Pokazywanie postów oznaczonych etykietą społeczeństwo. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą społeczeństwo. Pokaż wszystkie posty

Zamknięcie w praktyce: Zurych


Wzorem Polski, od poniedziałku, Szwajcaria jest krajem zamkniętym.  Zewnętrze  granice pozostają zamknięte dla większości, życie publiczne jest w stanie zawieszenia, to znaczy otwarte pozostają jedynie sklepy spożywcze, apteki, stacje benzynowe, przychodnie oraz szpitale. W mojej pracy, ale nie tylko, większość ludzi pracuje w domu, a kto musi z jakiegoś powodu pojechać to ma albo użyć prywatnego samochodu, albo komunikacji miejskiej poza szczytem. Chodzi o to, by niepotrzebnie się nie narażać, ni innych na przykład osób starszych. Jak wygląda życie w Zurychu w czasie zamknięcia? Mniej więcej tak, jak na obrazku. 

Znamion paniki czy też histerycznych zakupów nie ma. W sobotę co prawda ludzie się rzucili na makarony i ryże, ale w poniedziałek życie wróciło do normy.  Na kasach samoobsługowych pilnowane jest, by ludzie zachowali dystans, czyli większość z nich jest zamknięta. Ale tłumów nie ma, a poza tym z racji zamknięcia szkół wiele osób i tak pracuje z domu i może wyjść do sklepu o dowolnej godzinie. Place zabaw są otwarte, a z racji pięknej pogody wiele osób korzysta z parków. Mieszkam niedaleko skwerku i na owym skwerku wszystkie ławki były zajęte, zaś na ławce niedaleko sklepu młodzież "dezynfekowała się" piwem. I tak w ramach ciekawostki powiem, że w Zurychu, nie wiem jak w innych kantonach, można legalnie wypić piwno na ławeczce czy nad jeziorem, o ile się nie robi burd. Młodzież kulturalna, nie zaczepiała, zresztą gadali po niemiecku więc nie wiem, ale raczej byli zajęci sobą. W każdym razie wiele osób, zdrowych, to grało w szachy na skwerku, to sobie rozmawiało, to wreszcie jadło lunch siedząc na schodach do sklepu. Co mam na myśli? Placyk handlowy znajduje się w naturalnym wgłębieniu i trzeba zejść po schodach, na których ludzie jedli kanapki po osiedlową, przy sklepową knajpkę zamknięto. 

W ogóle to zawsze z ciekawością obserwuję innych, co potem opisuję, zaś w Zurychu mogę obserwować Szwajcarów, ponieważ w Toronto Kanadyjczyków było jak na lekarstwo, zwłaszcza centrum to już była Azja. Jedni się tym zachwycali, ja nie. W każdym razie czytałam przed przyjazdem fora dla imigrantów, chcąc zbierać informacje o doświadczeniach innych ludzi z mieszkania w Szwajcarii. Opinie były różne, o Kanadzie i Toronto same pochlebne a przecież nie ma raju, zaś jednym z zarzutów wobec miejscowych było to, że są raczej powściągliwi, nie od razu zapraszają do domu czy nazywają przyjacielem. Z tym dystansem to sporo racji, ale mnie akurat to aż tak nie przeszkadza w końcu trzeba poznać drugą osobę, a z niektórymi się po prostu nie ma ochoty wchodzić w bliższe relacje. W każdym razie mnie ów dystans nie przeszkadza, to że nikt tutaj nie mówi o mnie per "friend" bo wiem, że jeśli ktoś zacznie to naprawdę będzie to miał na myśli. Tak, czy siak w Szwajcarii zakazano ściskania sobie rąk, bo uważane jest tutaj za zwyczajne powitanie formalne lub kogoś, z kim się nie jest przyjacielem. Naród w środku Alp jednak znalazł sposób, więc skoro nie można podawać rąk to na grupie Whatsuppowej mamy memy i video jak można się stuknąć kuflem piwa lub kieliszkiem wina. Podczas piątkowego lunchu dodatkowo, koledzy wysnuli teorię, że zakazano podawania rąk, lecz nie całowania w policzek. Nie drążyłam tematu by pytać jak to zrobić zachowują dystans jednego metra, który należy zachować. Jak widać nie tylko Polak potrafi.  Koleżanka - Szwajcarka, C. znana z poprzednich postów, zaczęła mówić, że więcej bakterii jest na rękach niż policzkach, więc to właściwie nie takie głupie. Koledzy pokiwali głowami, ja zaś słuchałam zaciekawiona. C. to w ogóle chcę podziękować,  że przekonała mnie by nie kupować, to było w zeszłym tygodniu, biletu do Polski na Wielkanoc. To było na dzień przez zamknięciem polskich granic. 

Zauważyłam, że przynajmniej w moim otoczeniu, to cudzoziemcy bardziej panikują niż Szwajcarzy. To E. biega i wszystko odkaża, a skądinąd porządna M. ma na komórce apkę z liczbą chorych i zgonów na świecie. Jak któregoś popołudnia porównywałyśmy liczbę zarażonych w Szwajcarii między apką a stroną swissinfo.ch, siedzący obok miejscowy kolega spojrzał na nas jak na kompletne wariatki, które się nakręcają tylko. Bo żebyśmy coś normalnego w tym necie szukały. 

Jestem od poniedziałku na pracy domowej. Przyznam, że brakuje mi mojej grupy w pracy bo generalnie zawsze można coś ciekawego usłyszeć i z kimś pogadać. No i jemy razem lunche, przy czym to ja musiałam dać znak, że chcę jeść z kolegami, ale teraz już o mnie pamiętają i zbierają mnie ze sobą.  No, ale bezpieczeństwo to bezpieczeństwo. No i w przerwie mogę zamiast lunchu, jedzonego przez nowym monitorem, iść na spacer. Przyznam, że w pierwszej chwili lekko się przestraszyłam bo to jednak coś nowego no i jestem w obcym kraju, ale niepotrzebnie. 

Bardziej powinniśmy bać się skutków gospodarczych podobnego zamknięcia i to chyba nie tylko moje zdanie. Branża turystyczna dostanie w kość, podobnie jak gastronomia, szeroko rozumiane usługi czy firmy zajmujące organizacją różnych imprez. Kto jeszcze ucierpi czas pokaże, ale na pewno to się nie skończy dobrze. I zastanawiam się czy ktoś przypadkiem nie nakręca strachu przez koronawirusem i co chce na tym zyskać.   


Koniec projektu Kanada, początek projektu Szwajcaria

Dawno mnie tutaj nie było, aż wstyd przyznać jak zaniedbałam bloga. W moim życiu od roku 2018 zaszły zmiany, bynajmniej nie na lepsze, przez co musiałam dokonać zmian. Jak sam tytuł wskazuje, zmieniłam Kanadę na Szwajcarię, a dokładnie Toronto na Zurych gdzie mieszkam od jesieni zeszłego roku. Od pewnego czasu zbierałam się na napisanie notki, lecz do porzuconych zadań ciężko wracać. 

Miałam w Kanadzie stały pobyt, mogłam aplikować o obywatelstwo lecz sytuacja rodzinna zmusiła mnie do poważnych przemyśleń. I właściwie dobrze, ponieważ projekt Kanada nie miał prawa się udać. Jak zauważyła ongi Ania, pozdrawiam Cię jeśli to czytasz, że nie lubię kraju w którym mieszkam, podobnie jak nie lubię ludzi z którymi pracuję. To ostatnie nie było całkiem prawdziwe, ale kraju nie lubiłam bo i co tutaj lubić z mojego punktu widzenia: oszalały libertynizm, tęczowy terror multi-kulti i miłość do islamu? Ale ponieważ zasadniczo lubiłam pracę, to nie chciałam zmian, a może się ich bałam? 

Powinnam była odejść dwa lata wcześniej. Potrzebowałam solidnego walnięcia w głowę by pojąć, że nie trafiłam w tak dobre miejsce jak ongi sądziłam. Szef nigdy mnie nie cenił, a moje starania trafiały w czarną dziurę co do mnie z czasem dotarło kiedy przestałam uważać, że muszę się wykazać. Doceniłam też polskich kolegów . Każdy był ode mnie lepszy i dopiero przyjazd kolegi, "man of action", którego za przeproszeniem pierd*** wywoływało owacje, zmusiło mnie do dostrzeżenia prawdy. Północna Ameryka to dobre miejsce na zdobycie doświadczenia, bo takowe zdobyłam, lecz nie na życie. Nie, nie próbuję mówić, że Kanada to okropne miejsce lecz na pewno ja tam nie pasowałam. Toronto to świetne miejsce jak ludzi o lewicowo-liberalnych poglądach, chcących żyć na pograniczu chińsko-indyjskim, chcącym spróbować trawki i chętnych uprawiać seks na pierwszej randce. To dobre miejsce na wakacje, by poznać czym jest Ameryka Północna bez zagrożeń i bandyterki USA. Kanada i USA to dwa odmienne kraje, z Kanadą będącą tym bardziej bezpiecznym i lepszym do życia z tych dwóch. Trzeba jednak wiedzieć, że to nie Europa, że nie ma tam miejscowej kultury i że generalnie nie ma co liczyć na pomoc. 

