Od jakiegoś czasu rozmawiałam na temat tego, co się stanie jak wrócimy do normalności. Pandemia koronawirusa w końcu wygaśnie, jak to z pandemiami bywa, ale co dalej? Jaką, gospodarczą, cenę przyjdzie nam wszystkim zapłacić za owo zamknięcie granic i ograniczenie działalności wielu sektorów gospodarki. A wreszcie jakie to może mieć reperkusje społecznopolityczne? Tego rzecz jasna nie wie na razie nikt, ale pewne problemy, przynajmniej dla mnie, dosłownie aż krzyczą.
Chyba wszystkich przeraził scenariusz włoski, gdzie doszło do katastrofy w kraju gdzie gospodarczo i tak nie było różowo. Rzecz jasna wielu zwracam uwagę, że z racji starszej populacji Włoch niż sąsiednich krajów wirus zbierał bardziej śmiertelne żniwo. Drugie to jednak indywidualna odpowiedzialność, bo niestety we wszystkim to człowiek stanowi najsłabsze ogniwo. Ludzie, którzy chodzili po knajpkach traktując zwolnienie jako okazję do rozerwania się nie pomogli. W samym Zurychu, jak słyszałam od mieszkających w centrum, musieli pozamykać parki bo ludzie robili sobie grilla łamiąc zakaz spotkań w maksimum pięcioosobowych grupach. Mogę niejako zrozumieć ludzi w Szwajcarii, z którymi wiek XX obszedł się dość łagodnie, bowiem uniknęli wojen i większych nieszczęść, lecz mam czasem wrażenie, że wielu ma problemy z utrzymaniem zasad sytuacji specjalnej. Czy naprawdę oszalałe na punkcie konsumpcji społeczeństwa tzw. oświeconego Zachodu są niezdolne do najmniejszego wyrzeczenia? Jak żyć, panie jak żyć jak sklep z ajfonami zamknęli?
Rozmawiałam w piątek z koleżanką z Polski, a S. spytała jak to jest, że przy świńskiej grypie w 2010 sprawa jakoś przeszła, a teraz zapanowała nieomal psychoza? No cóż, wyjaśniłam, że nie media społecznościowe nie były wówczas w aż takim użyciu więc i możliwość nakręcania spirali histerii mniejsza. Nie, nie winię mediów społecznościowych za całe zło, ale uważam, że w rozrachunku przynoszą światu dużo więcej złego niż dobrego. Zaczęło się dobrze: możliwość znalezienia dawnych kolegów ze szkoły, poznawanie grup zainteresowań z całego świata a wyszło jak zawsze, czyli nieciekawie. Pozostaje kto nakręca falę fake newsów i kto steruje histerią, by zyskać. Nie jestem zwolenniczką teorii spiskowych, unikam ich jak nomen zarazy, lecz jednocześnie nie wierzę, że rzeczy dzieją się same z siebie i bez przyczyny. Na histerii można wiele zyskać, albo wykreować zapotrzebowanie na coś (eksperymentalne leki, szczepionki?), albo zastraszyć społeczeństwo tak, by demokratycznymi metodami wyraziło zgodę na likwidację demokracji i zwiększoną inwigilację na przykład. Dla naszego dobra rzecz jasna.
Oba scenariusze są nieciekawe, zaś to tylko luźne myśli. Inna sprawa na ile demokracja jeszcze istnieje na tzw. oświeconym Zachodzie, gdzie w ramach swobody myśli w demokracji liberalnej można się zgadzać, albo morda w kubeł, zaś za krytykę przyjmowania nielegalnych imigrantów (aka "uchodźców"), likwidacji państw narodowych, kultury i zasad (aka wielokulturowość) czeka, na razie, śmierć cywilna a jak mawiał znajomy "oświecony" wyborców Donalda Trumpa należy badać psychiatrycznie (jak to szło, schizofrenia bezobjawowa, prawda). Do tego "otwarci" i "tolerancyjni" ludzie lewicy mają nadzieję, że Trump opuści ten padół łez, jak powiedziała M. z mojej pracy. Co to za ustrój, gdzie jest jedna idea, jedna jedynie słuszna wizja życia i poglądów a debata jest zakazana a jak komuś się nie podoba to na stos, mentalny na razie, z heretykiem? No na pewno nie demokracja, zresztą demokracja nie potrzebuje przymiotników a im dłużej żyłam w demokracji liberalnej tym bardziej miałam wrażenie, że ten twór ma tyle wspólnego z demokracją co krzesło, z krzesłem elektrycznym. Być może więc chodzi o zlikwidowanie fasad demokracji? A może by ajfoniki przejęły kolejne elementy naszego życia. Aha żeby nie było, że zazdroszczę. Mogłabym kupić sobie ajfonika, ale po prostu nie mam ochoty. Nie chcę tutaj snuć teorii o tym, że koronawirus to broń biologiczna mająca, na celu to czy tamto. Nie, raczej, że ktoś wykorzystał chiński wirus z Wuhan (tak chiński wirus z chińskiego Wuhan). Jednocześnie jednak pandemia pokazała absolutną bezradność demokracji liberalnej i absolutną niezdolność konsumpcyjnych społeczeństw Zachodu do działania.
