, ale za to kłopoty murowane: zostanie się rasistą, seksistą i wyborcą Trumpa a za to najlepiej trafić na leczenie psychiatryczne. Jak to było? Schizofrenia bezobjawowa? Rasizm, katastrofa klimatyczna i multi-kulti to prawdy objawione lewicowej religii, zaś każda religia, sekta też, potrzebuje bohaterów a Szwedka to bohaterka jako się patrzy. I zaraz wyjaśnię czemu. 

Klimat się zmienia. Widać to gołym okiem, ale (o czym zapominają lewacy), klimat nie był nigdy stały i raz było cieplej, a raz zimniej. To oczywiste, ale co szkodzi nieco na tym zarobić, na co zwrócił uwagę bodajże Rafał Ziemkiewicz: ktoś postanowił zarobić na zmianach klimatu. No, ale jak tutaj wcisnąć ludziom podatki węglowe, samochody elektryczne i tym podobne drogie gadżety? Ano stworzyć zapotrzebowanie, przekonując jaki to towar wspaniały. To można znaleźć w podręczniku ekonomii, a katastrofa to już zapotrzebowanie. Ale samo straszenie końcem świata nie starczy, trzeba znaleźć dobrego aktora do reklamy: proste to jak konstrukcja cepa, że prędzej ludzie kupią produkt reklamowany przez młodych i seksownych niż całkiem innych. Lecz istnieje lepsza figura niż seksowna pani, a mianowicie dziecko. Dziecięca trumienka to czarny koń propagandy, o czym świadczy reakcja na zdjęcia utopionego chłopca w 2015. Pokazując martwe dziecko zmiękczono ludzi, by witali hordy najeźdźców zwane "uchodźcami". Bo wiele osób, zwłaszcza kobiet, wzruszy się i instynkt macierzyński zadziała. Wiedzą o tym spece od propagandy, pokazując słodkie (?), proszące oczy Szwedki, której ponoć ukradziono przyszłość. 

Nie wspomnę, że ci wrażliwi jakoś nie pochylają się nad ciężko pracującymi dziećmi w Azji, bo cóż ktoś musi robić im ajfoniki by mogli robić selfiki i szyć im ubrania. Ale europejska dziewczynka z warkoczykiem, to coś. Rzecz jasna nie taka pierwsza lepsza, o nie. Szczerze wątpię by ci wrażliwi bojownicy o sprawiedliwość przejęli się tak Zosią czy Kasią z nadwiślańskiej wsi protestującej przeciw zanieczyszczeniu Wisły. Nie, w Warszawie rządzi namaszczony Rafał Trzaskowski, zaś "na świętych donosić nie opłaca się" jak śpiewał Kabaret Dudek. Nie, ale skoro Greta pasuje do kampanii reklamowej eko biznesu, to została za ciężkie pieniądze wypromowana, po tym jak rodzice powiadomili kogo trzeba, bo znali kogo trzeba. Stworzono więc bajkę o Czerwonym Kapturku, pardon małej Grecie z warkoczykami, i złym Wilku, pardom złym dwutlenku węgla, która sprzedaje się tak dobrze, że wielu uwierzyło w katastrofę klimatyczną, dzięki czemu różne osobniki postanowiły zrezygnować z prokreacji. I dobrze, niech felerne geny wyginą. Lecz o ile nie dziwi mnie, że bananowa młodzież z uniwersytetów uwierzyła w bzdury to fakt, że politycy naraz spotykają z histeryczną nastolatką to już jakieś novum. Media społecznościowe naprawdę zmieniły świat nie tyle w globalną wioskę, co globalny cyrk z postaciami publicznymi w roli zwierzątek na scenie. Bo biznes potrzebuje taniej siły roboczej z krajów tzw. trzeciego świata. I nikogo nie interesuje ukradzione dzieciństwo tamtych dzieci, bo trzeba pochodzić z odpowiednio ustawionej rodziny by zyskać współczucie liberalnych "elit". Bo na współczuciu i pomocy tym naprawdę potrzebującym nie można tak dobrze zarobić.