Toronto to miasto osiedli  jak mawiają, co ma sens bowiem mieszkają tam ludzie z całego świata, zaś jak wiemy w zalewie bodźców każdy szuka czegoś swojskiego. Nic zatem dziwnego, że ludzie tworzą swoje osiedla, jeszcze nie getta, na podstawie tego skąd są, w co wierzą by w tym chaosie znaleźć jakiś sens. Piszę "jeszcze nie getta", bowiem to nie zamknięte jednostki, lecz w Toronto są całe dzielnice gdzie nie mówi się w języku urzędowym, zaś tacy Chińczycy na przykład mają swoje sklepy, urzędy i wszystko tworząc niejako równoległe społeczeństwo. Wysyp meczetów i całe chmary kobiet w chustach otoczone gromadą dzieci stanowią zapowiedź stref no-go, bowiem  dzieci zakutanej kobiety nie zostaną wychowane w poszanowaniu praw religijnej wolności drugiego człowieka, bowiem za nich wybraną totalitarną ideologię udającą religię. Toronto, które przypomina mi społeczność terminala lotniskowego z przypadkowymi ludźmi będącymi w danym miejscu i czasie, nie jest zamknięte na cudzoziemców, nie jest się w oczywisty sposób obcym lecz nie ma jasnych wskazówek dla nowo przybyłych. Zapewne dlatego, że większość ma już swoje "osiedle", swą społeczność która pomaga. Ja mieszkałam daleko od Polonii, do tego przyjechałam na innych zasadach więc nie mieliśmy wspólnych doświadczeń. 

Dlaczego Szwajcaria? Ponieważ musiałam  wracać do Europy, a zarobki w Polsce wciąż pozostawiają wiele do życzenia. Lista europejskich krajów nie najechanych przez Hindusów, Chińczyków i wyznawców "Religi pokoju" nie była długa, a ja chcę żyć w Europie, nie jakiejś Azji. Zatem padło na Szwajcarię, zaś w rozmowie o pracę pierwsze pytanie było "Dlaczego?" po prawie i pięciu i pół latach zostawiam Kanadę, by przyjechać. Powody rodzinne to prawda, zaś niechęć do multi-kulti to drugie. I na razie żałuję, że nie przyjechałam do Szwajcarii wcześniej. Nie mam w sobie tego dzikiego entuzjazmu, wiem, że w Szwajcarii jako kobieta a do tego cudzoziemka wysoko nie podskoczę, lecz złudzeń pozbyłam się w Kanadzie. Być może, jak nauczała koleżanka mamy, najlepszym sposobem na awans jest zmiana pracy? Ja zmieniłam nie tylko pracę, ale też kraj i kontynent. I nie żałuję. 

Nie, nie mam na myśli o wiele wyższych zarobków, chociaż to ważne. To, co najważniejsze to kultura pracy i ludzie. Po paru miesiącach w Zurychu wiem o moich kolegach więcej, niż w Toronto po pięciu latach ponieważ tutaj się w pracy rozmawia i chodzi razem na lunche. W Toronto każdy miał wykorzystać każdą chwilę na pracę, a od rozmów były networking events gdzie należało być przedstawionym bo inaczej było się niewidzialnym i niesłyszalnym. Moi koledzy pytają się jak sobie radzę, czy mi starcza na życie, czy czegoś nie potrzebuję. Zalecali bym zaczęła uprawiać sport, bo siedzę długo przy komputerze, zachęcali do wyjścia. A dla mnie owe zwyczajne w naszej kulturze gesty znaczyły wiele, bowiem w Toronto panowała kultura nie wtrącania się i nigdy nikogo nie obchodziło jak sobie radzę, poza może V. z mojej pracy i V. spoza które pytały jak sobie radzę, po tym jak dotknęła mnie rodzinna tragedia. Nikogo innego to nie obchodziło. I to był ten moment. 

Czy to znaczy, że Kanada to okropny kraj to życia, a Szwajcaria cudowny? Nie, to naprawdę zależy od tego kto czego szuka. Jeśli ktoś szuka powiewu wielkiego świata, szybkiego i nowoczesnego życia, bliskości USA to polecam Toronto. Jeśli lubisz chodzić po klubach, spróbować niedrogo kuchni całego świata, żyć w tyglu kultur i języków, poznawać ludzi z Azji i Afryki, jedź do Toronto. Jeśli masz liberalne poglądy, wierzysz w to, że nie powinno być granic, płeć to kwestia umowna a nowy, zielony ład to przyszłość naprawdę pokochasz Toronto, której jest wyjątkowo kosmopolityczne. Jeśli jednak cenisz tradycję, acz dostrzegasz konieczność zmian, czarowne widoki Alp, chcesz żyć w Europie, w europejskiej kulturze, nie wierzysz w multi-kulti i mieszanie ras, wolisz stare, sprawdzone przez wieki rozwiązania, acz lekko zmodyfikowane, wybierz Szwajcarię. Niektórzy nazywają Szwajcarię zaściankiem, może i tak sama nie wiem, ale mnie na razie odpowiada spokój i czar tego zaścianka. Odżywam. Chodzę po parkach gdzie widzę białe rodziny z białymi dziećmi i wiem, że to czysty i spokojny kraj białego człowieka. Spaceruję po urokliwej starówce, nad jeziorem, a jak zechcę mogę napić dobrego wina siedzą na ławeczce. Tak, w Zurychu można pić alkohol w parku a jak ktoś rozrabia, to zostanie zgarnięty za zakłócanie spokoju. Nie to co Toronto, gdzie wierzono w moc prawa precedensu. No i mogę otworzyć okno na oścież, nareszcie!

Rzecz jasna moje doświadczenie z pracy za granicą nie jest typowe. Jestem osobą z doktoratem i generalnie jeździłam między ośrodkami naukowymi, przez co nigdy nie dotknęła mnie kwestia nostryfikacji dyplomu czy też problemu  z uznaniem wykształcenia, ponieważ skończyłam trzeci etap studiów i publikowałam w uznanych, międzynarodowych czasopismach. Wiele słyszałam, przed wyjazdem z Toronto, jacy to ze Szwajcarów rasiści i nie lubią imigrantów, cóż ja się cieszę że tutaj nie Azja, nie wyglądam na obcego na pierwszy rzut oka, zaś przyjechałam mając pracę i dostałam z miejsca pozwolenie na pobyt (typu B) na pięć lat. A może po prostu już nieco pomieszkałam a granicą i nie oczekuję cudów? Może po prostu zobaczyłam jak opowieści o otwartości i tolerancji nie wytrzymują zderzenia z rzeczywistością? I może wreszcie już przerabianie bycia na końcu łańcucha pokarmowego z racji pochodzenia z Polski? A może po prostu miałam wielkie szczęście tutaj? Albo po prostu, tak naprawdę, nie przepadałam za szeroko rozumianą kulturą w Toronto, przeżywałam w gruncie rzeczy stan chronicznego szoku kulturowego na widok multi-kulti i wszechobecnego dyktatu LGBT?  W Polsce tego nie ma: mimo wszystko mamy głównie kościoły a nie meczety, a co innego czytać o jakimś kraju, że tam jest tak a nie inaczej a co inaczej zobaczyć na własne oczy. Kiedy tak sprawy przemyślałam, to nigdy tak naprawdę nie lubiłam Toronto (chociaż próbowałam głośno przekonać siebie, że jest inaczej) a w Kanadzie lubiłam coś, co było kiedyś a nie teraz: ciężko pracujących, prostych ludzi zaś Toronto było po prostu inne.

Zapewne wszystko po trochu. Cóż nie przyjechałam jako Polak z Polski, lecz ktoś z Kanady, do tego mający fach będący dość powszechnym w Kanadzie przez to mało cenionym, lecz tutaj wciąż poszukiwanym. A może szukanie pracy w Kanadzie, gdzie najczęściej nie było odpowiedzi i niejasne oczekiwania, było jak najlepsza szczepionka?  Wiem jedno: będąc na obczyźnie zawsze będziemy obcy, nie ważne jak dobrze nauczymy się języka. Czasem jednak praca, lub brak takowej lub nędzna płaca, zmusza do wyjazdu. Zawsze ktoś będzie szydzić z naszej znajomości języka i generalnie większość ludzi wcale nie jest otwarta. Nie oczekuję od moich szwajcarskich kolegów byśmy się zaraz przyjaźnili, ponieważ sama nienawidzę tego jak słowo "friend" było nadużywane w Ameryce kiedy tak naprawdę nikogo nie obchodzi co z nami. Oczekuję byśmy się po prostu traktowali przyzwoicie. Jako osoba ceniąca punktualność i nie znosząca spontaniczności powinnam tutaj pasować. A jak nie, to cóż zawsze pozostaje wracać do Polski. Z doświadczeniem z Kanady i Szwajcarii na pewno będę w innej sytuacji niż w roku 2014, a przede wszystkim to ja zmieniłam się pod wieloma względami. Tak czy siak epizod, a może nie epizod, zagraniczny się opłaci. A o tym, co trzeba wiedzieć przed wyjazdem to napiszę innym razem. Ogólnie jednak bynajmniej nie żałuję mojego pobytu w Kanadzie, nie ten czas był cenny pod względem zdobywania doświadczenia życiowego i zawodowego. Dał mi wiele: tak cenne linijki w CV jak i po prostu wiele nauczył, a moje życie i wiedza byłyby uboższe bez tego czasu. 

Zdjęcia w poście są mojego autorstwa. 


