Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zdrowie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zdrowie. Pokaż wszystkie posty

Unia i multi-kulti w czasach zarazy

Jak wiedzą stali Goście mojego bloga, jestem dość sceptyczna wobec idei multi-kulti ponieważ nie wierzę, że da się pokojowo zmieścić, na małej przestrzeni, ludzi których systemy prawne, kultura i wierzenia są sprzeczne. Europejskie poszanowanie wolności jednostki, przechodzące nieraz w kult narcyzmu średnio pasuje do konfucjańskiej idei interesu roju, gdzie jednostka wiele nie znaczy. Europejskie, i ogólnie zachodnie, poszanowanie praw kobiet czy innych mniejszości, nie pasuje z dzikimi ideami "honoru" wyznawców proroka-pedofila. Lecz o ile pracowici Chińczycy jeszcze dość dobrze wpasowują się w krajobraz i nie kłują w oczy nie da się tego powiedzieć o zwolennikach "zbrodni honoru". Pisałam o praktyce w Toronto, gdzie właśnie zamknięcie ludzi na małej przestrzeni powodowało stworzenie się zamkniętych podgrup ponieważ ludzie szukali kontaktu ze znanym i rozumianym. To zwykła reakcja każdego, tak mnie jak i innych, ale dla międzynarodówki rozporkowej, która wygryzła lewicę zajmującą się bardziej sprawami socjalnymi, to rasizm. 


Zastanawia mnie co robi UE w sprawie pandemii? Gdzie ci wielcy szafarze, tak dzielnie walczący z rzekomym nie przestrzeganiem praworządności? Gdzie Timmermans i tym podobni, tak wielce zafrasowani? Jeśli ktoś z was, moi Goście, może podesłać bo chętnie poczytam. Co prawda nie oczekuję za wiele od speców od określania krzywizny banana czy ogórka, specjalistek od gwałconych krów i tym podobnych, ale zawsze chętnie poczytam co i jak. Może się mylę i jednak zarządzający UE to nie jest, jak powiedziałam komuś tutaj "narodowa reprezentacja cudaków, których partie wysyłają tam, gdzie wyrządzą mniej szkód", bo patrząc na posłankę Bieńkowską lepiej mieć ją z dala, chociaż patrząc jak bruździ to właściwie nie wiadomo. Wyjaśnienie komuś ze Szwajcarii, ale także Niemiec czy innego kraju, dlaczego polska opozycja lata do UE o pomoc by obalić rząd metodą "ulica i zagranica" jest ciężka, bo jednak staram się mówić o Polsce możliwie dobrze. A o wielu politykach mówić dobrze ciężko, a nie chcę gadać, że większość polityków to zdrajcy nienawidzący własnego narodu albo ideologiczni nieudacznicy. Dlatego pewnie tak pozytywnie zaskoczyła mnie decyzja premiera Morawieckiego o zamknięciu granic, by zatrzymać rozprzestrzenianie się koronawirusa z Wuhan (tak, wirus pojawił się na targu w Wuhan czy międzynarodówce rozporkowej to się podoba, czy nie), a nie doprowadzić do włoskiego scenariusza. Nie żeby szwajcarski był tak znowu dobry, ale jakoś dajemy radę. Zamknięcie granic, częściowe zamknięcie galerii handlowych i tryb "na wynos" w restauracjach powinien pomóc. Ja sama będę pracować w domu, by nie kusić licha dojeżdżając do pracy. Bo chociaż jestem odporna i w życiu nawet grypy nie miałam, a najgorsze co to trzydniowe przeziębienie bez nawet porządnej gorączki, to po co ryzykować? W każdym razie Polska na razie zdaje egzamin i dobrze. Granice, ze Szwajcarią, zamyka też Austria, Dania całkowicie i można powiedzieć, że tak na naszych oczach ciężko choruje idea solidarności europejskiej. Pandemia nie tak znowu zabójczej,  w porównaniu z hiszpanką czy cholerę, ale i tak groźnej choroby pokazuje dobitnie, że jednak wszystko ma narodowość i że jak przychodzi do kryzysu to jesteśmy Austriakami,  Duńczykami, czy Polakami przede wszystkim, nie zaś Europejczykami.  Rzecz jasna każdy rozsądny człowiek wie, że kapitał ma narodowość, ale utopie mają to do siebie, że żyją długo bo wyrażają nadzieję na raj na ziemi. 

Jak poczytałam o Belgach jeżdżących do Holandii [1] to restauracji to zastanawiam się ponownie jak bardzo coś nie tak jest z zachodem. Czy ludzie nie rozumieją zagrożenia? Owszem to nie dżuma, ebola czy hiszpanka, ale nawet w przypadku epidemii grypy sezonowej trzeba uważać. No, ale czego oczekiwać o ludziach nie widzących, że dzielnica Molenbeek stała się eksterytorialnym terenem, gdzie panują dzikie prawa pustyni? Głupota jest zwykle całościowa i systemowa niestety, ale plusem całej tej pandemii może być to, że przynajmniej nie najadą nas hordy najeźdźców prezydenta Erdogana, pardon "uchodźców", więc jakieś szczęście w nieszczęściu. Jeśli zaś produkcja będzie mnie skumulowana w Chinach też, ale oczywiście byłoby znacznie lepiej jakby podobne otrzeźwienie przyszło bez tylu ofiar w ludziach i strat dla gospodarki. 

Jak już pisałam wcześniej, nie jestem pod wielkim wrażeniem reakcji władz w Szwajcarii. Szwajcaria ma szansę zająć niechlubne miejsce na liście najbardziej dotkniętych państw, a niestety zbyt późne ograniczenie wjazdu z Włoch z pewnością uczyniło wiele złego. Ludzie już wcześniej domagali się zamknięcia granicy z Włochami, lecz takowa decyzja nie zapadła. Rzecz jasna sytuacja nie jest prosta: całkiem sporo ludzi dojeżdża do pracy z Włoch i nie da się ot tak zamknąć, no ale czy przypadkiem nie zamknięcie nie było gorsze? Generalnie nie ma paniki, chociaż ze sklepów znikają makarony oraz ryż, ale nie ma pustych półek. Ale pewne nerwowe reakcje są, jak w linku [2]. Oczywiście odsuwanie się od Azjaty to jeszcze nie ciężki rasizm, ale z pewnością sytuacja nieprzyjemna dodatkowo spowodowana nerwową atmosferą. Takie zachowanie nie powinno mieć miejsca i jest to zwykłe chamstwo. W czasie kryzysu wszyscy myślimy o sobie i swoich najbliższych nie pięknych ideach równości i świata bez granic. To, co mi się bardzo podoba w Szwajcarii to to, że tutaj nie ma oszalałego mutli-kulti i zalewu imigrantów spoza Europy. To biały kraj i dlatego tutaj przyjechałam, ale tak naprawdę mieszkanie za granicą to zawsze ciężki kawałek chleba. Zawsze ktoś nam wypomni pochodzenie, wyszydzi język i komuś będzie przeszkadzać nasza religia (lub jej brak) czy kolor skóry. W Toronto byłam mniejszością etniczną  w pracy oraz poza takową jako osoba o białym kolorze skóry, bowiem w pracy i w centrum gdzie mieszkałam spotykałam mieszkańców Azji (Chińczyków, Filipińczyków, Koreańczyków, Hindusów), ludzi z Ameryki Środkowej i Afryki. Wiem, że bycie mniejszością etniczną nie jest lekkie bowiem im bardziej różnimy się od otoczenia tym większe ryzyko niedopasowania. Żeby nie było różowo: tutaj zarobiłam na ulicy świdrujące spojrzenia mówiąc po angielsku, ale jako doświadczony mieszkaniec obczyzny wiem, że trzeba mieć grubą skórę i nie przejmować drobiazgami. I zasadniczo nie pchać się gdzie nas nie chcą, gdzie nasz kraj pochodzenia, przynależność etniczna komuś przeszkadza. 

Czy Kanada to cywilizowany kraj?

Tym  oto tytułem nawiązuje do szczepionkowej histerii związanej z obywatelskim projektem w spawie dobrowolności szczepień. Kwestia tego, że obywatel może decydować czy się podda zabiegowi medycznemu wywołuje histerię, a chęć decyzji jest traktowana jako objaw wyprania mózgu przez antyszczepionkowców. Grozi się wizjami epidemii, co więcej czynią to ludzie, chętnie sprowadzający imigrantów i nachodźców z krajów nie mających nic z cywilizacją i gdzie nie ma szczepień. Ale wracając na polskie podwórko. Organizacja stop.nop to nie żadne oszołomy nazywające szczepionki żydowskim planem depopulacji świata czy tym podobne bzdury. Nie, to ludzie mówiący, że jeśli jest ryzyko to winien być wybór i że takie zasady są w Europie. Sprzeciwiają się wreszcie szczepieniom  w pierwszych godzinach życia, ponownie obowiązkowym szczepieniom bez prawa decydowanie co i jak.