Rzecz jasna nie jestem przeciwko temu by szukać alternatyw dla paliw kopalnych, które się skończą. A i odcięcie kroplówki petrodolarów rozwiąże osłabi polityczny iSSlam. Ale nie kosztem wykończenia gospodarek Europy. Jak wspominała Ursula van der Leyen, dbając o klimat trzeba brać pod uwagę gospodarki. A i nawet jakby cała UE się za przeproszeniem zarżnęła limitami CO2, wiele to nie da biorąc pod uwagę jak głęboko mają ochronę środowiska takie Chiny, gdzie smog sięga trzydziestego piętra, o czym mówią ci, co tam byli. Dywersyfikujmy źródła energii, ale rozsądnie a nie pod wpływem macherów używających histerycznej nastolatki jako emocjonalnego szantażu. A czy katastrofa klimatyczna nas wykończy? Może bym się i bała tego akurat końca świata, gdybym nie pamiętała zacnej koleżanki dziury ozonowej, nie mniej zacnej pluskwy milenijnej, paru szacownych końców świata według Jehowych czy końca świata wedle kalendarza Majów. CO2 to ZUO mówią macherzy, cóż zatroskanym o "katastrofę klimatyczną" i domagającym wykończenia gospodarek Europy, proponuję zacząć redukcji CO2 od siebie. A poniekąd zaczęli odmawiając rozmnażania i tym optymistycznym akceptem życzę wszystkim Czytelnikom miłego piątku oraz weekendu. 

obrazek:

Szkodliwość mediów społecznościowych a zakaz używania smarffonów w szkole

Niedawno słuchałam audycji "Za a nawet przeciw" na temat planów zakazu używania telefonów komórkowych w szkole. Wśród słuchaczy, oraz tych co pisali na adres audycji, nie brakowało głosów na temat jak to smartfony pomagają w nauce i jak są dobrze wykorzystywane przez uczniów. Ktoś także wspomniał o jakobyśmy byli zapóźnieni cyfrowo, ponieważ mniej ludzi w Polsce umie szybko pisać na smartfonie z użyciem kciuków.  Ciekawa miara rozwoju cywilizacyjnego, nie ma co. 

No cóż, wyjechałam z Polski na wiosnę roku 2014, niebawem stuknie  sześć latek, więc może i nie wiem jak pewne sprawy się mają w kraju. Może polska młodzież, w przeciwieństwie do tej w takim Toronto, faktycznie zamiast spędzać czas na jakiś fejsikach czy instach faktycznie czyta klasykę literatury z serwisu wolne lektury czy szuka wykładów z fizyki. Może. Ale moje obserwacje studentów i generalnie młodych ludzi w tej źrenicy światowego postępu jakim było Toronto, wskazywały, że to raczej osoby w wieku 30+ szukały pożytecznych informacji, zaś młodzi lajkowali (czy jak tam to się slangowo nazywa), łapały pokemony i generalnie intensywnie udzielali się na mediach społecznościowych. I nie tylko w czasie faktycznie nudnych przejazdów metrem, gdzie nawet nie można popatrzeć na ulicę, lecz także w czasie seminariów czy pracy. O tym, że ciągłe rozpraszanie uwagi nie służy wydajności chyba nie trzeba nikogo przekonywać. No może poza ludźmi wierzącymi, że młodzież faktycznie używa telefonów do nauki. 

Nie chcę tutaj brzmieć jak zrzędliwa, stara baba co mówi teraz to młodzież taka siaka owaka, a kiedyś to lepiej. Smartfon, jak i nóż, może zostać użyty na wiele sposobów i jest dla ludzi. Rzecz w proporcjach. Mapy Google pomagają znaleźć ulicę w nowym mieście, zaś słuchając ciekawego wykładu dobrze móc coś na szybko wyszukać w sieci. Rzecz w proporcjach, podobnie jak z piciem wina itd. A niestety o te proporcje chodzi, kiedy widać ludzi dosłownie przyklejonych do małych ekraników rzekomo mądrych telefonów. Sama pamiętam okropną scenkę rodzajową z Toronto. Byłam na lunchu ze znajomą i obok nas siedziała para(?) znaczy dwoje osobników homo sapiens wizualnie płci przeciwnej. Osobniki przez 30 minut, w czasie zamówienia lunchu, zjedzenia i wypicia wody, nie tylko nie zamieniły słowa lecz i nie nawiązały kontaktu wzrokowego. Jeśli tak ma wyglądać postęp, to ja poproszę o zaścianek i zastój. 