I na koniec: komunikacja miejska w Zurychu jest naprawdę bardzo dobra i punktualna, zaś dwie minuty to już spóźnienie! 

Depresjogenne studia i mysie rodziny

Ostatnio znęcam się nad artykułami na fronda.pl, portalu będącego moim zdaniem wodą na młyn dla lewaków. Nie, nie zamieniam się w lewicową feministkę, chociaż jeśli jeszcze więcej poczytam tego portalu zrobię niejeden krok w tym kierunku. Wynika to z nieznośnej dla mnie, zapewne nie tylko dla mnie, przesady.  Dopóki nie poczytałam co bardziej złotych myśli Tomasza Terlikowskiego i innych dochodzę do wniosku, że w określenie katotalib coś jest. Uważam i zawsze uważałam, że dla zdrowia i równowagi życia publicznego niezbędna jest zarówno prawica i lewica, oczywiście nie fanatyzm. Fanatycy, nie ważne z jakiej opcji, zwyczajnie mnie przerażają.  Ktoś kto sądzi, że posiadł monopol na prawdę i słuszność winien budzić strach, ponieważ wyklucza dyskusję i zwykle nie znosi innego zdania. Oponent to lewak/ciemnogród/zło wcielone itd. w zależności od reprezentowanej opcji.

Najnowszy wróg elit i rządzących/Elites and governors newest enemy

Współczesna Polska to przedziwne miejsce pełne kontrastów. Próba ich zrozumienia bywa karkołomna i nie wiem czy możliwa dla kogoś zza granicy. Oto bowiem po raz kolejny zaprzężono wiodące media oraz najemników w randze autorytetów do walki ze społeczeństwem. Tym razem wrogiem numer jeden została rodzina Elbanowskich.

Ma Pan rację, ale….

Mogę powiedzieć „Ma Pa rację, ale…” chociaż się zwykle z Panem nie zgadzam.  Nieraz cisną się na usta ostre słowa, ale w przeciwieństwie do Pana i Pańskich zwolenników nie zejdę do poziomu rynsztoka i wyzywania ludzi od bydła i matołków. Takie słowa mówią wiele o mówiących i mogę rzec, że po prostu ocenia się innych wedle siebie i cóż, nie obrażając bydła bo to pożyteczne zwierzęta, przejdę do kolejnych akapitów mojego tekstu.

Mówi Pan o upartyjnieniu Powstania i że to niedopuszczalne. Zgadzam się całkowicie, że nie należy rozgrywać partyjnie równie tragicznych rocznic. Uważam także, że bez względu na ocenę czy decyzja o wybuchu Powstania Warszawskiego, ofiarom i walczącym należy się szacunek i modlitwa. Młodzi ludzie poszli na rzeź, ale walczyli wierząc w sens walki i walczyli o Polskę. Nie oni podejmowali decyzję i nie oni popełnili błędy w politycznych kalkulacjach. I na ich grobach winniśmy składać kwiaty i zapalić znicze. Nie ważne czy popieramy partię A czy partię B, nie możemy robić hucpy i przepychanek partyjnych.

Możemy różnie oceniać zasadność decyzji o rozpoczęciu otwartej w mieście, zamiast partyzanckiej.  O tym czy należy walczyć otwarcie z kimś kto ma znaczącą przewagę liczebną to temat na inną dyskusję. Nie można jednak uważać, że każda krytyka wydarzeń to zdrada Polski, nie można uważać, że oddać cześć ofiarom ma tylko jedna strona. Czy należy budować na narodowej tragedii politykę? Nie, ale….

Chciałam przypomnieć, że to Pańska strona (zawsze są jakieś strony) zaczęła dzielić ludzi, nazywać bydłem, moherami i zaczęła akcję „zabierz babci dowód”. Tak, tej samej babci co mogła być sanitariuszką, ratującą walczących w 1944. To wy zaczęliście odmawiać prawa do wyrażania swego zdania a kto wie czy nie do życia politycznym oponentom. Dlaczego obawiam się Pan iść na obchody rocznicowe, czyżby kogoś tutaj coś dręczyło i czegoś się obawiał? Pewnie Polaków, bo za okupacji hitlerowskiej niemieckie patrole na ulice były Panu niestraszne.  Może tego, że ludzie o odmiennych niż Pańskie poglądach politycznych mają dość bycia nazywania motłochem, może ma dość, że inny człowiek szumnie używającym tytułu profesora nie może znieść, że poseł Godson jest człowiekiem wierzącym i uważa, że „Polak po szkodzie, a po prawdzie i przed szkodą głupi. Tusku, k...a, zrób coś! Obiecaj ludziom lody albo co” ? Jak mawia przysłowie kto sieje wiatr, ten zbiera burzę  i może ktoś nie ma pod ręką klatki Faradaya? Nie wiem i nie zamierzam zgadywać.

Cóż ja uważam i zawsze uważałam, że niewinni nie mają się czego bać. Najbardziej straszą i gryzą wyrzuty sumienia, ale oczywiście ja niczego nie insynuuje, ale tak sobie rozważam. Bo wbrew pozorom, pomimo prawicowych poglądów potrafię myśleć i jestem wykształcona lepiej niż większość „młodych, wykształconych z wielkich ośrodków” i rzekomo światłych zwolenników moich politycznych oponentów. Podejrzewam też, że zwiedziłam i widziałam więcej świata, ale mniejsza z tym. Jestem ciemnym moherem i moherowy beret będę nosić z dumą. Skoro szacunek dla Ojczyzny, pragnienie by Polska była silna, by przed nikim nie klękała ale była silnym graczem w swojej lidze, skoro uważając, że Polacy są takim samym narodem jak inni a siła tradycji i konserwatywne wartości wyróżniają nas na plus na tle Europy czyli ze mnie mohera, trudno. Są gorsze obelgi, wolę być moherem niż chorągiewką na wietrze, wolę być moherem niż mieszkańcem europejskiego kalifatu. Uważam, że szef MSZ tak dużego kraju jak Polska może coś więcej niż pisanie na Twitterze, a przynajmniej chciałabym aby tak chciał. Ale to inna sprawa. 

Z życzeniami zdrowia (kiepskie zdrowie umożliwiło wyjście na L4 a Auschwitz, czego nie dokonał nawet Chuck Norris)  dla maturzysty nazywanego profesorem Władysława Bartoszewskiego, od :

Erinti (prawicowe bydło i motłoch wedle Pana i Pańskich kolegów z zaprzyjaźnionej partii i środowisk) 
(obrazek z sieci)


http://wiadomosci.gazeta.pl/wiadomosci/1,114883,14362182,Bartoszewski___Zastanawiam_sie__czy_po
_raz_pierwszy.htm
http://wyborcza.pl/politykaekstra/1,133047,14361286,Bartoszewski__upartyjnione_powstanie.html#TRrelSST

Dopisek z 1 sierpnia, godz 18:50. Polecam wejść na fakt.pl i zobaczyć intro. Mnie to bardzo, ale to bardzo zaskoczyło. Interesują mnie Wasze opinie.

Ekonomia rzeczywista

Jak wiedzą stali Goście w ramach podnoszenia ciśnienia słucham tak zwanych fachowców z dziedziny ekonomii w radiu mainstreamu. Uwielbiam słuchać jak to podobno jesteśmy coraz bogatsi, rzecz jasna statystycznie. Statystycznie człowiek i pies mają trzy nogi zaś jeśli jedną rękę mamy w lodzie a drugą we wrzątku statystycznie ciepłota w porządku. Oto wnioski jakie można wysnuć kiedy narzędzia statystyki bywają użyte w niewłaściwy sposób. Tak oto Polacy się bogacą, są coraz zdrowsi i czeka ich długie zdrowe życie zaś po 60tce jest się młodym bogiem. Tyle propaganda sukcesu. A rzeczywistość to zapaść demograficzna, głodujące i niedożywione dzieci oraz rodziny z trudem wiążące koniec z końcem. By mieć własny kąt podpisują cyrograf kredytu mieszkaniowego, bowiem ceny nieruchomości są astronomicznie.

Wczoraj w pociągu rozmawiałam z kobietą wiedzącą o księgowości i planowaniu finansów więcej niż utytułowane tłuste koty z wspomnianej audycji i „wybitni” biznesmeni robiący majątek na okradaniu państwa. To samotna matka mająca miesięczny dochód 1500 zł. Mieszka w starym budynku bez centralnego ogrzewania, ze wspólną ubikacją i ma synka w wieku szkolnym. Musi kupić mu książki, tornister, ogrzać mieszkanie i opłacić rachunki. Musi zapłacić rachunki i zaplanować wydatki na kilka miesięcy naprzód. Daje radę. Nie ma wyboru. Opowiadała, że w zabytkowym budynku nie można nic zrobić więc latem ma w domu piekarnik a zimą lód na kafelkach. Zimą w mieszkaniu temperatura sięga 14 stopni bo nie stać jej na więcej ogrzewania. Fachowce z Bożej (nie)łaski i kukły od prognozy pogody pewnie powiedzą, że zdrowo bo dziecko się nie przegrzewa. O tym, że chłopczyk ma dość i płacze nie wiedzą i mają to gdzieś, bo ważniejsza torebka od Louisa Vittona. 