Osobiście uważam, że każdy zabieg medyczny winien być dobrowolny i nikomu nie wolno podać na siłę zastrzyku, o ile osoba nie jest ubezwłasnowolniona lub nie chodzi o ratowanie życia komuś nieprzytomnemu. Potrzeba rzetelnego sprawdzania szczepionek, rzetelnej informacji na temat ryzyka i skutków ubocznych, porad co należy robić  w razie wystąpienia takowych i pomocy dla poszkodowanych. Szczepionki są, moim zdaniem, podobnie jak i antybiotyki dobrą bronią przeciwko drobnoustrojom, lecz należy tej broni używać z umiarem. Jestem przeciwnikiem podawania szczepionek 6w1 by "dzieciątka nie kłuć" co stanowi zabójczą głupotę. Ja wiem, że matki są emocjonalne, ale dobra pielęgniarka wykona szczepienie szybko i dziecko za pięć minut zapomni. Zaś uderzeniowa dawka drobnoustrojów może wywołać opłakane skutki. Poza tym uważam, że należy szczepić przeciw bardzo groźnym chorobom, które, nawet jak ktoś przeżyje, czeka tę osobę ciężkie życie. Mam tutaj na myśli polio, gdzie przeżycie oznacza życie pełne cierpienia czy dyfteryt czy gruźlicę. Nie ma natomiast przekonania co do szczepionek na grypę, które są mało skuteczne, ale nie zamierzam nikomu zabraniać się szczepić.


Wrzask oświeconych był dziki. Straszono epidemiami, a każdego kto ma wątpliwości nazywano w najlepszym razie oszołomem lub i gorzej.  Oczywiście to wina PiS i ciemnych wyborców PiSu nie rozumiejących dobrodziejstwa szczepionek. Także były (na szczęście!) minister Radziwiłł, z godną arystokratycznego nazwiska wyższością informuje, że szczepionki muszą być obowiązkowe i basta. Nie lubię ministra Radziwiłła za wprowadzenie antykoncepcji awaryjnej na receptę, co utrudnia dostęp do tych środków zdesperowanym kobietom. A skoro o ciemnocie mowa, zajrzyjmy za ocean, do kraju rządzonego przez najjaśniej oświeconego premiera od sztucznych brwi, nadzieję lewactwa wszelakiego.


Jak wygląda sprawa w Kanadzie? Po pierwsze, regulacje różnią się między różnymi prowincjami, lecz jak na lewacki kraj panuje wyjątkowo rozsądna polityka. Po pierwsze, nie ma szczepień u dzieci młodszych niż 2 miesiące. Po drugie, jak czytamy na rządowych stronach (jak canada.ca czy ontario.ca), szczepionki podawane są pojedynczo, chyba, że rodzic zechce inaczej. Po trzecie informacje o możliwych powikłaniach i tym kiedy dzwonić do lekarza dostępne są na tychże stronach. Po czwarte, są zalecenia by rozmawiać z rodzicami obawiającymi się szczepienia dziecka, by informować o statystykach skutków ubocznych i ryzyku. Wszędzie mowa jest o zachęcaniu, lecz  dziecka można nie szczepić z powodów medycznych albo kwestii sumienia/przekonań religijnych. Co więcej,  poza Nowym Brunszwikiem i Ontario dziecko może zostać przyjęte do przedszkola bez pokazania książeczki szczepień. A i w lewackim Ontario, jak się pokaże dokument wyjaśniający, że dziecko nie było szczepione z powodów medycznych i/lub sumienia dziecko zostanie przyjęte, lecz może musieć zostać w domu, w razie epidemii. Czyli co Kanada to kraj PiSowskiej ciemnoty? A może kraj, gdzie przyznaje się prawo ludziom to decydowaniu o swoim leczeniu?


[1]link1

[2]link2

[3]hlink3

Bieg po krótkie życie?



Bieganie staje się ostatnio modne w Polsce. Dziennikarze-celebryci mediów głównego nurtu chętnie pozują do zdjęć podczas tych ponoć zdrowych czynności popijając, a jakże zdrowe (!), napoje energetyczne. Jak to zwykle z modą bywa, ma wiele z szałem a mało z rozsądkiem i faktycznym zdrowiem. O ile bowiem nikt rozsądny nie podważy faktu, że aktywność fizyczna (rozumiana w szeroki sposób, także jako spacery, wchodzenie na piętro bez windy czy jazda na rowerze) służy zdrowiu, to już diabeł tkwi w szczegółach, czyli rodzaju tejże aktywności. Nie ma idealnego rozwiązania dla każdego, a już na pewno nie są nim obciążające stawy, układ krwionośny i oddechowy biegi. Wyczynowy i ciężki sport to nie zdrowie, lecz rujnowanie zdrowia. Zdrowie to rozsądna aktywność fizyczna, dostosowana do kondycji i stanu zdrowia człowieka. Niby to oczywiste, ale… chyba nie.

Przełom w walce z zaburzeniami odżywiania?/ An advance in eating disorders therapy?

Osoby regularnie odwiedzające mojego bloga wiedzą, że tematyka zdrowia i zaburzeń odżywiania jest mi bliska. Sama osobiście nie mam wielkich problemów, chociaż niejeden spec od zdrowego żywienia wedle dzisiejszej definicji powyższych słów załamałby ręce. Wiem jednak, że zarówno ataki niepohamowanego apetytu jak i jadłowstręt są czymś z czym bardzo ciężko walczyć i rady typu „rusz się i nie jedz tyle” tylko szkodzą a nie pomagają. Nie każdy ma siłę ćwiczyć, to nie takie proste znaleźć dobry program aktywności ruchowej dla siebie. A dieta? Raz dostałam taką rozpiskę z głównym naciskiem na białe serki i twarożki których nie przełknę bo sam zapach mnie odrzuca. Tak samo mam z jogurtami więc nie pasuję… ale nie o tym. Prace na temat genetycznej podatności na zaburzenia odżywiania wyszło dość sporo. Wciąż jednak pozostaje pytanie gdzie należy uderzyć? W układ hormonalny a może w coś innego? Dlatego zainteresował mnie artykuł w najnowszym numerze prestiżowego Science i ciekawe wyniki badań na myszach. Gryzonie są powszechnie używanymi modelami zwierzęcymi w badaniach ludzkich zaburzeń, na przykład depresji (to choroba a nie jak twierdzi wielu marudzenie panienek).

Zespół z Uniwersytetu Medycznego UNC  (University of North Carolina) opublikowali wyniki badań w których pobudzano neurony z pola bocznego podwzgórza (LH, ang.  laternal hypotalamus) u myszy. Region ten jest od dawna uważany za zaangażowany w regulację odżywiania. Badacze wskazali, że pobudzenie specyficznego  zespołu neuronów w tym regionie powoduje przekazanie sygnału do innych części mózgu i aktywację „żarłoczności” u myszy. Można z tego wywnioskować, że zaburzenia w przekazywaniu sygnału w tym specyficznym regionie podwzgórza powodują napady głodu oraz niekontrolowanego apetytu czy innych problemów z odżywianiem u ludzi. Być może zatem zaburzenia odżywania mają podłoże neurologiczne związane z nieprawidłowościami w ścieżkach przekazywania sygnału w mózgu. 



(http://www.the-scientist.com/images/News/September2013/overeating%20full%20body.jpg)

W czasie eksperymentu pobudzano regiony mózgu związane z pobudzeniem i niepokojem: jądro łożyskowe prążka krańcowego  (BNST, ang.  bed nucleus of the stria terminalis) . Pobudzenie tego regionu wyłączało LH i powodowało, że myszy dosłownie rzucały się na jedzenie jak tylko je dostrzegły. Nie tylko dosłownie pożerały porcje dostarczonego pokarmu, ale także szybko biegły w jego  kierunku. Kiedy tylko stymulacja neuronów została wyłączona zwierzęta praktycznie natychmiast przestały jeść. W innej fazie eksperymentu głodne myszy miału zablokowane działanie BNST i nie reagowały na obecność dostarczonego pożywienia. Rzecz jasna sama regulacje regionu LH oraz jego związki z odżywianiem jest nieco bardziej skomplikowana, toteż zainteresowanych odsyłam do pełnego tekstu artykułu [2] oraz komentarzy na profesjonalnych portalach jak science.daily czy the.scientist i inne. 