Oczywiście nie jest to, jakby chcieli piewcy postępu z radia, wymysł zrzędliwej kobiety ze wsi Zurych. Link nr 1 to tylko jeden z wielu artykułów wskazujących na fatalne skutki przesadnej obecności młodzieży na mediach społecznościowych. Piszę przesadnej, bo co innego używać internetu do wyszukiwania ciekawostek, klubów zainteresowań w okolicy, czy na przykład szukania pracy, a co innego poświęcanie realnego życia na rzecz wirtualnego. Dobrze mieć znajomych w sieci, ale przy okazji nie zaś zamiast takowych w prawdziwym życiu. Fakt, internetowa znajomość może stać się realną, ale to czasem i na pewno nie dotyczy grona anonimowych "przyjaciół" na fejsbuku.  Poniżej parę wniosków z raportu:

 - tylko 24% młodych ludzi spotyka w realu swoich internetowych znajomych
- agresja w sieci (ang. cyber bullying) powoduje: depresję, myśli samobójcze, napięcie i uczucie osamotnienia
- 27% odczuwa napięcie z powodu bycia nieatrakcyjnych na udostępnianych zdjęciach
- ciągła obecność na mediach społecznościowych, zwłaszcza wieczorem, powoduje problemy ze snem, niedobór snu a to już prosta ścieżka do poważnych chorób

O podobnych problemach donosiły także lewicowe media jak independent.co.uk, bbc czy forbes, zaś w Kanadzie popularność zyskiwał "cyfrowy detoks", wypad w plener gdzie uczestnicy płacili słono za możliwość przebywania z dala od telefonów, internetu i całego szału dzisiejszego świata. 

Czy zatem naprawdę pomysły by ograniczać używanie smartfonów w szkole, to "zaściankowość" i "cofanie do średniowiecza", czy zauważenie poważnego problemu jaki stanowi uzależnienie od smartfona i mediów społecznościowych. Uzależnienie od mediów społecznościowych jest także opisane w DSM5, czyli podstawie do współczesnej diagnostyki chorób psychicznych oraz uzależnień. I chociaż trwają dyskusje czy to faktycznie nowa jednostka chorobowa, czy spektrum innego zaburzenia, sprawa jest poważna. I oczywiście nie mówię, że okazjonalne korzystanie z fejsa kogoś zabije, tak samo jak okazjonalne granie na komputerze, ale o granice. Młodzi ludzie winni uczyć się kreatywności, pracy w zespole, poznawać kolegów, spędzać czas z rówieśnikami, ćwiczyć, a nie siedzieć przyklejonymi do telefonów. 

W szkole raczej na nikogo nie czyha morderca z siekierą, a telefon nie jest potrzebny w większości przypadków. Może i nie można zakazać przynoszenia telefonu, ale można spróbować zakłócać sygnały sieci tak, by wejście do internetu było co najmniej utrudnione. Bo jakoś w uczniów co szukają w sieci wykładów z fizyki nie uwierzę, zaś jeśli już to korzystania z sieci mogą się uczyć pod okiem pedagoga. 

1. https://www.newportacademy.com/resources/mental-health/psychological-effects-of-social-media/
2. https://insidetema.com/2018/05/03/smartphone-use-may-lead-to-addiction-loneliness-depression/

Obrońcy rozumu potrzebni



Nie wiem co mnie pognało na fronda.pl. Oczywiście lubię czytać bzdury przez nich wypisywane jako przykład kompletnego odlotu. Czasem bywa śmiesznie, zwłaszcza jak straszą Harrym Potterem, Hello Kitty (diabelski kotek, bo w słowie hell-o zawarto piekło) czy chrupkami w kształcie wampirów. Naprawdę walka z kulturą masową nie ma sensu, można (i trzeba)  natomiast używać narzędzi takowej do przekazywania wartościowych treści. Od razy przypomina mi się film z Dannym de Vito, gdzie przekonał grupę trepów do czytania Hamleta słowami „to powieść o szaleństwie, morderstwie i kazirodztwie”. Można? Pewnie!