(http://bi.gazeta.pl/im/1/7002/z7002171Q.jpg)

Takich kobiet i dzieci mamy w Polsce wiele, zbyt wiele. O tym nie mówią spece od ekonomii jedzący obiad za tyle, ile owa matka ma na miesięczne utrzymanie siebie i dziecka. To była normalna, pogodna kobieta. Dostrzegała, że inni mają jeszcze gorzej. Mierzwili ją eksperci i cała reszta mądrali. Kogo nie zezłoszczą? Ja wiem, że jesteśmy coraz bogatsi, możemy pracować w całej Unii i w ogóle żyjemy w złotym wieku. Tak, oglądam telewizję i znam oficjalną wersję. Interesują mnie fakty i prawdziwe życie. Coraz ciężej o pracę a młody człowiek w pracy często jest niewolnikiem. Niewielu szczęściarzy ma stałe zatrudnienie a wśród nich garstka zawdzięcza to własnym umiejętnościom. Aby dorobić się milionów nie trzeba mieć pomysłu, zdolności lecz znajomości. Bez nich nic się nie pocznie.

Jak czytamy w zalinkowanym artykule młodzież i dzieci są najbardziej narażone na biedę. Bieda nie uszlachetnia. Bieda wyniszcza fizycznie i psychicznie, niszczy zdrowie, odbiera szanse wpycha w błędne koło bezsensu. Dzieci i młodzież stanowią przyszłość narodu. Komu zależy na zniszczeniu przyszłości narodu? W Polsce tak zwanym ekspertom i elitom reprezentującym niepolskie interesy. Młodzi wyjeżdżają za pracą na Zachód, tam można znaleźć pracę nie w zawodzie, ale można z tego wyżyć lepiej niż w Polsce. Kto ma szanse na pracę w zawodzie za granicą? Ten co wyjedzie w ramach stypendium, delegacji czy zostanie w inny sposób wysłany przez instytucję. Człowieka z ulicy raczej nie zatrudnią, chyba, że ktoś ma pomysł na biznes i spróbuje się przebić. Tam łatwiej jest zacząć własną działalność i ją utrzymać. Ale młodzi ludzie winni zakładać rodziny i budować lepsze jutro tutaj, nie szukać szczęścia daleko. Ale przecież mamy być nowocześni, europejscy i pozbyć się  ciemnoty konserwatyzmu i iść ku świetlanej przyszłości kalifatu gdzie stosy z niewiernymi będą rozświetlać mroki nocy.

http://wiadomosci.onet.pl/tylko-w-onecie/alarmujace-dane-w-sprawie-biedy-w-polsce,1,5551774,wiadomosc.html

Największym wrogiem kobiety jest druga kobieta


Być młodym człowiekiem na rynku pracy nie jest lekko. Tym bardziej kobiecie, nienawidzę tego określenia, w wieku produkcyjnym. Chyba każda z pracujących pań i dziewczyn, która zaszła w ciążę wie, że łączenie ról pracownika i matki stanowi wyzwanie. Zwłaszcza kiedy ze żłobkami i przedszkolami jest jak jest  a na opiekunkę mało kogo stać. Statystycznie średnia krajowa wysoka, tyle, że konia z rzędem temu kto wskaże kto zarabia aż tyle. Rzeczywista średnia krajowa, czyli zarobki przeciętnego człowieka, wynosi znacznie mniej i często same rachunki zżerają jedną pensję. To jedna sprawa. Druga sprawa to znaczenie bliskości matki dla rozwoju dziecka, zwłaszcza w pierwszym roku życia. O tym jak wówczas kształtuje się więź matki z dzieckiem piszą i mówią pedagodzy, psychologowie. Sprawa jednak uwiera pracodawców, nie wszystkich, których boli jak mają coś zrobić dla człowieka i wszelkich opłacanych przez nich fachofcuff, oderwanych od życia. 

Z wielką irytacją przeczytałam zalinkowany artykuł. To, że wypowiadająca się ekspertka (nie mylić z ekspertem coś tam wiedzącym, od genderowego nie oczekujmy za wiele) miała szczęście nie mieć ciąży zagrożonej i mającą pracę polegającą na siedzeniu w klimatyzowanej salce na szkoleniach, surfowaniu w sieci i rozbijaniu się po kawiarniach ze sponsorami wywodów nie znaczy, że „Zawsze byłam nastawiona tak, że ciąża to nie choroba, że można pracować do ostatniej chwili.” – Szanowna Pani Ekspertka nie każdy może pracować do ostatniej chwili. Dziewczyny ze sklepów wielkopowierzchniowych  ciągnące ciężkie palety z towarami i kasjerki niekoniecznie się z panią zgodzą. Może niech Szanowna Pani Ekspertka  posiedzi za kasą tyle godzin w 9-miesięcu ciąży?  Moje koleżanki pracowały prawie do końca, ale to inna praca. Niech Szanowna Pani Ekspertka w swej intelektualnej światłości i natłoku wielkich zajęć znajdzie czas na refleksję, że nie każda z nas pracuje na uczelni czy parę godzin za biurkiem i nie każda praca może być wykonywana do samego końca. Niech Szanowna Pani Ekspertka w swej wiekopomnej wiedzy zauważy panie pracujące fizycznie i na kolanach zmywające podłogi u innych Szanownych Pań Ekspertek. 


(http://g.gazetaprawna.pl/p/_wspolne/pliki/1382000/1382281-.jpg)

„Po pierwsze, jesteśmy bardziej świadomi niż większość rodziców. Po drugie, ta decyzja nie dotknie nas za bardzo finansowo. A w wielu przypadkach właśnie ekonomiczny aspekt wciąż będzie powodował, że to kobieta będzie siedziała cały rok z dzieckiem” - Szanowna Pani Ekspertko jeśli dzieckiem zajmie się osoba o niższej pensji to właśnie świadomość. Ja wiem, że w polu percepcji Szanownej Pani Ekspertki nie wchodzi zapytanie za co kupić dziecku ubranie na zimę, ale polecam dane na temat odsetka niedożywionych dzieci. I najlepszy kwiatek: „Twarde zmuszenie do podziału urlopu na część tylko dla matki i część tylko dla ojca. Tak, by ojcowie rzeczywiście z tej swojej części korzystali, tzn. jeżeli by się nie zdecydowali, przeznaczona dla nich część urlopu przepadałaby”- Szanowna Pani Ekspertka- liberałka chce twardo zmuszać? Ja może czegoś tam nie wiem, ale liberalizm oznacza wolność. Wolność poprzez zmuszanie do wolności? Dziękuję za szczerość, że ktoś mi wreszcie powiedział prawdę o tak zwanych liberałach! Twardo zmuszać… a co jak matka zarabia na kasie 800 zł zaś ojciec 2000? Mają się zamienić? Czy  Szanowna Pani Ekspertka powie mi jak przeżyć za tyle w Warszawie czy Krakowie? Przez miesiąc Szanowna Pani, nie  dzień. Szanowna Pani Ekspertka wspomina o wysokiej dzietności w Norwegii, a czy Szanowna Pani Ekspertka wie ile tam jest muzułmańskich imigrantów którzy wykończą nas bombą D (demograficzną) i pokonają nas macicami swoich kobiet? „stereotypy związane z tym, że to kobieta powinna opiekować się dzieckiem”- Szanowna Pani Ekspertko jak się składa, że to my, kobiety karminy piersią i to my rodzimy dzieci.  Swoje pretensje proszę nie składać do tęczowej i genderowej aż zęby bolą pełnomocniczki Kozłowskiej-Rajewicz tylko do ewolucji. 

Aż mnie nosi jak owa pani pochyla się nad ciężkim losem pracodawcy w kraju gdzie prawo pracy i prawa pracowników są fikcją. Mam tu na myśli wszelkie korporacje i tym podobne twory, których praw Szanowna Pani Ekspertka broni jak niepodległości. Drobnym i średnim pracodawcom państwo rzuca co rusz kłody pod nogi. To jednak nie obchodzi Szanownej Pani Ekspertki, bo oni nie lobbują równie skutecznie, nie zaproszą Szanownej Pani Ekspertki na spotkanie do kawiarni i nie mają aż takiej siły przebicia. 

http://serwisy.gazetaprawna.pl/praca-i-kariera/artykuly/713158,dluzsze-urlopy-dla-rodzicow-matka-liberalka-nie-chce-znieczulenia.html

Upadek


Jest takie przysłowie, że kto wypina tego wina i jak malujesz na tyłku tarczę strzelniczą nie dziw się, że zostaniesz kopnięty. Jak plujesz na swoich bohaterów nikt cię nie uszanuje bo takich ludzi nikt nie ceni. Jeśli naród traktuje zdrajców, złodziei i sprzedawczyków jak autorytety , „wybitnych” i godnych uznania kiepsko to wróży. Rzecz jasna zdrajcy i szubrawcy byli, są i będą zawsze i wszędzie. Rzecz tkwi w ocenie. Uczestników Targowicy nie czci się jak bohaterów. Na razie przynajmniej.