Zatem czy niedługo osoby mające nadwagę, otyłość i inne problemy z odżywianiem zamiast katować się dietami będą mogły zostać „popieszczone prądem” po właściwych częściach mózgu? A może podobnie jak w przypadku zaburzeń psychicznych terapia polegać będzie na dostarczeniu substancji psychoaktywnych i pobudzających lub obniżających aktywność odpowiednich części mózgu? Wiem oczywiście, że od odkryć naukowych do klinicznej praktyki droga długa. Wydaje mi się jednak, że mamy już pewne wskazówki. A biorąc pod uwagę, że zaburzenia odżywiania stanowią plagę dzisiejszych czasów badania czy to naukowe czy to już kliniczne cieszyć się będą dużym  zainteresowaniem także finansowym.

[1]abstract
[2] publikacja

****************ENG***********************

My Guests probably know (if not you are now informed) I am very interested in eating disorders and health topics. I don’t have serious problems with it fortunately, however many from so called “healthy lifestyle experts” would be upset seeing my lifestyle. Compulsive eating as well as anorexia are serious disorders and difficult to treat. “Stop eating and move” advices are actually nothing but harm. Not all of us are healthy and strong enough to start running. Finding appropriate exercises program is a difficult task. Once upon a time I went to a lady specialist let me call her and ask for a diet to lose some kilos. As the answer she gave to me run-of-the-mill like diet with white cheese, yoghurt and cottage cheese. Everything would be fine if only I can eat it and smell of products mentioned do not make me vomit. But let’s skip this topic and go back to the post. How to deal with eating disorders. What to blame? What part of the organism? In the last issue of the Science magazine there is interesting paper about eating habits regulation. The results of the mice’s experiments seemed promising. Mice and rats are used as animal models for human mood disorders like depression for example.

Researchers from UNC Medical School published in Science magazine results of the experiment with laternal hypotalamus (LH) neuron clusters activation in mice. The region mentioned has been suspected to be related with eating behaviour regulation.  UNC group proved LH neurons activation lead to signal transmission to another brain region and activation of “voracious” eating in mice. Eating disorders in humans then is suspected to be related with LH brain region. Moreover then eating disorders are neurological in basis, the result of signal transduction pathways abnormalities. 



 (http://www.the-scientist.com/images/News/September2013/overeating%20full%20body.jpg)

The bed nucleus of the stria terminalis (BNST) region in brain related to fear and anxiety was stimulated during first stage of experiment. BNST when stimulated turn off LH which lead mice to immediately eat a food delivered. Mice run very quickly to the food and chow it down. When stimulation finished animals stop eating. During second stage, BNST region was blocked in hungry mice. Animals did not react on a food delivered. The LH region regulation and its impact of eating habits is much more complicated than it sounds from my description of course. I suggest to read the full text [2] or discussion on science.daily or the.scientists portal.

So, will we be cured form eating disorders with stimulation/turning off appropriate brain regions, rather than with tormenting diets? Or maybe the future of the therapy lie in the drugs influencing appropriate signal transduction pathways as in psychiatric disorders? We must remember the distance between scientific discovery and clinical practice is long. Now we get some clues, clues worth more in deep interest. The eating disorders are serious problem in States and Europe as well. Such researches will be valuable and a lot of institution will be interested in them. Interested in financial terms also of course. 

[1]abstract
[2] full text

Nie tylko ciemność


Post dedykowany cudownym ludziom, który dobry los postawił na mojej drodze. Zarówno w sensie zawodowym jak i nie tylko. Nie wymienię was tu z imienia nazwiska, ale mam nadzieję, że dobro do was wróci.

Anioły są wokół nas. A może nie anioły, a dobrzy ludzie? A może Bóg nam pomaga i odpowiada na modlitwy poprzez przyjaznych ludzi na naszej drodze? Poprzez dawanie szans, a nasza w tym spraw aby szansę wykorzystać i nie zmarnować. Czasem, kiedy wszystko wydaje się beznadziejne, kiedy sprawy wydają się brać w łeb i wokół ciemność, nagle ktoś wyciąga rękę. Ktoś powie „Będzie dobrze” i oferuje pomoc. Ktoś wskazuje możliwe drogi i mówi „Wytrzymaj jeszcze chwilę. Tylko pięć minut i będzie po wszystkim i po krzyku”. Nie tylko wspiera słowami, co bywa bezcenne w złych dniach, ale czynami, po prostu silnym szarpnięciem wyciągają z dołka, z bagna i pozwalają na nowo spojrzeć na świat.

(https://www22.corecommerce.com/~blissangelic/uploads/image/angel88.gif)

Są złe miejsca. Kiedyś się z tego śmiałam, ale teraz wiem, że to rzeczywistość a nie fikcja. Są złe miejsca, które wysysają z człowieka wszystko co dobre, całą radość życia, chęć do życia i pracy, wysysają zadowolenie, szczęście, zdolność do racjonalnego myślenia. W zamian zostawiają jedynie smutek, zwątpienie, rozpacz i poczucie beznadziejności. Nie widać słońca przez czarną woalkę, świat staje się szary i straszny. Ludzkie twarze wykrzywia grymas nienawiści i wrogości. Zewsząd  słychać nienawistne szepty,  zewsząd słychać kroki wrogów, gotowych wbić nóż w plecy i zatłuc jak ktoś się potknie. Istnieją złe miejsca. Przebywając tam chorujemy na duszy, zaś na samą myśl o nich drżymy.

Żadne miejsce, żaden dom czy pokój nie rodzi się zły. Białe ściany świeżo oddanego budynku są neutralne. To nienawistni, wrogo nastawienie do wszystkiego i wszystkich ludzie zatruwają swoim jadem otoczenie. Ich złość, niczym czarna dziura, zasysa spokój i szczęście otoczenia. Oni przenoszą piekło w którym żyją na innych, chcąc by każdy był równie nieszczęśliwy co oni, nienawidząc wszelkich oznak radości, zadowolenia, przyjaźni. Lodowatym podmuchem swej złości gaszą każdy płomyk dobra i pomyślności w swoim otoczeniu. Każdego muszą zbić w glebę, każdemu  zatruć życie, każdemu odebrać radość, każdego zatruć swoim jadem. Nie ma przed tym obrony, gdyż jad sączony jest powoli, a człowiek nawet nie wie czemu idzie mu coraz gorzej, czemu nic nie ma sensu. Pozostaje jedynie ucieczka, ale gdy nie znikniemy w porę tylko pomoc z zewnątrz, pomoc drugiego człowieka może pomóc, może nas wyrwać z zaklętego kręgu. Przeklętego kręgu szukania w sobie winy za chorobę nienawiści drugiego człowieka. Wielkim triumfem złego miejsca jest to, że chory sam się wini za swoje cierpienie, uważa, że na wszystko zasłużył, bo przecież nic takiego nie może go spotkać bez przyczyny. Co ze mną nie tak? Może jestem zły/głupi/beznadziejny skoro innym wychodzi a mnie nie? Są złe miejsca i toksyczni ludzie. Nie można z nimi walczyć, pozostaje jedynie uciekać.

Na szczęście nie wszystko jest złe. Anioły dają szansę, anioły nas wyciągają i chcemy najlepiej jak zdołamy pokazać, że ich nie zawiedziemy. Będziemy lepszymi pracownikami dzięki pozytywnej motywacji, o czym wiedzą już korporacje, dając ludziom karnety i dbając o to aby pracownik utożsamiał swój interes z interesem firmy. Korporacje dbają o swój interes, zaś Anioły w ludzkiej skórze po prostu wyciągają rękę. A może więcej ludzi, nim nam wmawiają różne toksyczne jednostki i media mainstreamu, nie nosi w sercu nienawiści i widząc przerażone zwierzątko kulące się w kącie zapyta czy może pomóc? Tak się zarabia na lojalność i szacunek, traktując ludzi jak ludzi.  A zło wraca jak bumerang, jak obciążony procentami niespłacony rachunek. Kto krzywdzi każdą napotkaną osobę, w końcu trafi na silniejszego. Kto łamie kręgosłupy w imię swoich chorych racji, kto zatruwa, kto niszczy i wdeptuje w podłogę sam tak skończy na własne życzenie. Wyeliminuje się z życia swego środowiska ,  straci kontakty i zostanie zamieniony osobą mniej konfliktową.