Premier Włoch ([1]), zwraca uwagę, że UE może stracić sens istnienia. I ja się od jakiegoś czasu zastanawiam jak Unia wyjdzie z obecnego kryzysu i czy będzie co zbierać. Projekt UE, jakim jakim widzieli ów twór założyciele, czyli unia gospodarcza miał głęboki sens. Przepływ dóbr, usług i ludzi w ramach Europy mógł uczynić Europę konkurencyjną wobec gigantów jak USA czy Chiny. A kto zrobił z Chin praktycznie fabrykę świata? Łatwo powiedzieć złe i chciwe korporacje, czy czy to nie my, konsumenci chcieliśmy coraz więcej za mniej? Zakłamane do cna, rzekomo tolerancyjne i zatroskane społeczności tzw. oświeconego Zachodu, chciały konsumować coraz więcej i jakoś im nie przeszkadzało, że ich bluzki czy torebki wykonali półniewolnicy (albo i nie pół) z Chin czy Bangladeszu. Tacy wege - i fit, zatroskani o "katastrofę klimatyczną" mieli głęboko gdzieś jak żyli pracownicy ich nadgryzionego jabłuszka z Chin. Zamykali oczy i patrzyli dalej, upojeni samozachwytem nad swoją wielkodusznością. Czy naprawdę można oczekiwać od takich ludzi jakiegoś wyrzeczenia, jakiejś własnej myśli? I po namyśle chyba owa namacalna wręcz hipokryzja tak mnie drażniła w Kanadzie. Bo multi-kulti w Kanadzie służyło temu samemu co i w Europie, zasysaniu taniej siły roboczej, w tym, że w kraju liścia klonowego wykwalifikowanej. Po co dobrze płacić programiście czy analitykowi, skoro można zatrudnić za dużo mniej Hindusa czy Chińczyka, dla którego nawet ta nie taka znowu dobra płaca to niebo w porównaniu z tym co ma u siebie? Oczywiście by złapać te muchy, w myśl starego przysłowia, trzeba wystawić miód o nazwie "multi-kulti". Ale oto niektóre grupy, jak wyznawcy proroka-pedofila, zorientowały się, że obiecanki równych szans to pic na wodę i zaczęły robić zadymy używając przeciw lewicowcom (czyli dzisiaj międzynarodówce rozporowej) ich własnej argumentacji. Oczywiście znam całą masę ludzi wierzących w bajki o równości (jak to ładnie nazywał towarzysz Lenin?), ale na pewno zarządzający widzą byznes. I może stąd owa słabość, ponieważ w krajach demokracji liberalnej (jakieś pomysły jak przerobić demolud by pasowało?) istnieje cała rzesza ludzi nijak nie identyfikujących z tymi krajami, za to identyfikujących z czymś odmiennym (powiedzmy totalitarną doktryną wojenną udającą religię), i w razie kryzysu ma się wewnętrznego wroga. Czyż to nie kolos na glinianych nogach, próchniejący od środka? I co będzie jak zawierucha pandemii przejdzie?
I co z gospodarką? Nie da się wyłączyć wielu sektorów na długo. Owszem branża tzw. eventowa nie jest może jakoś szczególnie potrzebna, ale gospodarka to system naczyń połączonych i nawet taka pozornie mało istotna branża eventowa, jest powiązana z gastronomią, wynajmem pomieszczeń itd. Jak runie jedno pociągnie drugie i to się nazywa efekt domina lub kuli śniegowej. Rzecz jasna wszystkie rządy przeznaczają ogromne kwoty na pomoc, ale tak nie można w nieskończoność. Po pierwsze skąd wziąć kasę, a po drugie na kroplówce nie da się przeżyć życia. Zatem trzeba będzie wracać do normalności, ale pamiętając o środkach ostrożności. Czy dzisiejsze społeczeństwa, jako całość, są zdolne do samoograniczenia? Osobiście szczerze wątpię, ale jeśli tak to być może czas na podmiankę przez innych, zdolnych do wysiłku (mam na myśli prawdziwy wysiłek a nie wrzucenie selfików na insta), jak to już nieraz miało miejsce w historii kiedy starego, rozleniwionego lwa zagryzały młode, głodne sukcesu lwy. Czemu tak się uczepiłam selfików, ajfoników i mediów (anty)społecznościowych? Bo stanowią objawy rozleniwienia dobrobytem. I pozostaje pytanie, czy pandemia przypomni nam wszystkim, że chociaż nie chcemy mówić o śmierci, chorobie i brzydocie w erze poprawianych photoshopem zdjęć na mediach (anty)społecznościowych, to śmierć, choroba i brzydota nie znikły. I że, jeśli jako społeczność mamy przetrwać kryzys, musi nas łączyć wspólnota, ale coś prawdziwego nie mit multi-kulti bo ludzi z odmiennych kultur razem nic nie łączy, więzy istnieją tylko w ramach kultury czy religii tej czy innej. I na koniec ludzie poświęcają się dla rodziny, kraju, idei ale raczej nie dla ajfona, insta czy przygodnego seksu.


