Co mnie tak zdenerwowało? Fakt, że tak zwana telewizja publiczna emituje niemiecki serial szkalujący bohaterów podziemia walczącego z okupantem w czasie II w.ś. Z  Ludzi którzy narażając życie swoich bliskich robi się antysemitów. Żołnierze AK, walczący pomimo przytłaczającej siły wroga to bohaterowie i w każdym zdrowym, normalnym kraju tam by ich postrzegano i nikt by tego nie kwestionował. Nie przy aplauzie i nie w mediach głównego nurtu. Ale o czym ja mówię? Skoro z bandyckich incydentów jak Jedwabne próbuje się zrobić regułę? Czemu tyle ostrych słów o jeden serial? Bo to nie jakaś zwykła szmira emitowana w kablówce w środku nocy. To antypolski serial emitowany przez tak zwaną publiczną telewizję w porze największej oglądalności.

Nie wiem jak niski trzeba upaść by coś takiego zrobić. Czy w BBC one pojawił by się serial pokazujący Anglików w czasie wojny jako pijaków i kolaborantów? Czy w rosyjskiej telewizji państwowej ktoś by wyemitował niemiecki twór o żołnierzach Armii Czerwonej mordujących, rabujących i gwałcących w czasie wejście do Berlina w 1945 i nazywano by to „lekcją historii”? Czy Amerykanie wyemitowaliby film o obrońcach Perl Harbor jako naćpanych szaleńców? Nie. Tylko rzekomo polska telewizja i rzekomo polscy znawcy i rzekomo polscy eksperci to nam robią. A
potem miszczowie dożynania watah (pardon dyplomacji) zdumieni skąd znowu „polskie obozy śmierci”. Do tego drogi miszczu nie trzeba nawet ośmiu klas które pan posiadasz.

http://www.dziennikbaltycki.pl/artykul/921602,film-nasze-matki-nasi-ojcowie-w-tvp-1-kombatanci-pisza-do,id,t.html?cookie=1
http://niezalezna.pl/42480-dzieci-matki-i-ojcowie

Jesteśmy coraz bogatsi! /We are getting richer and richer!

Dzisiaj rano wszystkich nas zasypało. Padający przez całą noc śnieg przykrył ulice polskich miast miękkim, delikatnym puchem. Lubię zimę i uwielbiam śnieg, ale nie kiedy muszę dojechać gdzieś rano, bo na ulicach klęska. Drogowcy robią co mogą, ale nie sposób pokonać nieustannych, obfitych opadów. Senny bajkowy dzień mógłby wprawić nas w senność, ale słuchanie „fachowców”-prezesów z KWA (Klub Wzajemnej Adoracji) z „ukochanej” i obiektywnej radiostacji mainstreamu podnosi ciśnienie.

„Fachowcy” jak lwy broniły OFE (przymusowego zabrania naszych składek emerytalnych i grania nimi na giełdzie), bo rzadko kiedy z biznesu można dostać kasę z góry, bez względu na efekt końcowy operacji finansowych, bez względu na działania. Dodatkowo twierdzili, że jesteśmy coraz bogatsi i podobno średnio zarabiamy ponad tysiąc euro miesięcznie. No, kto z Was moi goście tyle zarabia, bo ja nie znam takich ludzi (1 euro to 4,154 złotego), nie znam ludzi zarabiających 3 tysiące złotych, ani nawet solidnie ponad 2 tysiące złotych. Przyjaciółka po prawie finansowym na UW oraz ekonomii, specjalizacja bankowość na SGH (rzekomej „kuźni menedżerów), pracowita i znająca dwa języki obce nie zarabia nawet połowy średniej krajowej w korporacji, zaś w kancelariach i na stażach dostałaby góra 180 euro (nie 1800), więc gadki tych panów sprawiają, że mnie nosi.

W tym kraju nikt kto nie ma pleców nie ma szans uczciwie zarobić, dzięki tłustym kotom uchodzącym teraz za „fachowców”, którzy uczepili się stanowisk i nie dopuszczą nikogo. Jesteśmy coraz bogatsi? Nie widzę bogactwa w Polsce, nie widzę rosnących pensji, nie widzę perspektyw dla młodych. Jeśli ktoś skończy studia techniczne, przypadkiem wskoczy w jakąś niszę ma szansę wyjść na swoje. Ale nikt tutaj nie wyśni „American Dream” bo małą firmę wykończą przepisy i utrudnienia, zaś zyski zabiorą  „fachowcy” do OFE, bo dzięki reformom „męża stanu” mają prawne możliwości wsadzania łap do kieszeni ludzi. W tym kraju bogacą się oligarchowie i tak zwani „wybitni biznesmeni”, nawet z „doktoratami” (z wyprzedaży majątku narodowego należy się profesura) , którzy porobili majątki na uwłaszczaniu kraju i rozkradaniu majątku narodowego, na wyprzedawaniu i niszczeniu przemysłu oraz rozwalaniu czego się da. W starciu z osobami pokroju Billa Gatesa nie mieliby żadnych szans.

Polska gospodarka się rozwija i kwitnie? Może jeszcze mamy przemysł? „Fachowcy” boleją z powodu wysokich kosztów pracy, nieszczęśliwi, że muszą płacić (nawet nędzne grosze) pracownikom na umowach śmieciowych, bo przecież najfajniejsze było niewolnictwo, zaś niewolnik zasuwać winien za miskę ryżu i siennik w hali przemysłowej.

 Panowie z KWA dbają o zdrowie i propagują zdrowy styl życia. Panów stań na zdrowe żywienie, na świeże warzywa, owoce oraz siłownię. Przeciętna Polska rodzina kupuje najtańsze rzeczy w dyskontach bo dzięki podatkowemu rabunkowi i „fachowcom” z KWA ledwie im starcza na życie. Więc niech „fachowcy” nie wkurzają ludzi radami, bo oni się bogacą na zwyczajnym okradaniu pracujących rodaków. A jak ktoś tego nie widzi pozostaje tylko współczuć sama nie wiem czego.

Na plecach milionów ludzi z „Solidarności” do władzy poszły cwaniaczki, dzięki którym dwa miliony Polaków uciekło za granicę, tam szukając szans na godne życie. Niech ucieknie jeszcze więcej, nawet jak uciekną wszyscy KWA do niczego nie dojdzie. Młodzi, wykształceni ludzie zakładają rodziny i decydują się na życie daleko stąd, ale przynajmniej spadło bezrobocie i panowie z KWA zaczynają się podniecać procentami i statystykami.  W Warszawie nie ma pieniędzy na wsparcie dużych rodzin, ale mamy za to premie dla urzędników. Bardzo dobrze, głosujemy dalej na partię mającą w swej nazwie słowo „obywatelska” by mieć „fajną Polskę” i być „nowoczesnym” byle tylko nie było ciemnoty. To ja zapraszam na szczaw i mirabelki młodzi, wykształceni z wielkich miast. Macie dyplomy, które znaczą coraz mniej, macie jedynie słuszne poglądy i możecie czuć się częścią „fajnej Polski”. Ale czy spłacicie za to kredyty mieszkaniowe, czy zapewnicie tym byt sobie i rodzinie (przepraszam, rodzina jest passe)?

Aha: hit audycji: fakt, że Warszawę zniszczono w czasie wojny to jej atut, bo się mogła zbudować od nowa. To ja może zburzę „szanownemu panu” bogactwo a pan się zbuduje od nowa, pracując jak my wszyscy?

******ENG*******

Today morning we saw a heavy snow outside windows. Delicate powder cover streets as snow was falling the whole night. As you may know I love snow and winter and hate summer, however getting to work might be problematic. Road services are doing their best but no one can deal with heavy snow. Sleepy, fairy-tale like day almost made me sleep but I wake up immediately hearing “experts”-chairmen from MAB (Mutual Adoration Body), pretending knowing anything in my “beloved” radio station by mainstream. They are better than coffe.

“Experts” believed OPF (open pension funds) will save us all, it is true as obligation of giving them our money will save us from having pension. I understand “experts” point of view as everyone will be happy and satisfied having money just by. Even more interesting was thesis about Poles becoming richer and richer. “Experts” said mean salary here exceeds 1,000 euro (1 euro = 4.154 zloty). I know no one earning more than 3,000 zlotys per month and only few whose income exceed 2,000. Good friend of mine has two faculty: financial law (she graduated from one of the best universities) and economy, banking to be exact (after university called “manager’s forge) . She speaks two foreign languages, she is hardworking and intelligent. Her monthly income is lesser than half of  so called “mean income”. She is working temporal in the corporation, previously she earned circa 180 (not 1,800). So don’t be surprised I cannot stand “experts”.

Who spend some time in Poland know success are for “elite” and friends and family of governors and “elite”. Wisdom, intelligence, education and will to hard work mean nothing, thanks to “experts” actions. They are doing anything to be chairmen and get us much money from every citizens. Are we getting richer and richer? I see no welfare in Poland. I see no growing salaries, I notice no perspectives for young ones.  Alumnus of technical universities, of specific fields are the only one with chance for success. “American Dream” will never become true here. Small company will be destroyed by law regulation, whereas “experts” from OPF will take away profits. Thanks to “statesman” reforms “experts” are allowed to take our money and waste it. Oligarchs are the only one to get rich. So called “exceptional” businessmen even with “PhD” degree (from selling national goods person I am talking about should be professor). They did nothing but destroying industry, selling  national assets and just turning everything into ruins.

“Experts” said Polish economic system is rapidly developing? Do we have any industry left? No, but that is not a problem, but problem lies in “high employment costs” as “experts” are very unhappy with paying salary.  The best thing for them are junk contracts for young ones, not them obviously. Slavery was the best system ever and slave are to be happy with bowl of rice and pallet.