P.S. Obama niestety wygrał wybory. Bardzo dobra wiadomość dla Rosji i Chin, kiepska dla Europy i fatalna dla Polski. Wyobrażam sobie jak dzisiaj chłopaki na Kremlu zabalują, świętując kolejne cztery lata kiedy  wujek Sam będzie miał sztuczną szczękę zamiast zębów i nikt się nie przeciwstawi rosyjskiemu niedźwiedziowi. Chiński smok też może prostować skrzydła, bystrym wzrokiem patrząc co by tu jeszcze chapnąć. Czy USA stracą status światowego mocarstwa?  Nie od razu. Ale czynią ku temu pierwsze milowe kroki.
A jutro napiszę o absurdach z innego poletka niż polskie. Naprawdę padłam ze zdumienia.

Marchewka

Na temat absurdów i utrudnień w działaniu służby zdrowia napisano niezliczoną ilość postów i komentarzy. Ponieważ nie mam ochoty komentować kolejnej politycznej awantury i histerii mainstreamu na hasło „Smoleńsk” i ataku seryjnego samobójcy, przejdę do jakże życiowej sprawy. Wiem, że nigdzie na świecie służba zdrowia nie działa idealnie. Ale oczywistych powodów każdego z nas najbardziej interesuje rodzinne podwórko. Przyznam, że o wielu rzeczach nie wiedziałam.

Złośliwcy mawiają, że Polak zna się na medycynie, ekonomii i paru innych rzeczach. Nie mam nic przeciwko możliwości wyrażania swego zdania przez każdego z nas. Zwłaszcza na naszym małym kawałku sieci, gdzie gospodarujemy wedle swoich zasad i wizji, wyrażając prywatne opinie. Ja w kwestii medycyny. Tak się składa, że ostatnimi czasu z różnych przyczyn i mniejsza jakich, poznałam nieco środowisko lekarzy i sama poszerzyłam swoją wiedzę z zakresu kliniki. Stąd może rosnące rozdrażnienie gadaniem, że diagnozowanie pacjenta to taka prosta sprawa. Cóż łatwo by było jakby klinicysta miał wszystkie dane, ale z tym bywa kiepsko. Niepełny model matematyczny działa słabo, zaś człowiek nie komputer. Brak danych nie wynika z niechęci, ale z trudności. Pacjent nie zawsze umie nazwać pewne objawy chorobowymi, zwłaszcza gdy mówimy o chorobach nie dających wymiernych wyników. Podwyższony poziom cukru we krwi, wysokie ciśnienie krwi czy nadwagę można zmierzyć a i tak przyczyn bywa wiele. A co gdy objaw jest inny? Dużo w trym doświadczenia i intuicji. Stąd też nauczyłam się sporo pokory w ferowaniu wyroków. No, ale miało być o absurdach, takich jak emisji CO2 z gabinetu lekarskiego..

Poznałam utrudnienia NFZ też z drugiej strony. I nie mówię tylko o tym, że lek X jest refundowany w chorobie a, ale nie w b, chociaż obie są podobne. I jak pacjent z b potrzebuje X, to musi płacić nieraz 400 zł za opakowanie, bo fundusz nie refunduje. Usłyszałam od A. o jeszcze lepszym numerze. Otóż lekarz musi zeznać ile tabletek danego specyfiku pacjent potrzebuje miesięcznie. To znaczy jak ktoś bierze jedną tabletkę leku X dziennie, to miesięcznie potrzebuje 30 tabletek, tak średnio. Problem w tym, że w pojedynczym, opakowaniu X jest tylko 20 tabletek. Jak święta naiwna zapytałam czy nie można zapisać dwóch. A. mi wyjaśniła (patrząc jak na kosmitkę, która nie wie na jakim żyje świecie), że nie po przekroczy limit 30 tabletek na miesiąc i NFZ ją ścignie za wyłudzenie. Czyli ma kupić pół opakowania? – zapytałam zdumiona. A. wyjaśniła, że można to załatwić w pewnych aptekach, bo kiedyś też tak było. A ja się cieszyłam, że nie muszę brać niczego na refundację i pilnować by lekarz zmieścił się stemplem w kratki, nie pomylił w ilości tabletek, gramach substancji czynnej i paru innych rzeczach. To już wiem czemu podczas wizyty lekarz połowę czasu spędza na wypisywaniu papierków. My zaś czekamy w kolejce.

A’propos kolejek. Od innej koleżanki, M. dowiedziałam się, że aby dziecko dostało aparat u ortodonty musi chodzić dwa lata i nie wypaść z kolejki. - Ale co jak ma krzywe zęby? – pytam jak święta naiwna. M. odpowiedziała (patrząc znowu na mnie jakbym spadła z choinki), że ma gryźć marchewką na rozejście się zębów i zdać z tego relację ortodoncie ( a ja myślałam, że do lekarza się idzie jak babcine, skądinąd słuszne sposoby nie zdają egzaminu). I jak przez dwa lata będzie chrupać rzeczowe warzywo, to dostanie aparat. Przyznam, że nieomal gruchnęłam śmiechem na podobne słowa. Nie miałam bladego pojęcia, że dziecko musi dwa lata chodzić na wizyty .. Widziałam wielu młodych ludzi z aparatami na zębach (takimi do zdejmowania i takimi na stałe), ale jakoś nie pamiętam by koledzy dwa lata zasuwali na wizyty.  Oczywiście odstawszy swoje w kolejkach, bo Centralnego Rejestru Usług Medycznych jak nie było tak nie ma, podobnie jak wysokich standardów w polskiej polityce. Co ciekawe , wbrew obiegowym opiniom, wielu lekarzy nie miało by nic przeciw podobnego rozwiązaniu. Tak, oszuści i ludzie nieuczciwi są wszędzie i w każdym środowisku.  Ale nie każdy lekarz to łapówkarz i nie każdy ksiądz to pedofil jakby chciały nas przekonać media, które po prostu żyją z pokazywania krwi i patologii. Zaś skrócenie kolejek do specjalistów i większa przejrzystość systemu pomoże wszystkim uczciwym. Oczywiście wyłudzeń i przekrętów nigdy się do końca nie wyeliminuje. Ale można przynajmniej coś zrobić w tym kierunku.
(http://3.s.dziennik.pl/pliki/3081000/3081896-marchewka-marchew-zeby-300-227.jpg)

Rzecz jasna można chodzić prywatnie. Bez długiego stania, bez absurdalnych terminów. Niestety tam nie ma gwarancji, że wszystko pójdzie dobrze i wydane pieniądze przyniosą pozytywny skutek. Przekonałam się na własnej skórze. Trafić na lekarza z intuicją i wyczuciem to prawdziwe szczęście. I nie zawsze pomoże tutaj patrzenie w rankingi czy pytanie znajomych, niestety. Nie mam nic przeciwko prywatnym ośrodkom opieki zdrowotnym, jako alternatywnie dla państwowej służby zdrowia. Niech sobie dwa systemy istnieją. Byle nie było tak, że ludzie czekają rok na rezonans magnetyczny głowy, bo z kontraktu NFZ można prowadzić badania tylko do południa, a potem wchodzą ludzie przychodzący prywatnie. I oni rzecz jasna idą z dnia na dzień, chyba, że się umawiają z piątku na poniedziałek.

Zakazy Kościoła: ich sens praktyczny.

Chciałam dzisiaj napisać kontrowersyjnie (?) o pewnych zakazach Kościoła Katolickiego. W pierwszej chwili, jako młoda gniewna uważałam wszystko za bezsensowne ograniczenia, bo przecież dorośli ludzie wiedzą co i jak. Nie wiedzą i w tym problem. 

Halloween

Zbliża się 1 listopada i tradycyjnie już Kościół przestrzega przed okultyzmem i spirytyzmem. O ile samo przebieranie się za duchy i wampiry uważam za nieszkodliwą głupotę i bezmyślne kopiowanie wzorców obcych kulturowo, o tyle jednak nie należy zapominać o zagrożeniach. Choćby wynikających z puszczania dzieci samych wieczorem z cukierkami, by pukały obcym ludziom do drzwi pytając cukierek, albo dowcip. Nie wiadomo na kogo trafią, zaś gdy takich grupek jest mało są one narażone na ataki wszelkiej maści porąbańców. Zresztą czeku nie sięgnąć do tradycji Dziadów? Coś innego niż smutasy i msza 1 listopada a przynajmniej jesteśmy oryginalni. Kinderballe czy klimatyczne domówki czemu nie? Ale na pewno nie chodzenie po mieście gdy cała zabawa może grozić w najlepszym wypadku solidnym przeziębieniem.

