
Wzorem Polski, od poniedziałku, Szwajcaria jest krajem zamkniętym. Zewnętrze granice pozostają zamknięte dla większości, życie publiczne jest w stanie zawieszenia, to znaczy otwarte pozostają jedynie sklepy spożywcze, apteki, stacje benzynowe, przychodnie oraz szpitale. W mojej pracy, ale nie tylko, większość ludzi pracuje w domu, a kto musi z jakiegoś powodu pojechać to ma albo użyć prywatnego samochodu, albo komunikacji miejskiej poza szczytem. Chodzi o to, by niepotrzebnie się nie narażać, ni innych na przykład osób starszych. Jak wygląda życie w Zurychu w czasie zamknięcia? Mniej więcej tak, jak na obrazku.
Znamion paniki czy też histerycznych zakupów nie ma. W sobotę co prawda ludzie się rzucili na makarony i ryże, ale w poniedziałek życie wróciło do normy. Na kasach samoobsługowych pilnowane jest, by ludzie zachowali dystans, czyli większość z nich jest zamknięta. Ale tłumów nie ma, a poza tym z racji zamknięcia szkół wiele osób i tak pracuje z domu i może wyjść do sklepu o dowolnej godzinie. Place zabaw są otwarte, a z racji pięknej pogody wiele osób korzysta z parków. Mieszkam niedaleko skwerku i na owym skwerku wszystkie ławki były zajęte, zaś na ławce niedaleko sklepu młodzież "dezynfekowała się" piwem. I tak w ramach ciekawostki powiem, że w Zurychu, nie wiem jak w innych kantonach, można legalnie wypić piwno na ławeczce czy nad jeziorem, o ile się nie robi burd. Młodzież kulturalna, nie zaczepiała, zresztą gadali po niemiecku więc nie wiem, ale raczej byli zajęci sobą. W każdym razie wiele osób, zdrowych, to grało w szachy na skwerku, to sobie rozmawiało, to wreszcie jadło lunch siedząc na schodach do sklepu. Co mam na myśli? Placyk handlowy znajduje się w naturalnym wgłębieniu i trzeba zejść po schodach, na których ludzie jedli kanapki po osiedlową, przy sklepową knajpkę zamknięto.
W ogóle to zawsze z ciekawością obserwuję innych, co potem opisuję, zaś w Zurychu mogę obserwować Szwajcarów, ponieważ w Toronto Kanadyjczyków było jak na lekarstwo, zwłaszcza centrum to już była Azja. Jedni się tym zachwycali, ja nie. W każdym razie czytałam przed przyjazdem fora dla imigrantów, chcąc zbierać informacje o doświadczeniach innych ludzi z mieszkania w Szwajcarii. Opinie były różne, o Kanadzie i Toronto same pochlebne a przecież nie ma raju, zaś jednym z zarzutów wobec miejscowych było to, że są raczej powściągliwi, nie od razu zapraszają do domu czy nazywają przyjacielem. Z tym dystansem to sporo racji, ale mnie akurat to aż tak nie przeszkadza w końcu trzeba poznać drugą osobę, a z niektórymi się po prostu nie ma ochoty wchodzić w bliższe relacje. W każdym razie mnie ów dystans nie przeszkadza, to że nikt tutaj nie mówi o mnie per "friend" bo wiem, że jeśli ktoś zacznie to naprawdę będzie to miał na myśli. Tak, czy siak w Szwajcarii zakazano ściskania sobie rąk, bo uważane jest tutaj za zwyczajne powitanie formalne lub kogoś, z kim się nie jest przyjacielem. Naród w środku Alp jednak znalazł sposób, więc skoro nie można podawać rąk to na grupie Whatsuppowej mamy memy i video jak można się stuknąć kuflem piwa lub kieliszkiem wina. Podczas piątkowego lunchu dodatkowo, koledzy wysnuli teorię, że zakazano podawania rąk, lecz nie całowania w policzek. Nie drążyłam tematu by pytać jak to zrobić zachowują dystans jednego metra, który należy zachować. Jak widać nie tylko Polak potrafi. Koleżanka - Szwajcarka, C. znana z poprzednich postów, zaczęła mówić, że więcej bakterii jest na rękach niż policzkach, więc to właściwie nie takie głupie. Koledzy pokiwali głowami, ja zaś słuchałam zaciekawiona. C. to w ogóle chcę podziękować, że przekonała mnie by nie kupować, to było w zeszłym tygodniu, biletu do Polski na Wielkanoc. To było na dzień przez zamknięciem polskich granic.
Zauważyłam, że przynajmniej w moim otoczeniu, to cudzoziemcy bardziej panikują niż Szwajcarzy. To E. biega i wszystko odkaża, a skądinąd porządna M. ma na komórce apkę z liczbą chorych i zgonów na świecie. Jak któregoś popołudnia porównywałyśmy liczbę zarażonych w Szwajcarii między apką a stroną swissinfo.ch, siedzący obok miejscowy kolega spojrzał na nas jak na kompletne wariatki, które się nakręcają tylko. Bo żebyśmy coś normalnego w tym necie szukały.
Jestem od poniedziałku na pracy domowej. Przyznam, że brakuje mi mojej grupy w pracy bo generalnie zawsze można coś ciekawego usłyszeć i z kimś pogadać. No i jemy razem lunche, przy czym to ja musiałam dać znak, że chcę jeść z kolegami, ale teraz już o mnie pamiętają i zbierają mnie ze sobą. No, ale bezpieczeństwo to bezpieczeństwo. No i w przerwie mogę zamiast lunchu, jedzonego przez nowym monitorem, iść na spacer. Przyznam, że w pierwszej chwili lekko się przestraszyłam bo to jednak coś nowego no i jestem w obcym kraju, ale niepotrzebnie.
Bardziej powinniśmy bać się skutków gospodarczych podobnego zamknięcia i to chyba nie tylko moje zdanie. Branża turystyczna dostanie w kość, podobnie jak gastronomia, szeroko rozumiane usługi czy firmy zajmujące organizacją różnych imprez. Kto jeszcze ucierpi czas pokaże, ale na pewno to się nie skończy dobrze. I zastanawiam się czy ktoś przypadkiem nie nakręca strachu przez koronawirusem i co chce na tym zyskać.


