Not only “experts” are seeing happiness everywhere but promote healthy lifestyle. They can afford high quality food, fresh fruits and vegetables and can go gym regularly. Ordinary family can afford the cheapest products from discount shops, they can barely pay all the bills thanks to tax system and “experts”. “Experts” should give advice to no one as they are getting richer and richer just by taking money from hardworking people.  Only blind people don’t see it.

Sly dogs become “very important persons” by using millionth “Solidarity” movements. Thanks to all “experts” and sly dogs two millions of Poles leave this country forever. They were made to leave as here there were no chance for a job and social safety. I am sure “experts” will understand nothing and notice nothing even if another two millions will emigrate.  They will say unemployment rate finally goes down, so we are getting richer and richer and everything is cool. In Polish capital city, Warsaw, there were no money left for helping big families. Instead administration was given extra money. I advice all here to vote for a governing party, having word “civic” in the official name. Poland will be wow and “modern”, without “ignorance” and we will be eating sorrel and mirabelle plums. Yes, I am talking to you: young, educated from biggest cities. Your diplomas mean nothing but your point of view are “the only true and modern” which make you part of Poland wow.  However I doubt being wow and “modern” will enable you repay credits.

Last but not least: one “expert” believed it was good and profitable for Warsaw to be destroyed during WWII. Why? As the city would be built on a modern, new fashion. Maybe I will destroyed welfare of the “venerable men” so he would be able to built something new, just by working as all of us do?

Nie tylko ciemność


Post dedykowany cudownym ludziom, który dobry los postawił na mojej drodze. Zarówno w sensie zawodowym jak i nie tylko. Nie wymienię was tu z imienia nazwiska, ale mam nadzieję, że dobro do was wróci.

Anioły są wokół nas. A może nie anioły, a dobrzy ludzie? A może Bóg nam pomaga i odpowiada na modlitwy poprzez przyjaznych ludzi na naszej drodze? Poprzez dawanie szans, a nasza w tym spraw aby szansę wykorzystać i nie zmarnować. Czasem, kiedy wszystko wydaje się beznadziejne, kiedy sprawy wydają się brać w łeb i wokół ciemność, nagle ktoś wyciąga rękę. Ktoś powie „Będzie dobrze” i oferuje pomoc. Ktoś wskazuje możliwe drogi i mówi „Wytrzymaj jeszcze chwilę. Tylko pięć minut i będzie po wszystkim i po krzyku”. Nie tylko wspiera słowami, co bywa bezcenne w złych dniach, ale czynami, po prostu silnym szarpnięciem wyciągają z dołka, z bagna i pozwalają na nowo spojrzeć na świat.

(https://www22.corecommerce.com/~blissangelic/uploads/image/angel88.gif)

Są złe miejsca. Kiedyś się z tego śmiałam, ale teraz wiem, że to rzeczywistość a nie fikcja. Są złe miejsca, które wysysają z człowieka wszystko co dobre, całą radość życia, chęć do życia i pracy, wysysają zadowolenie, szczęście, zdolność do racjonalnego myślenia. W zamian zostawiają jedynie smutek, zwątpienie, rozpacz i poczucie beznadziejności. Nie widać słońca przez czarną woalkę, świat staje się szary i straszny. Ludzkie twarze wykrzywia grymas nienawiści i wrogości. Zewsząd  słychać nienawistne szepty,  zewsząd słychać kroki wrogów, gotowych wbić nóż w plecy i zatłuc jak ktoś się potknie. Istnieją złe miejsca. Przebywając tam chorujemy na duszy, zaś na samą myśl o nich drżymy.

Żadne miejsce, żaden dom czy pokój nie rodzi się zły. Białe ściany świeżo oddanego budynku są neutralne. To nienawistni, wrogo nastawienie do wszystkiego i wszystkich ludzie zatruwają swoim jadem otoczenie. Ich złość, niczym czarna dziura, zasysa spokój i szczęście otoczenia. Oni przenoszą piekło w którym żyją na innych, chcąc by każdy był równie nieszczęśliwy co oni, nienawidząc wszelkich oznak radości, zadowolenia, przyjaźni. Lodowatym podmuchem swej złości gaszą każdy płomyk dobra i pomyślności w swoim otoczeniu. Każdego muszą zbić w glebę, każdemu  zatruć życie, każdemu odebrać radość, każdego zatruć swoim jadem. Nie ma przed tym obrony, gdyż jad sączony jest powoli, a człowiek nawet nie wie czemu idzie mu coraz gorzej, czemu nic nie ma sensu. Pozostaje jedynie ucieczka, ale gdy nie znikniemy w porę tylko pomoc z zewnątrz, pomoc drugiego człowieka może pomóc, może nas wyrwać z zaklętego kręgu. Przeklętego kręgu szukania w sobie winy za chorobę nienawiści drugiego człowieka. Wielkim triumfem złego miejsca jest to, że chory sam się wini za swoje cierpienie, uważa, że na wszystko zasłużył, bo przecież nic takiego nie może go spotkać bez przyczyny. Co ze mną nie tak? Może jestem zły/głupi/beznadziejny skoro innym wychodzi a mnie nie? Są złe miejsca i toksyczni ludzie. Nie można z nimi walczyć, pozostaje jedynie uciekać.

Na szczęście nie wszystko jest złe. Anioły dają szansę, anioły nas wyciągają i chcemy najlepiej jak zdołamy pokazać, że ich nie zawiedziemy. Będziemy lepszymi pracownikami dzięki pozytywnej motywacji, o czym wiedzą już korporacje, dając ludziom karnety i dbając o to aby pracownik utożsamiał swój interes z interesem firmy. Korporacje dbają o swój interes, zaś Anioły w ludzkiej skórze po prostu wyciągają rękę. A może więcej ludzi, nim nam wmawiają różne toksyczne jednostki i media mainstreamu, nie nosi w sercu nienawiści i widząc przerażone zwierzątko kulące się w kącie zapyta czy może pomóc? Tak się zarabia na lojalność i szacunek, traktując ludzi jak ludzi.  A zło wraca jak bumerang, jak obciążony procentami niespłacony rachunek. Kto krzywdzi każdą napotkaną osobę, w końcu trafi na silniejszego. Kto łamie kręgosłupy w imię swoich chorych racji, kto zatruwa, kto niszczy i wdeptuje w podłogę sam tak skończy na własne życzenie. Wyeliminuje się z życia swego środowiska ,  straci kontakty i zostanie zamieniony osobą mniej konfliktową.

P.S. Obama niestety wygrał wybory. Bardzo dobra wiadomość dla Rosji i Chin, kiepska dla Europy i fatalna dla Polski. Wyobrażam sobie jak dzisiaj chłopaki na Kremlu zabalują, świętując kolejne cztery lata kiedy  wujek Sam będzie miał sztuczną szczękę zamiast zębów i nikt się nie przeciwstawi rosyjskiemu niedźwiedziowi. Chiński smok też może prostować skrzydła, bystrym wzrokiem patrząc co by tu jeszcze chapnąć. Czy USA stracą status światowego mocarstwa?  Nie od razu. Ale czynią ku temu pierwsze milowe kroki.
A jutro napiszę o absurdach z innego poletka niż polskie. Naprawdę padłam ze zdumienia.

Marchewka

Na temat absurdów i utrudnień w działaniu służby zdrowia napisano niezliczoną ilość postów i komentarzy. Ponieważ nie mam ochoty komentować kolejnej politycznej awantury i histerii mainstreamu na hasło „Smoleńsk” i ataku seryjnego samobójcy, przejdę do jakże życiowej sprawy. Wiem, że nigdzie na świecie służba zdrowia nie działa idealnie. Ale oczywistych powodów każdego z nas najbardziej interesuje rodzinne podwórko. Przyznam, że o wielu rzeczach nie wiedziałam.

Złośliwcy mawiają, że Polak zna się na medycynie, ekonomii i paru innych rzeczach. Nie mam nic przeciwko możliwości wyrażania swego zdania przez każdego z nas. Zwłaszcza na naszym małym kawałku sieci, gdzie gospodarujemy wedle swoich zasad i wizji, wyrażając prywatne opinie. Ja w kwestii medycyny. Tak się składa, że ostatnimi czasu z różnych przyczyn i mniejsza jakich, poznałam nieco środowisko lekarzy i sama poszerzyłam swoją wiedzę z zakresu kliniki. Stąd może rosnące rozdrażnienie gadaniem, że diagnozowanie pacjenta to taka prosta sprawa. Cóż łatwo by było jakby klinicysta miał wszystkie dane, ale z tym bywa kiepsko. Niepełny model matematyczny działa słabo, zaś człowiek nie komputer. Brak danych nie wynika z niechęci, ale z trudności. Pacjent nie zawsze umie nazwać pewne objawy chorobowymi, zwłaszcza gdy mówimy o chorobach nie dających wymiernych wyników. Podwyższony poziom cukru we krwi, wysokie ciśnienie krwi czy nadwagę można zmierzyć a i tak przyczyn bywa wiele. A co gdy objaw jest inny? Dużo w trym doświadczenia i intuicji. Stąd też nauczyłam się sporo pokory w ferowaniu wyroków. No, ale miało być o absurdach, takich jak emisji CO2 z gabinetu lekarskiego..