Zresztą to element obcy kulturowy, co gorzej ubrany w tandetną, popkulturową otoczkę. Ideę samego Halloween stanowiło, o ile się nie mylę, odstraszenie złych duchów. Potem jednak przyszła komercja i… nikt nie pamięta o co chodzi.

Horoskopy

Jakiś czas temu pastwiłam się nad opętaniami opisanymi w „Gazecie Polskiej”. Nadal uważam, że uważanie jogi za wrota dla złych mocy to przesada. Zaś psychoza czy schizofrenia to ciężkie choroby, w której nie ma niczyjej winy. Oraz, że pierwszy epizod schorzenia może być ostry bez wcześniejszych sygnałów ostrzegawczych. Niemniej jednak z tymi horoskopami należy uważać. Co jeśli ktoś wierzy w predestynację (nawiasem sprzeczną z wiarą chrześcijańską) i uzna, że w kolorowych pisemkach i na stronach ezoterycznych znajduje wskazówki jak żyć? Co jeśli zacznie zapominać o realnym świecie, zaś uzna owe bzdurki pisane dla rozrywki po godzinach za wskazówki? Nie mówiąc o dzwonieniu do wróżek pod numer 0-700 czy chodzeniu na channelingi i inne cuda wianki po 250 złotych (i więcej ) za wizytę. To, że ktoś jest dorosły i wykształcony nie chroni przez oszustami i szarlatanami. Taki Rasputin przecież namieszał carskiej parze, którym nie można było odmówić wykształcenia czy obycia w świecie. Socjotechnika i techniki manipulacji idą z duchem czasu i potrafią omamić. Szczególnie osoby podatne. Bawiąc się trzeba znać zasady zabawy, ale gdy ktoś ma skłonności do dawania wiary różnym dziwnym rzeczom niech faktycznie lepiej nie czyta horoskopów. Dla bezpieczeństwa swej kieszeni i zdrowia (także psychicznego) o ile ktoś nie umie czegoś używać zgodnie z przeznaczeniem, niech tego lepiej nie używa. Zwłaszcza jak pisanie z palca bzdury bierze za rzeczywistość, co ma miejsce nie tylko w wypadku horoskopów.


Antykoncepcja hormonalna


Na to byłam najbardziej cięta. Do dzisiaj uważam, że nazywanie antykoncepcji „złem niszczącym związek” za przegięcie. Dlaczego? Bo nie znoszę jak ktoś mi zagląda pod kołdrę. To sprawa ludzi czy i kiedy chcą mieć dzieci. Mamy zapaść demograficzną, ale raczej nie przez nie słuchanie zakazów Kościoła, jako że w Wielkiej Brytanii potrafimy być dzietnymi imigrantami. Dziecka nie wolno traktować niczym przeszkody w wygodnym życiu, ale czasem nie ma warunków by mieć potomstwo. A co z tymi hormonami? Ano to, że układ hormonalny to układ naczyń połączonych, o którym wciąż wiele nie wiadomo. Zepsuć mechanizm bardzo łatwo, ale niestety naprawić o wiele trudniej. Niewłaściwie dobrane leki (tak to są leki, stosowane nie tylko w celach zabezpieczenia przed niechcianą ciążą) mogą naprawdę zaszkodzić a skutki bywają odczuwalne w rozmaity sposób. Choćby przed koszmarne migreny, bóle brzucha (będące nagłymi skurczami mięśni gładkich, ból jaki, że z trudem można stać i ląduje się na podłodze i zwija) czy objawy psychiczne wskazujące na depresję czy chorobę afektywną dwubiegunową. O tym ostatnim piszą nawet w podręcznikach akademickich, zaś zaburzenia nastroju są widoczne choćby u kobiet w menopauzie. Depresja (a w najgorszym układzie psychoza) poporodowa to też efekt wahań hormonalnych. Dlatego, sprawdzone empitycznie, dochodzę do wniosku, że jak nie trzeba lepiej nie gmerać przy pewnych mechanizmach.
Nie rozumiem, nigdy nie zrozumiem, niechęci do prezerwatyw, które chronią przez chorobami wenerycznymi oraz AIDS. Zwyczajnie w świecie chronią zdrowie i nie rozwalają układu hormonalnego.

Czystość przedmałżeńska

To może być moim rozbudowanym komentarzem do posta Starego Niedźwiedzia (http://antysocjalbis.blogspot.com/2012/10/wyroby-maskopodobne.html) . Otóż z mojej strony to ochrona kobiet. Tak ochrona, bowiem uważam, że jeśli ktoś unika ślubu (także cywilnego, bo nie każdy musi wierzyć) i zobowiązań prawnych szuka sobie furtki by bez trudu zniknąć i znaleźć „lepszy model”, gdy aktualny przytyje i będzie marnie wyglądał o poranku. Rzecz jasna małżeństwo nie chroni przez rozczarowaniem czy zdradą. Nic nie chroni, ale są pewne instytucje, pewne ułatwienia walki gdy stanie się coś nie tak. Pójście od Urzędu Stanu Cywilnego to pewną deklarację, pewien znak, na ile poważnie się coś traktuje, przynajmniej dla mnie. A czystość? Aby uniknąć życiowej pomyłki ze ślubem na łapu capu (bo dziecko w drodze), walki na alimenty z niedojrzałym Piotrusiem Panem i trudami samotnego macierzyństwa. To samo rzecz jasna może czekać mężatki, ale dla mnie przynajmniej, małżeństwo stanowi zabezpieczenie i deklarację. A argumenty o „seksualnym dopasowaniu” mnie nie przekonują. Aby nie było ja mam świadomość, że seks to ważna część życia. Ale miłość, szacunek, sympatia i zaufanie są nieskończenie ważniejsze.

Jedzmy czekoladę

Wszelkiej maści dietetycy, obrzydzając człowiekowi przyjemność z jedzenia w pogodni za sylwetką z Photoshopa od dawna wypowiedzieli wojnę słodyczom. Rzecz jasna przejadanie się jest zwyczajnie nie zdrowe i powoduje ból brzucha, zaś nadmiar cukru próchnicę to jednak gadki „jedz warzywa pięć razy dziennie i owoce zamiast batoników” zohydziły mi te dwa ostatnie wyjątkowo skutecznie. Osobiście przestałam ufać wszelkiej maści fachowcom jako, że raz mówią, że dobre jest masło, potem margaryna, potem masło a nic tak nie podwyższa cholesterolu jak produkty light (sprawdzone empirycznie), zaś spartan ze słodzików to samo zdrowie.

Słodycze to samo zło, nie ma sensu dyskutować bo to aksjomat nie wymagający udowodnienia. Ale być może z tego, co złe zostanie po raz kolejny wyłączona czekolada. Notabene czekoladę można jeść nawet w czasie postu. Od dawna słyszałam, że ten smaczny przysmak dobrze działa na pracę mózgu, niech odchudzacze i odchudzaczki wyją jak wilk do księżyca, co zostało wykazane przez uczonego z uniwersytetu Columbia Dr. Franz Messerliego i opublikowane w czasopiśmie, New England Journal of Medicine (http://www.nejm.org/doi/full/10.1056/NEJMon1211064
oraz http://medicalxpress.com/news/2012-10-chocolate-nobels.html).  Znaleziono wysoką korelację (r=0.791, P<0.0001) między średnim spożyciem czekolady na głowę mieszkańca a liczbą laureatów nagrody Nobla, dla 23 krajów.

Szwajcaria, światowy lider w produkcji czekolady, ma także najwięcej  noblistów, normalizując liczbę laureatów wedle liczebności populacji. W środku listy uplasowały się Stany Zjednoczone, Niemcy, Holandia, Francja, Belgia i Irlandia. Polska jest niestety bliżej końca, niż początku listy. Patrząc na zależność widać wyraźnie, że Szwecja nieco odstaje. Autor sugeruje, że owo niezbalansowanie wynika z specyficznego „patriotycznego podejścia Komitetu Noblowskiego”, który wspiera swoich.