Problem zauważony. Co dalej?



„Polsce grozi epidemia depresji” – czytam na portalu gazetaprawna.pl. Oczywiście dla mnie to żadne zaskoczenie, że coś takiego ma miejsce (wiem ze źródła że poradnie psychiatryczne pękają w szwach i coraz więcej osób używa antydepresantów). Jak, słusznie, zauważa portal depresja oznacza spadek efektywności pracy i koszty dla firmy. Oczywiście. Absencja i gorsza wydajność pracy nie służy nikomu. Znamy problem. Teraz czas walczyć ze skutkami i usunąć przyczyny.  "Depresja to długotrwałe wkurwienie bez entuzjazmu"- ktoś napisał na obrazku. Genialne podsumowanie.

Działanie ateistów?



Zgodnie z definicją ateizm oznacza odrzucenie istnienia Boga czy też bogów. Na zwykłą zaś logikę, jeśli coś nie istnieje powinno być obojętne. Dlatego też moim zdaniem prawdziwych ateistów niewiele obchodzi to czy Jan Paweł II zostanie kanonizowany. Wreszcie sama postać głowy Kościoła  Katolickiego winna być im obojętna. Mnie przykładowo całkowicie obojętni są imamowie islamscy, o ile nie nawołują do wojny ze „zgniłym Zachodem”. Kiedy jednak ograniczają się do zwyczajnej, religijnej działalności co mi do tego? Nie jestem muzułmanką i prędzej mi kaktus na ręce wyrośnie niż takową zostanę. Zatem co mnie obchodzi cudze podwórko, o ile osoby z tego podwórka nie chcą rozwalić mojego. „Żyj i daj żyć innym”- to chyba najlepsze maksyma.

Czy mamy w polskiej telewizji telewizję informacyjną?



Teoretycznie odpowiedź brzmi tak. Teoretycznie na większości multipkeksów mamy TVN 24, Polsat News i TVP Info. Nieliczni szczęśliwcy mogą oglądać Telewizję Republika i na multipleksy ma wejść, a raczej wrócić, Telewizja Trwam. Skąd więc pytanie w tytule posta? Ano bowiem nazwanie kanału informacyjnym to jedno, zaś zawartość to drugie.

Narodowa choroba dwubiegunowa


Niektórzy nazywają polskie życie schizofrenicznym, zaś zachowanie tak zwanych elit i ekspertów schizofrenicznym. Pomijając fakt, że nie są żadnymi elitami i żadnymi ekspertami ich głos i zachowanie nijak nie przypomina schizofrenii. Gdybym miała poszukać jakiegoś odpowiednika, to bym wskazała na chorobę afektywną dwubiegunową. Schorzenie to charakteryzuje się wystąpieniem stanów znacznego obniżenia nastroju (depresji) oraz chorobliwego pobudzenia (manii). Nie wnikając w szczegóły kliniczne stany te występują naprzemiennie, co nie znaczy jedno po drugim. Kiedy tak posłuchać wypowiedzi czy to ze strony nazwijmy ją rządową oraz strony powiedzmy opozycyjną, mówią dokładnie o tym samym, chociaż niejako dokładnie coś przeciwnego. Jak dwa bieguny plus i minus, jak owa mania i depresja.

Szczaw i mirabelki poproszę


„Polska jest  świetnym miejscem do życia i założenia rodziny. To nowoczesny,  europejski kraj w którym specjaliści znajdują konkurencyjne oferty pracy w rozmaitych gałęziach prężnie rozwijającej się gospodarki. Dzięki zajęciach prowadzonych na światowym poziomie oraz znakomitej współpracy uczelni z biznesem młodzi, wykształceni ludzie gładko wchodzą na elastyczny rynek pracy, gdzie zgrabnie lawirując między ofertami szybko znajdują dla siebie niszę i rozwijają swoje pasje i kwalifikacje. Ludzie zmieniają pracę bez trudu, bowiem stawiając na indywidualny rozwój i nieustanne podwyższanie kwalifikacji zawodowych nie chcą zbyt długo pozostawać w jednym miejscu.