Poznałam utrudnienia NFZ też z drugiej strony. I nie mówię tylko o tym, że lek X jest refundowany w chorobie a, ale nie w b, chociaż obie są podobne. I jak pacjent z b potrzebuje X, to musi płacić nieraz 400 zł za opakowanie, bo fundusz nie refunduje. Usłyszałam od A. o jeszcze lepszym numerze. Otóż lekarz musi zeznać ile tabletek danego specyfiku pacjent potrzebuje miesięcznie. To znaczy jak ktoś bierze jedną tabletkę leku X dziennie, to miesięcznie potrzebuje 30 tabletek, tak średnio. Problem w tym, że w pojedynczym, opakowaniu X jest tylko 20 tabletek. Jak święta naiwna zapytałam czy nie można zapisać dwóch. A. mi wyjaśniła (patrząc jak na kosmitkę, która nie wie na jakim żyje świecie), że nie po przekroczy limit 30 tabletek na miesiąc i NFZ ją ścignie za wyłudzenie. Czyli ma kupić pół opakowania? – zapytałam zdumiona. A. wyjaśniła, że można to załatwić w pewnych aptekach, bo kiedyś też tak było. A ja się cieszyłam, że nie muszę brać niczego na refundację i pilnować by lekarz zmieścił się stemplem w kratki, nie pomylił w ilości tabletek, gramach substancji czynnej i paru innych rzeczach. To już wiem czemu podczas wizyty lekarz połowę czasu spędza na wypisywaniu papierków. My zaś czekamy w kolejce.

A’propos kolejek. Od innej koleżanki, M. dowiedziałam się, że aby dziecko dostało aparat u ortodonty musi chodzić dwa lata i nie wypaść z kolejki. - Ale co jak ma krzywe zęby? – pytam jak święta naiwna. M. odpowiedziała (patrząc znowu na mnie jakbym spadła z choinki), że ma gryźć marchewką na rozejście się zębów i zdać z tego relację ortodoncie ( a ja myślałam, że do lekarza się idzie jak babcine, skądinąd słuszne sposoby nie zdają egzaminu). I jak przez dwa lata będzie chrupać rzeczowe warzywo, to dostanie aparat. Przyznam, że nieomal gruchnęłam śmiechem na podobne słowa. Nie miałam bladego pojęcia, że dziecko musi dwa lata chodzić na wizyty .. Widziałam wielu młodych ludzi z aparatami na zębach (takimi do zdejmowania i takimi na stałe), ale jakoś nie pamiętam by koledzy dwa lata zasuwali na wizyty.  Oczywiście odstawszy swoje w kolejkach, bo Centralnego Rejestru Usług Medycznych jak nie było tak nie ma, podobnie jak wysokich standardów w polskiej polityce. Co ciekawe , wbrew obiegowym opiniom, wielu lekarzy nie miało by nic przeciw podobnego rozwiązaniu. Tak, oszuści i ludzie nieuczciwi są wszędzie i w każdym środowisku.  Ale nie każdy lekarz to łapówkarz i nie każdy ksiądz to pedofil jakby chciały nas przekonać media, które po prostu żyją z pokazywania krwi i patologii. Zaś skrócenie kolejek do specjalistów i większa przejrzystość systemu pomoże wszystkim uczciwym. Oczywiście wyłudzeń i przekrętów nigdy się do końca nie wyeliminuje. Ale można przynajmniej coś zrobić w tym kierunku.
(http://3.s.dziennik.pl/pliki/3081000/3081896-marchewka-marchew-zeby-300-227.jpg)

Rzecz jasna można chodzić prywatnie. Bez długiego stania, bez absurdalnych terminów. Niestety tam nie ma gwarancji, że wszystko pójdzie dobrze i wydane pieniądze przyniosą pozytywny skutek. Przekonałam się na własnej skórze. Trafić na lekarza z intuicją i wyczuciem to prawdziwe szczęście. I nie zawsze pomoże tutaj patrzenie w rankingi czy pytanie znajomych, niestety. Nie mam nic przeciwko prywatnym ośrodkom opieki zdrowotnym, jako alternatywnie dla państwowej służby zdrowia. Niech sobie dwa systemy istnieją. Byle nie było tak, że ludzie czekają rok na rezonans magnetyczny głowy, bo z kontraktu NFZ można prowadzić badania tylko do południa, a potem wchodzą ludzie przychodzący prywatnie. I oni rzecz jasna idą z dnia na dzień, chyba, że się umawiają z piątku na poniedziałek.

Moda

Przeczytałam dzisiaj na Onecie, że prof. Kudrycka, Minister Nauki i Szkolnictwa Wyższego ostrzega przed modnymi kierunkami studiów. „Obecnie można odnotować modę np. na studia z zakresu bezpieczeństwo narodowe lub wewnętrzne. Studenci marzą tam, by pracować w FBI albo być jak postacie z serialu "CSI: Kryminalne zagadki Miami". (…) Istnieje jednak niebezpieczeństwo, że (…) być może pozostanie im praca w roli ochroniarza - mówi w wywiadzie dla Onetu prof. Barbara Kudrycka”*.  Dziwi mnie, że ponoć dorośli ludzie (wszak z dowodem osobisty) naprawdę wierzą w przyszłość rodem z seriali. Chodząc do podstawówki, kiedy po raz pierwszy obejrzałam serial „JAG. Wojskowe biuro śledcze”, marzyłam aby zostać współpracowniczką przystojnego Harmona Rabba i nosić elegancki mundur. Ale podobne plany snułam w szóstej klasie podstawówki, nie zaś w okolicy matury. Wówczas powinno się jednak bardziej realnie oceniać szanse.

(http://m.ocdn.eu/_m/cb699a53cea797da82bae51c417dcb5d,37,1.jpg)
Modne kierunki to żadna nowość. Całkiem niedawno mieliśmy szał na europeistykę oraz stosunki międzynarodowe. Wówczas co po niektórzy wierzyli, że czekają na nich unijne stanowiska w Brukseli, albo znakomita kariera w dyplomacji. Błąd. Tam stołki dawno zostały zajęte przez krewnych i znajomych aktualnego królika i znajomość języków nie ma nic do rzeczy. Podobnie jak wszelaka inna wiedza, chociaż z pewnością istnieją chlubne wyjątki, stanowiące skądinąd rzadkość w republice bananowej postkolonialnej. Przez pewien czas ostatni krzyk mody stanowiła historia sztuki, chociaż liczba muzeów i zapotrzebowanie na kustoszy jest ograniczone i skończyło się szybciej niż zapotrzebowanie na menedżerów po studiach ekonomicznych. Rynek uległ wysyceniu. Zanim szłam na studia podobne sygnały się przebijały, chociaż nie z ust ministra. Nie wówczas mówiono wiele o „kuźni menedżerów”. A co dzisiaj spotkało tych ludzi? Z powodzeniem mogą się nazwać oszukanym pokoleniem, któremu naobiecywano wiele, a wyszło jak zawsze. Czy zostali menedżerami, czy małymi trybikami w wielkiej korporacji, zatrudnionymi na umowę czasową z pensją na waciki i perspektywą wyrzucenia z pracy gdy się znajdą młodsi? Pytanie retoryczne, czyż nie?

Dobrze, że pani Minister ostrzega przed modnymi kierunkami. Przed blisko dziesięciu laty podobne głosy były, ale nie z rak wysokiego szczebla. Ale jeśli powstrzyma dzięki temu ludzi przed złym wyborem to dobrze. Nie wiem ile osób wysłucha słów pani Barbary. Ale dobrze, że ktoś mówi oficjalnie co i jak. Szkoda tylko, że przy okazji modnych kierunków nie padło słowo o psychologii, która wciąż jest oblegana pomimo kiepskich perspektyw na rynku pracy. Ale lepsze zamiast narzekać, powinnam dostrzegać pozytywne strony. Jak kierunki zamawiane, które stanowią jakąś wskazówkę, rodzaj barometru rynku pracy i jego zapotrzebowań. Uczelnia wyższa nie ma kształcić pracownika w sensie technicznym, ale uczyć się uczyć i zdobywać informacje. Nie ma też kształcić pracodawców (jak sugerował „fachofiec” z „ukochanej” radiostacji), bo nie każdy może być dyrektorem i nie wszystko może zrobić firma jednoosobowa. Badania z dziedziny biologii, medycyny czy nowych technologii mogą być prowadzone tylko przez duże ośrodki i współpracę zespołów z takich ośrodków. Ale co ja wymagam od „jaśnie pana prezesa” będącego krewnym i znajomym odpowiedniego królika?

Zgadzam się także z planami ministerstwa by wprowadzić odpłatność za drugi kierunek studiów. Niech mnie teraz studenci skrzyczą, ale sądzę, że należy porządnie przyłożyć się do jednego, nie zaś rozdzielać na dwa czy trzy. Doceniam chęci poszerzania horyzontów, ale można przecież mając jeden dyplom iść do pracy i studiować zaocznie. To też dla ludzi. Mam też cichą nadzieję, chociaż nadzieja matką głupich, że doczekamy końca pędu ku scholaryzacji społeczeństwa, co (ależ zaskoczenie!) sprawia, że dyplomy znaczą coraz mniej, zaś poziom studiów leci na łeb na szyję. Czytałam wiele skarg studentów na wykładowców. Ale wy drodzy studenci też nie jesteście bez winy. To zazwyczaj działa w dwie strony. Widząc znudzonych, chcących odbębnić zajęcia i mieć wpis żaków naprawdę odechciewa się uczenia. Wykładowca czy ćwiczeniowiec też człowiek i może mieć gorszy dzień, podobnie jak student. No, ale na ten temat może kiedyś napiszę posta. Z własnych doświadczeń, pokazując wady obu stron. 