Zależność między średnią ilością zjadanej czekolady a liczbą laureatów Nagrody Nobla, na podts. "Chocolate Consumption, Cognitive Function, and Nobel Laureates", Franz H. Messerli, M.D., October 10, 2012DOI: 10.1056/NEJMon1211064
Oczywiście nie można od razu wysnuwać wniosku, że czekolada uczyni nas genialnymi, ale, że najbardziej światli ludzie, świadomi pozytywnego wpływu czekolady i pracujący zamiast studiować modne diety po prostu nie odmawiają sobie wszystkiego, w tym słodkich kostek.  I chociaż rzecz jasna należy podejść do wszystkiego z przymrużeniem oka, można poczuć się rozgrzeszonym z słodkich słabości (nie wcinania tabliczki dziennie dzień w dzień), bo w końcu co to za życie gdy człowiek wszystkiego sobie odmawia?

Czemu jestem tak cięta na odchudzanie i diety? Nie zaprzeczam, że należy starać się odżywiać racjonalnie. Ale nie można czynić z odchudzania celu życia i obrzydzać sobie i innym posiłku obliczając kalorie kotleta (nie chcesz? Nie jedz, ale daj innym) i mówić tylko o tym jaki tłuszcz straszny. To tylko niepotrzebne wpędzanie ludzi w kompleksy (jestem na liście dotkniętych ) i obrzydzanie sobie życia. A białych serków i jogurtów nie cierpię. Ogólnie nie przepadam za nabiałem i jakoś żyje. Każdy ma prawo żyć i nie być wyszydzany: czy to osoba chuda, nie mogąca przytyć, czy przy kości nie mogąca schudnąć (z różnych przyczyn). A tym wszystkim pewnym siebie i szydzącym z „wielorybów” decyduję następujące słowa: starość nie radość, młodość nie wieczność i nikt nie będzie do końca piękny, smukły i silny. 
Kiedy rozum śpi, budzą się demony, kiedy rozum śpi dzieje się źle. Kiedy rozum śpi ludzie nie myślą racjonalnie. Najgorzej gdy czynią ludzie podobno rozsądni, dorośli i zdrowi na umyśle. Dzisiaj rozum spał w Sejmie, skoro przeszedł do dalszych obrad projekt SP, zaostrzającą ustawę aborcyjną. „Daliśmy niepełnosprawnym i chorym dzieciom prawo do życia”- grzmią prolifowcy jak zwykle naginając fakty, jak zwykle mówiąc wielkimi hasłami, za którymi nic nie idzie. Nikt nie nakazuje aborcji po tym, jak USG genetyczne wskazuje na uszkodzenie płodu. To dramat, ale należy dramat uszanować i nie wsadzać świętego nochala w cudze życiu.  Cóż, nijak nie pomagają rodzicom chorych i cierpiących dzieci, bo przecież trzeba bronić płodów by wyjść na świętszego od papieża. Bo pomoc żywym wymaga trudu i wysiłku, zaś obrona płodów nic nie wymaga. Kiedy rozum śpi budzą się demony i można tylko mieć nadzieję, że kiedyś zasną. Ciekawa jestem czy wszyscy święci, wycierający sobie usta „prawem do życia” (jakoś nikt nikogo w świetle prawa nie morduje) słyszeli kiedyś o zespole Edwardsa,  zespole Patau,  Epidermolysis Bullos , gdzie dotyk powoduje ból.  Czy zastanawiają się co się stanie z dziećmi niezdolnymi do samodzielnego życia gdy rodzice umrą? Nie myślą i mało ich to obchodzi, po broni się „dzieci nienarodzonych”, a żywi niech się martwią o siebie.


Kiedy rozum śpi, ludzie sami sprowadzają sobie na głowę problemy. W „Polsat News” słyszałam o kobiecie, która jadąc komunikacją miejską zgubiła 450 tys. złotych za sprzedaż nieruchomości. Poszkodowana nie wie czy zgubiła majątek, czy została okradziona. A ja nie pojmę jak jadąc z taką sumą nie bierze się taksówki i pilnuje gotówki jak oka w głowie. Nawet zwykłej torebki człowiek pilnuje, a nie zostawia idąc do toalety. Ale nie muszę wszystkiego rozumieć.  A najmniej czemu ludzie  zachowują się równie bezsensownie.

Ale czasem  zdolność racjonalnego myślenia zasypia bez niczyjej winy i woli.  10 października to dzień zdrowia psychicznego, zwany czasem „dniem świra”. To ważne, zwłaszcza, że w szalonym tempie życia coraz więcej osób zacznie cierpieć z powodu zaburzeń, które nie są widoczne na pierwszy rzut oka. W popkulturze osoba chora psychicznie to niebezpieczny zabójca z siekierą, zabijającą na polecenie zielonych chmurek. Rzeczywistość wygląda całkiem inaczej. Ludzie cierpiący na  depresję, chorobę dwubiegunową czy schizofrenię są najbardziej niebezpieczni dla samych siebie. Owszem bywają agresywni, nie potrafią kontrolować swoich poczynań, ale bardzo często kierują złość na siebie poprzez okaleczania, próby samobójcze, wycofanie społeczne, niezaradność i wiele, wiele innych.

(http://www.depressionhelps.com/wp-content/uploads/2010/10/manic_depressive_disorder-300x286.jpg)

O tym, że w Polsce można chodzić do każdego lekarza, poza „tym od głowy” pisałam nie raz. Powiedzieć w towarzystwie, że się człowiek leczy na depresję, czy przyjmuje leki psychotropowe na wyciszenia to raz na zawsze przypięta etykietka „wariat” i wykluczenie. Zawał serca, nadciśnienie, wrzody żołądka nie budzą podobnych emocji. Dobrze, że powoli rośnie świadomość na temat depresji poporodowej, pokazuje młodym matkom i ich rodzinom co robić i jak pomóc. Nie sądzę by podobne słowa i kampanie dotarły do „dających prawo  do życia najsłabszym z dzieci nienarodzonych”, ale nie należy oczekiwać zbyt wiele.  Stygmatyzacja pogłębia tylko problemy, zaś „dobre rady” w stylu „weź się w garść” tylko jeszcze bardziej wpychają człowieka w bagno, w którym tkwi. Bo czasem człowiek nie może „wziąć się w garść”, tak samo jak człowiek chodzący o kulach nie pobiegnie przez płotki. Nie daje rady.

Życie z chorobą nie należy do łatwych. Kiedy coś cały czas boli, nie ważne czy ból jest fizyczny czy psychiczny, przypomina koszmar. Depresja, w której cały świat przybiera czarne, posępne barwy a wszyscy przypominają wilki gotowe dopaść i rozszarpać człowieka, przypomina przedsionek piekła. Przedsionek bez choćby jednego jasnego promyka, bez nadziei, bez niczego, poza złymi myślami.  Liczba samobójstw rośnie, ale problemy są wciąż bagatelizowane zaś samobójcy nazywani egoistami/grzesznikami. Drażni mnie to o wiele bardziej niż gadki prolifowców, bo nikt nie targa się na swoje życie ot tak, prawie nikt. Kiedy życie dokuczy i zaboli, że nie widać już nic, nic nie ma sensu, nie ma niczego poza smutkiem i rozpaczą  a wieczny sen stanowi jedyne rozwiązanie.  Wiele jednak upłynie wody w Wiśle nim świadomość, że depresja to choroba dotrze pod strzechy. A chodzenie do psychologa czy psychiatry przestanie być powodem do wstydu i napiętnowania.

Kto wie ile żyć można by uratować gdyby nie lekceważenie problemów przez domorosłych speców, przez mądrali samouków od medycyny? Gdyby czasem przez chwilę się zastanowić czemu ktoś się zmienia, czemu młody człowiek nagle popada w otępienie i przygnębienie?

http://polska.newsweek.pl/polacy-ciagle-wstydza-sie-tego--ze-chodza-do-psychologa,96970,1,1.html
http://zdrowie.dziennik.pl/aktualnosci/artykuly/406919,dzis-dzien-swira-ilu-polakow-popelni-samobojstwo.html
http://zdrowie.dziennik.pl/aktualnosci/artykuly/406895,ponad-350-milionow-ludzi-cierpi-na-depresje-i-ma-zaburzenia-psychiczne.html

P.S. Pisząc prolifowcy, mam na myśli radykałów potępiających kobiety w trudnej sytuacji życiowej.