Miłe złego początki, a koniec?


Na początek ważna wiadomość z Ukrainy. Premier tego kraju podał się do dymisji, zaś polskie służby dyplomatyczne twierdzą, że działają od początku by wspierać naszego sąsiada. Chyba przez Twittera i osobę wróbla Ćwirka.

Tymczasem  media zelektryzował news. Zawrzało oburzeniem i zdumieniem. Prezydent Francji rozstał się z Pierwszą Damą. Cała sprawa jest w pewnym sensie zabawna, chociaż raczej nie dla Valerie Treiweiler. Zacznijmy do tego, że pani Treiwelier nie była nigdy Pierwszą Damą Francji (jak Carla Bruni na przykład), ale jedynie konkubiną Pierwszego Obywatela. Technicznie rzecz ujmując więc Francja nie ma Pierwszej Damy, zaś tytuł ostatnio należał do pani Bruni-Sarkozy. Czemu piszę o tej sprawie? Bo bawi mnie zdumienie i oburzenie. Facet na stanowisku zostawił konkubinę i raz, dwa wyrzucił z przytulnego pałacu. A co w tym dziwnego? Przecież o to chodzi w „wolnych związkach” i „miłości bez papierka” aby właśnie w razie czego (jak przykładowo kobieta przytyje, znajdzie się delikwent z grubszym portfelem, seks będzie nie ten itd. ) bez prawnych komplikacji, bez kosztów i bez zbędnych ceregieli móc odejść i bawić się dalej. Odpowiedzialność za drugiego człowieka, troska? No nie żartujmy. Konkubinat to układ podwyższonego ryzyka. Przypadek pani Treiwelier to tylko jeden z wielu przykładów. Jak ktoś chce tak żyć nikomu nie zamierzam zabraniać ni potępiać, byle wiedzieć o ryzyku. Dla mnie, podkreślam to moja opinia, konkubinat nie ma żadnych zalet. Rzecz jasna żonę też można zmienić na „nowszy model”, ale to nie jest aż takie proste, tanie i łatwe. Każdy przepis jest do obejścia, ale można ułatwiać unikanie odpowiedzialności lub też nie.

Demoniczne SPA na szczycie cywilizacji


Jak wiedzą moi stali Goście lubię zaglądać na portale o dość skrajnej linii by poznać najbardziej radykalne opinie. Dzięki portalowi fronda.pl wiem, że pojęcie katolalib nie jest li tylko wymysłem, dzięki natemat.pl z kolei widzę jak daleko lewactwo ma niewiele wspólnego z lewicową wrażliwością o słabszych. Oczywiście co do lewactwa nie muszę czytać portalu Tomasza Lisa by wiedzieć z kim mam do czynienia. Niemniej jednak można tam znaleźć kwiatki, które przebijają niejedno co napisze jedynie słuszna gazeta. Zatem w ramach psychodelicznej podróży przez meandry odlotów, zapraszam do odwiedzenia linków oznaczonych jako [1] oraz [2]. W kolejnych paragrafach oczywiście pokrótce wyłożę moją opinię, niemniej jednak zachęcam do samodzielnej lektury. Tylko ostrzegam: lepiej niczego nie pić w trakcie bo jeszcze zapluje się monitor lub co gorsza udławi ze śmiechu.

Jesteśmy coraz bogatsi!


Na Wojtusia z popielnika
iskiereczka mruga,
chodź opowiem ci bajeczkę,
bajka będzie długa
.”

Jesteśmy Polacy coraz bogatsi, bo w Davos obradują miliarderzy i oni się bogacą, więc statycznie jesteśmy coraz bogatsi (wypowiedź pana fachowca z audycji EKG w TokFM). Jesteśmy coraz bogatsi i mamy coraz więcej pracy i co to coraz lepiej płatnej. Bo przecież umowy śmieciowe są najlepsze. Istnieje alternatywa i zaś zawsze można zostać bezpłatnym, wiecznym stażystą. Jesteśmy coraz bogatsi, odkrywając na ile sposobów można zjeść miskę ryżu i jak wydać 3379 zł na utrzymanie czteroosobowej rodziny.