Sinus w warunkach bojowych jest większy od jedności

Podobno żyjemy na zielonej wyspie i jesteśmy coraz bogatsi. Rośnie nam PKB, półki uginają się od importowanych towarów, kolorowe reklamy gadżetów, reklamy „jesteś tego warta” i „musisz to mieć” krzyczą zewsząd. Potrzebujemy, podobno, coraz więcej i pensje nam rosną, zarabiamy średnio, w zależności od regionu, między 3500 a 5000 złotych miesięcznie. Jak to szło? Są małe kłamstwa, wielkie kłamstwa i statystyka. A życie życiem i życie nijak nie pasuje do modeli, proponowanych przez „jaśnie panów prezesów”, co do zarobków przeciętnego Polaka, który jest równie często spotykany co woda na pustyni. Wielu ludzi musi przeżyć za płace minimalną, daleką od średniej, ale cóż sinus w warunkach bojowych przekracza jedynkę, więc wedle mainstreamu mamy świetnie wykształconych i znakomicie opłacanych specjalistów konkurujących na światowym poziomie ze swymi rówieśnikami z zachodniej Europy.

A naprawdę? Bieda aż piszczy i piszczy coraz głośniej. Aż włos mi się zjeżył na słowa, że 2/3 Polaków nie ma żadnych oszczędności, a inni mają oszczędności wielkości jednej dwu pensji- mówił wczoraj prawnik pracujący w społecznej kancelarii, goszcząc w „Polsat News”. Oczywiście znajdą się mądrzy i wielce poważni, którzy wyśmieją „głupich maluczkich”, ale zapytam: z czego oszczędzać? Skoro po opłaceniu rachunków wszystko idzie na jedzenie, zaś kupno kurtki na zimę to nie lada wydatek? Goszczący profesor mówił, że wspominając o dzieciach, które tylko w szkole jedząc obiad zajmujemy się szczegółami, co zostało słusznie skrytykowane przez drugiego gościa. „Dla pana profesora obiad to szczegół, bo pan ma obiad codziennie. Dzieci nie zawsze tak mają”. I to kwintesencja: samozwańcze elity (mój chrzestny mówi jelity, zaś na pytanie dlaczego mamy nie elitę, ale jelitę tłumaczy a co produkują jelita?), gardzące zwykłym człowiekiem patrzą z góry i z politowaniem na mniej zaradnych, na frajerów co nie kradli kiedy można było, co nie potrafiły przyssać się do państwowej kasy jak różne tak doktory.  Frajerzy, a przecież trzeba mieć najnowsze gadżety, nosić się modnie, chodzić do modnych lokali i żyć pełnią życia. Nijak tutaj nie pasuje kupowanie ubrań w lumpeksie, branie chleba „na kreskę”, korzystanie z używanych podręczników.
(http://wpolityce.pl/site_media/media/cache/0f/a9/0fa9cb54dd388990afe52e25e2dac65f.jpg)


Bieda stygmatyzuje, bieda zabiera szanse, bieda jest dziedzina, bieda to błędne koło, z którego ludzie nie wyjdą. Jak dziecko ma nie dziedziczyć biedy skoro niedożywione, nie mające podręczników, nie chodzące na zajęcia pozalekcyjne ma gorsze stopnie, źle się czuje w szkole, bo jest wytykane palcami, nikt się z nim nie chce bawić, to kozioł ofiary i przedmiot nieraz okrutnych żartów. Nie chodząc na zajęcia dodatkowe nie ma szans  iść do lepszej szkoły, zaś o dobrych studiach może marzyć. I błędne koło się zamyka. Zresztą po co się starać skoro i tak nic z tego nie wyjdzie, skoro i tak człowiek rozbije sobie głowę o mur. Ale co tam dane, co tam bieda, przecież się bogacimy wedle „ukochanej radiostacji”  i łekspertów wydających na obiad więcej niż niejedna rodzina ma na miesiąc na życie . Ale nic się nie stało i jesteśmy coraz bogatsi, nic się nie stało nie ma co się rozczulać nad niezaradnymi frajerami, nic się nie stało wszak Niemcy nas lubią, nie się nie stało wszak przynajmniej „Kaczor nie rządzi”. Jest dobrze a będzie jeszcze lepiej, głosujmy dalej na piękne buźki a będziemy zasuwać do śmierci na bochenek chleba. Zaraz, zaraz czy tego już kiedyś nie było?

Można mówić, można krzyczeć i nic się nie osiągnie. No może człowiek sobie powrzeszczy, może sobie ulży i gardło zaboli. Ale nic się nie zmieni. Nic się nie zmieni dopóki miejsca postkolonialnych, polskojęzycznych elit nie zajmą elity polskie i ludzie chcący działać dla dobra tego kraju, nie zaś Niemiec/Europy/ZSRR czy co tak aktualnie jest na topie. Nic się nie zmieni dopóki nie zacznie się promować uczciwości zamiast krętactwa (od maleńkości i ściągania w szkole), nie zacznie się promować cywilizowanych standardów w życiu publicznym zamiast przepychanek, dopóki nie skończy się promowanie plastikowych lal, pustych celebrytów, podstarzałych i gwiazdek. Nic się nie zmieni, dopóki słowa redaktora jedynie słusznej gazety będą wyrocznią i tak dalej. Zatem co robić? Zapasy na zimę? Polecam lekturę zalinkowanych publikacji.

http://www.sfora.pl/UNICEF-W-Polsce-gloduje-milion-dzieci-Wielka-bieda-a43950
http://www.rp.pl/artykul/933982.html
http://wpolityce.pl/dzienniki/dziennik-zbigniewa-kuzmiuka/36503-szturm-na-osrodki-pomocy-spolecznej-po-zasilki-raport-gus-pokazuje-obraz-rozlewajacej-sie-w-polsce-biedy

Trudość ofiary

Ostrzegam! Powyższy tekst może być bulwersujący. Stąd wszelkich fanatyków pro-life i moralistów informuję na wstępie. Nie czytajcie, nie skoczy wam ciśnienie. Inna sprawa, że w równie deszczowy dzień.. Ale dość żartów bo sprawa poważna. Zarówno portal w.polityce.pl, jak i niezależna.pl piszą o przypadku Barbary Castro Garcia, dziennikarki, która zmarła poświęcając się dla swego dziecka.

Przypadek nieco podobny do przypadku Agaty Mróz: ciężarna kobieta dowiaduje się, że ma nowotwór. Nie podejmuje leczenia, co groziłoby uszkodzeniem płodu. Wstrzymuje chemioterapię aż do porodu. Niestety! Przez okres ciąży rak szalał w organizmie i kobieta umiera. Osieraca dziecko, pozostawia męża w żałobie...

Nie wiem jak odnieść się do takich przypadków. Nie mam bladego pojęcia jak się odnieść i pozostaje mi żywić nadzieję, że nigdy nie stanę przed podobnym wyborem i nikt z bliskich mi osób nie stanie w obliczu czegoś równie ciężkiego. Może kogoś obrażę, ale trudno. Nie pochwalam takich postaw. Nie mnie kogokolwiek tutaj oceniać, ale nie pochwalam. Jeśli mowa o pierwszym dziecku, jak w przypadku pani Garcii czy Agaty Mróz, mam mieszane uczucia. Z jednej strony słyszymy o wspaniałej ofierze, cywilizacji życia itd. Szkoda tylko, że nikt nie pomyśli jak ma sobie poradzić samotny ojciec z opieką nad niemowlakiem. Szkoda, że niewielu pomyśli co będzie czuło dziecko, gdy się dowie, że matka umarła by ona/on mogło żyć. Nie chcę by ktokolwiek się za mnie poświęcał. Nigdy.

  

O ile jednak w przypadku pierwszego dziecka mam mieszane uczucia, o tyle ciężko mi znaleźć choćby jedno, ciepłe słowo gdy kobieta osieroci starsze dziecko. Nazywajcie mnie jak chcecie, ale uważam, że świętym obowiązkiem matki jest opieka nad dziećmi. Nie powinna ich porzucać. Bo potrzebują jej najbardziej na świecie. Żywe dzieci potrzebują żywej matki a nie wspomnienia ikony. To one, żywe, świadome, czujące istoty potrzebują matki, nie zaś rozwijający się w macicy organizm.

Jestem przeciwna postawom gloryfikującym aborcję, gdyż każdy winien odpowiadać za swe czyny. Ale o stokroć bardziej jestem przeciwna poświęcaniu żywych i świadomych istot dla idei. Dzieci potrzebują matki, nie zaś świętej ikony. Dzieci potrzebują matczynej miłości i ciepła, nie zaś pacierzy. Pacierze i wiara są ważne, ale drugi człowiek też. Przez drugiego człowieka docieramy do Boga i w drugim człowieku Go widzimy.

Wybór życie własne a życie przyszłego dziecka to potworny dylemat. Szczególnie dla osób o poglądach pro-life. Ja rozumiem, że dla kogoś obrona życia poczętego to rzecz święta i szalenie ważna. Ale… nie można bronić życia poczętego, kosztem narodzonego. Nie mówię o usuwaniu ciąży bo „komuś się figura popsuje”.  Ale o w miarę wyważonym, na ile to możliwe,  podejściu.

P.S. Mamy nową, wakacyjną plagę. Upadają kolejne biura podróży. Ludzie cały rok zbierają na wakacje, płacą a tu figa! Przyjeżdżają do upragnionego kurortu, zaś na dzień dobry zostają wyrzuceni z hotelu. Lądują na trawniku, albo jakiejś melinie z karaluchami. A co najgorsze nie wiadomo czy i w jakim procencie odzyskają pieniądze, gdy nieuczciwy przewoźnik zwinął działalność.  W trakcie manifestacji w Katowicach przeszli zwolennicy autonomii Śląska i ku zmartwieniu niektórych komentatorów, prawica nie wywołała burd. Jak dla mnie niech się odrywają, jeśli nie będziemy potem z podatków dofinansowywać nierentownych kopalni, zaś górnicy z kilofami nie pójdą na Warszawę, ale zaczną gdzie indziej krzyczeć. Coś za coś. Zresztą będzie wesoło. Jak czytamy tutaj: http://niezalezna.pl/31011-nadciaga-hipoteczne-tsunami czeka nas tsunami, czyli mniej dramatycznie rachunek za radosne kredytowanie kogo popadnie. Chwilówki nie będą nas kosztować majątek tylko chwilę. Kredytobiorcy będą mieli rosnące problemy ze spłatą zobowiązań a będzie tylko ciekawiej. Cóż jak patrzę co się dzieje, ile pieniędzy pójdzie na spłatę imprezy PZPN i propagandy sukcesu aż mi się robi słabo. Cóż, aż się nie chce włączać telewizora, zwłaszcza, że wiem jak bardzo oficjalna wersja wiadomości ma wiele wspólnego z rzeczywistością.

Dlatego coraz mniej chce mi się komentować. Po prostu ręce opadają. Zaś o swoim życiu w realu nie mam ochoty pisać na publicznym forum. To brzmi lepiej niż polityczne newsy, ale po co tu ludziom marudzić. Przebudzenie ze snu, odarcie ze złudzeń boli. Ale skoro widać na horyzoncie lepsze perspektywy nie ma tego złego. Będzie dobrze, bo nie wszędzie jest źle a nie wszystko jest takie na jakie wygląda.

Demografia a absurdy

O tym, że grozi nam zapaść demograficzna wiemy do jakiegoś czasu. Wszystkie, no może w każdym razie, środowiska i lewicowe i prawicowe zgadzają się, że trzeba działać bo będzie źle. Niestety jak to zwykle bywa wiele jest gadania a jak przychodzi co do czego to każdy tylko się przekrzykuje.

Dzisiaj w mojej „ukochanej” radiostacji usłyszałam o jednym z większych absurdów. I o ile na ogół mam pogląd odmienny o 180% od prezentowanych na antenie tego radia tym razem podpisuję się pod tezami tam prezentowanymi. Tak, najlepiej określić sprawę o działaniu jak pies ogrodnika co sam nie weźmie a innym nie da. O co chodzi tym razem? (Cóż absurdów w naszym kraju mamy niemało). O znieczulenie przy porodzie.
Mogę zrozumieć, że takowa usługa nie wchodzi w standard płacony w składkach. Na zasadzie, że nie możemy refundować wszystkiego, koszyk świadczeń ma przecież ograniczenia itd. Zgoda. Ustalmy jakieś bazowe świadczenia i trzymajmy się tego. Ale nie mogę nijak zrozumieć dlaczego skoro znieczulenie nie jest refundowane przez NFZ, nie możemy legalnie dopłacić?  Nie może istnieć normalny, legalny cennik?

Owszem pozostaje opcja wybrania się do prywatnej kliniki. Tam z pewnością problemu nie ma. Ale co jeśli kogoś nie stać na takową placówkę? Dlaczego nie ma opcji by szpitale wykonywały odpłatnie podobne zabiegi? Czemu trzeba robić nie wiadomo jakie obejścia prawa, lub po prostu dać kopertę pod stołem? Czy u nas nie ma opcji by zrobić czegoś normalnie i prosto? Chyba zbyt wiele osób musi na tym zarabiać?

Chociaż jestem osobą o dość konserwatywnych poglądach w sferze obyczajowej pewnych rzeczy nie rozumiem. Nie wiem czemu niektórych konserwatystów tak oburza pomysł znieczulenia na życzenie, czemu kobiety nie mogą same decydować jak rodzić? Do śmiechu doprowadza mnie argument, akurat przeciwko „cesarkom”, że „gdyby kobieta miała rodzić przez cesarkę, to miałaby w brzuchu suwak”. Cóż polecam takim osobom wyrywać zęby u kowala na żywca, albo czekać aż wypadną, nie brać nic na przeziębienie, na ból głowy itd. Bo to przecież nienaturalne. Dla niektórych ból porodowy jest znośny, u innych powoduje traumę. Czemu tak ciężko zrozumieć, że ludzie się różnią, mają różną odporność, są jednostki słabsze i silniejsze?

I jak już jesteśmy przy sprawach demograficznej. W ostatnim „Uważam Rze” Piotr Skwieciński wysunął ciekawą hipotezę czemu młodzi Polacy nie chcą mieć dzieci. Zbytnio upraszczamy mówiąc o konsumpcjonizmie, hedonizmie, modzie na późne macierzyństwo. To co jest może prawdziwe dla bogatych singli z wielkich miast, ich stać na wakacje na Malediwach czy kosztowne hobby, nie ma zastosowania dla ich mniej zamożnych rówieśników. Owszem w modzie są celebrytki po 40stce z nienaganną figurą, silikonowym biustem i „słodkim bobaskiem”. Ale jak to zawsze było: moda modą, ale życie życiem.

 
(http://grafik.rp.pl/grafika2/892771,959084,3.jpg)

Piotr Skwieciński stawia odmienną tezę. Prostszą a zarazem idealnie pasującą i odpowiadającą na wątpliwość: skoro w PRL standard życia był niższy, czemu teraz jest mniej dzieci? Otóż fakt, w PRL nie mieliśmy kokosów. Wszyscy staliśmy na podobnej pozycji. Praca może była kiepsko płatna, może wakacje w Hiszpanii stanowiły nieosiągalne marzenie. Ale praca lepsza gorsza była pewna. Człowiek miał perspektywą bezpiecznego etatu do emerytury. Mieszkanie w bloku z wielkiej płyty: małe, ciasne, ale „własne”. Teraz zaś co: praca tymczasowa, niebotyczne ceny własnego M. Młody człowiek nie ma perspektywy długiego zatrudnienia. „Wielkie pany łekonomy” mówią o konieczności podnoszenia kwalifikacji, większej mobilności i kreatywności, bo „teraz nie przepracuje się w jednym miejscu do emerytury”. No a skoro praca może zniknąć bo „restrukturyzacja” o mieszkaniu nie ma co marzyć, gdzie tu miejsce na dziecko? Kiedyś przynajmniej ludzie wiedzieli, że o ile nie będzie Armagedonu na książki do szkoły i kurtkę na zimę starczy. Teraz nie ma pewności i nie ma stabilizacji. Za to mamy być przedsiębiorczy i kreatywni. Cóż „wielkie pany łekonomy” kreatywnie przejdą z jednego stołka prezesa na drugi. Ale taka kasjerka z hipermarketu, czy pracownik sieciowej kawiarni ma mniejsze możliwości.

W przyrodzie zwierzęta mają młode dopiero jak gniazdko bezpieczne i jedzenie pewne. W świecie ludzi, gdzie oczywiście potrzeby są inne, sprawa wygląda podobnie. Jak nie ma perspektywy stabilizacji, bezpieczeństwa ludzie nie chcą ryzykować. To nie hedonizm, nie wygodnictwo, ale instynkt samozachowawczy. Jedni podejmują ryzyko, bo wbrew wszystkiemu nie chcą ryzykować, bo tak wyszło. Ale drudzy wolą poczekać. I czasem czekają aż jest za późno. Dlatego powtarzam za autorem artykułu: „ustabilizujmy im świat”. Inaczej polityka prorodzinna będzie tylko gadaniem. A rozwiązanie sprawy ze znieczuleniem przy porodzie też może pomóc.