Polityka prorodzinna III RP


Ponoć mieliśmy w Polsce rok rodziny. Tak w każdym razie zapewniał Premier Tusk. Podobno wszyscy ( z lewa i z prawa) troszczę się o dzieci i rodzinę. W ramach troski o rodzinę prawica chce zmuszać do rodzenia zgwałcone dziewczynki i zakazać aborcji w przypadku nieodwracalnych uszkodzeń płodu. Podobno cierpienie uszlachetnia, szczególnie jak cierpią inni zaś spece od wielkich idei patrzą z boku i cmokają. W ramach troski strona bliższa mainstreamu uważa, że należy odbierać dzieci biednym rodzinom i najlepiej sterylizować ubogie, wielodzietne matki „bo przecież ciemnota nie umie się zabezpieczyć”. Jestem tak samo przeciwna sterylizowaniu kogokolwiek bez pytania o zdanie. Decydowanie za kogoś, nie ważne w imię jak szlachetnej idei i z jak pięknych pobudek to zawsze droga do zamordyzmu i totalitaryzmu. A czy chodzi o palenie na stosach czarownic czy zabijanie wrogów klasy robotniczej to różnice w szczegółach, przy zachowaniu ogólnego obrazu. Fanatyzm jest zabójczy i prowadzi do krzywdy w każdym wydaniu, nie ważne czy lewicowym, prawicowym, islamistycznym czy ateistycznym. Każdy kto chce decydować za innych, narzucać im siłą „jedynie słuszną opcję”, prędzej czy później łamie ludzką wolność i wolną wolę. Każdy kto chce zamykać usta inaczej myślącym to samo.

Kto jest wart troski dla maintreamu?


Media głównego nurtu słyną z troski. W swoim poprzednim tekście pisałam jak broniły Jerzego Owsiaka. Ich twarda i zwarta obrona WOŚP stanowiła dla mnie najlepszy dowód, że w inicjatywie „coś jest nie tak”. Niemniej jednak obrona WOŚP to zachowanie irytujące najwyżej, zaś obrona zbrodniarzy to czyn oburzający. Na największą troskę liczyć mogę wszelkiej maści dewianci jak pedofile. Pedofil-morderca Mariusz Trynkiewicz został wzięty pod czułe skrzydła obrony prof. Moniki Płatek. Występująca regularnie w TokFM karnistka (i jak tu nie być złośliwym wobec wciskania żeńskich końcówek) błaga by nie linczować zbrodniarza. Szkoda, że nie ma tyle wyrozumienia dla jego ofiar. Ale nijak mnie to ani nie dziwi, ani nie zaskakuje. Co najwyżej ponoru kiwam głową, szepcąc „a nie mówiłam”.

„Wszystkie zwierzęta są sobie równe, ale niektóre są równiejsze”

"Zwierzęta w ogrodzie patrzyły to na świnię, to na człowieka, potem znów na świnię i na człowieka, ale nikt już nie mógł się połapać, kto jest kim.” Dwa powyższe cytaty z nieocenionego Orwella pasują jak ulał do tak zwanej demokracji III RP i jej naczelnego świętego Jerzego, Jurka, Owsiaka. Nie dałam grosza na WOŚP i raczej nie dam nigdy więcej. Podobnie jak wielu ludzi kiedyś w dobrej wierze wpłacałam datki, uznając WOŚP za wspaniałą oddolną inicjatywę. Niedawno jednak zobaczyłam, że coś co miało być piękną ideą pomocy chorym dzieciom stało się biznesem i promowaniem siebie kosztem chorych dzieci na ich plecach. Wątpliwości pojawiły się już jakiś czas temu, teraz są już pewnością. Dodatkowo przecież do jasnej cholery pewne rzeczy ma nam zapewniać NFZ na który płacimy nie mało. Skoro trzeba stać dwa lata w kolejce po aparat na zęby, są durne limity na wszystko po co ten cały NFZ? Do czego służy poza nabijaniem kabzy kolesiom i pociotkom rządzących?