Lecim w kulki


Lecim w kulki, lecim w kulki,
oto hymn jest nasz,
lecim w kulki, lecim w kulki,
tralalalala,
lecim w kulki, lecim w kulki
I patrzym w sondaże,
lecim w kulki, lecim w kulki,
Zaraz się przerażę, 
lecim w kulki, lecim w kulki
jestem przeuroczy, 
lecim w kulki, lecim w kulki
pisor więcej nie podskoczy 
lecim w kulki, lecim w kulki, 
wielki gest dziś mam, 
lecim w kulki, lecim w kulki, 
na in vitro dam,
lecim w kulki, lecim w kulki, 
bańki skądś skombinuję, 
lecim w kulki, lecim w kulki,
zarodków żałuję,  
lecim w kulki, lecim w kulki,
śpiewać kończyć czas,
lecim w kulki, lecim w kulki,
słodko żegnam was! 

Po pierwsze dziękuję za ciepłe słowa pod poprzednim postem. W kraju miałabym może możliwość pracy w zawodzie, ale za mało atrakcyjną pensję i z koniecznością użerania się. Za granicą sprawa wygląda inaczej. Zaczynam się już rozglądać za zatrudnieniem i uzupełnianiem CV. Jeśli będzie możliwość zastania za granicą, nie widzę sensu powrotu. Ale dość tej dygresji. O czym to ja pisałam? O zajmowaniu się chwytliwymi tematami?

Premier Tusk, chcąc dać prztyczka w nos frakcji konserwatywnej w PO, która ostatnio głosowała za pomysłem Solidarnej Polski, wymyślił refundację zabiegów in vitro? Czy to odpowiedź na ostatnie sondaże, gdzie PiS, ku przerażeniu elit, wyraźnie awansował i zagraża partii rządzącej? Czy wracamy do polityki kochania i obiecywania wszystkim wszystkiego? Czy naprawdę nie ma nic innej propozycji dla kolejnych debat PiS? Debaty są zawsze cenne i wywołują dyskusję. Czyżby brak merytorycznej alternatywy i stąd brak odpowiedzi ?  

Refundujmy in vitro. Podobne bzdury podnoszą mi ciśnienie lepiej niż espresso. Rozumiem, że niepłodność to problem wielu par. Jestem w stanie pojąć, że ludzie bezskutecznie starający się o dziecko cierpią. Ale, brutalnie mówiąc, nie oni jedni. Biedne dzieci, jedzące gorsze obiady na stołówce też. Dzieci w domach dziecka też. Co ma piernik do wiatraka? Ano to, że z wiatraka można mieć mąkę na ten piernik, ale nie w tym rzecz. Nie ma na świecie państwa zdolnego pomóc wszystkim potrzebującym. Dla kogoś nie starczy, ktoś nie dostanie wsparcia z budżetu. Kto? Trudno decydować. Ale uważam, że ważniejsze aby pomóc pacjentom Centrum Zdrowia Dziecka, rodzinom zastępczym (ale tym dobrym, nie takim jak mordercy z Pucka) niż refundować in vitro. To drogi zabieg, wiem. Ale ratowanie życia i zdrowia winno być priorytetem. Są ludzie bardziej potrzebujący niż przymierzający się do in vitro. Mówiąc brutalnie: bez leków na nowotwory można umrzeć, bez in vitro raczej nie. Słyszałam jak jakiś lekarz mówił, że ludzie muszę brać kredyt na taki zabieg. Trudno, czasem się trzeba zapożyczyć. Nie można z każdym problemem lecieć do budżetu państwa. W domach dziecka jest wiele dzieci oczekujących na miłość i rodzinę. Ktoś powie, że młoda, że nie rozumiem. Niech więc mi wyjaśni dlaczego nie można pokochać adoptowanego dziecka? W czym ono jest gorsze? Rodzicami są ci, którzy wychowują a nie tylko spłodzą.  

Kiedy poprę refundację in vitro? Kiedy zostaną rozwiązane wszystkie problemy służby zdrowia związane z finansowaniem leczenia, zabiegami, kolejkami do specjalisty. Są ważniejsze potrzeby niż zapłodnienie in vitro. Najpierw trzeba zadbać o zapewnienie dóbr podstawowych. Nas nie stać na podobne wydatki. 

A przy okazji Prawica RP i inne partie opozycji, jakby na zamówienie, zaczną się gardłować o „ochronę życia dzieci poczętych” zakrywając niewygodne dla rządu tematy. Nie, pomysł, populizm najczystszej wody, trzeba krytykować jako szkodliwy populizm, rozgrywkę partyjną, nie zaś mordowanie kogokolwiek czy moje ulubione hasełko „holocaust  nienarodzonych”, durniejszego określenie długo nie usłyszę. 

Ale po co mówić o tym, że nie wiadomo co Premier robi na szczycie UE, o czym rozmawiał z Davidem Cameronem (jakby to nie frau Merkel rozdawała karty), najważniejsze by chronić dzieci poczęte.  Po co mówić o kolejnych ekshumacjach i zdjęciach ze Smoleńska, które mają Amerykanie, najważniejsze by chronić dzieci poczęte. Po co mówić o dyskusji nad budżetem Unii, najważniejsze by chronić dzieci poczęte. Po co mówić o budżecie na rok 2013, najważniejsze by chronić dzieci poczęte. Po co mówić o nadchodzących podwyżkach za prąd, najważniejsze by chronić dzieci poczęte. Po co próbować rozwiązywać problemy służby zdrowia , najważniejsze by chronić dzieci poczęte. Co tam zadłużone szpitale, najważniejsze by chronić dzieci poczęte. Co tam limity NFZ utrudniające życie lekarzom i pacjentom, najważniejsze by chronić dzieci poczęte. Co tam niskie standardy edukacji , najważniejsze by chronić dzieci poczęte. Co tam… niech każdy coś dopisze w komentarzu. Jak trzeba zrobić wyskok Marek Jurek nie zawiedzie (o czym donosi wpolityce.pl).  Lećmy wszyscy w kulki i pamiętajmy… Co się tak czepiłam ochrony życia poczętych dzieci? Bo to słowo wytrych, bo najgłośniej krzyczący krzyczą, a nie pomagają rodzinom czy samotnym kobietom w tragicznej sytuacji. Bo rzucają kamieniami  i mówią o metafizyce. Bo zagłuszają problemy, ważne dla społeczeństwa. Opozycja winna patrzeć władzy na ręce, a nie krzyczeć . 

Rozumiem emigrantów i chętnie do nich dołączę

Zawsze lubiłam podróże i wyjazdy za granicę. Zwyczajnie  w świecie od dziecka interesowało mnie jak wygląda życie i jakie są sklepy po drugiej stronie. Pewnie dlatego nigdy nie zrozumiem podejścia, że ktoś mieszka przy granicy i nigdy nie pokusi by zerknąć co tam u sąsiadów zza miedzy.  Rzecz jasna miałam świadomość, że nigdzie życie nie jest usłane różami i nigdzie dolary czy funty nie leżą na ulicy. Mam w rodzinie osoby, które wyjechały, z różnych powodów, na stałe do Wielkiej Brytanii i nie miały lekko. Bo nie znając języka, nie mając nostryfikacji dyplomu, nie będąc wysłanym z ramienia jakiejś instytucji, tudzież z jej polecenia o pracy w zawodzie można zapomnieć. Pozostaje nielekkie, fizyczne zajęcia w jakiejś fabryce czy sklepie. Ale… Właśnie co mnie uderzyło, że tam ludzie za wynagrodzenie robotnika mogą spokojnie wyżyć.

 Czy u nas pani pracująca na kasie w dużym sklepie i pan będący magazynierem mają szansę wyżywić rodzinę? Pytam na serio, bez ironii? Zatrudnieni przez  „jaśnie panów prezesów” z „ukochanej” radiostacji,  wielkich „fachofcuf” nie pojmującym, że inaczej zarządza się szpitalem, spółką kolejową a inaczej warzywniakiem? Nie mam nic do warzywniaków, ale jednak czym innym rachunek kosztów i strat gdy chodzi o marchewkę, a inaczej gdy chodzi o ludzkie zdrowie i życie. Ale „panowie” nie widzą, że to nie takie proste i leczenia chorych na nowotwory nie można równie łatwo przeliczyć na zysk, co sprzedaży jabłek. Zasadniczo drogie kuracje są w pioruna nieopłacalne więc??? No, ale kończąc z dygresją czy to w Wielkiej Brytanii czy w Stanach za wynagrodzenie pracy najmniej prestiżowej można wyżyć. Człowiek nie liczy do pierwszego czy jest co włożyć do garnka, czy  kupić dziecko wędlinę na śniadanie czy coś na obiad? Parchy i burżuje wędlin się zachciało! Z czego mają żyć ekspedientki butików zarabiające śmieszne pieniądze, za przeproszeniem na waciki? Ja wcale się nie dziwię, że młodzi wyjeżdżają za granicę lub idą po zasiłki.

Polacy ciężko pracują, wbrew temu  co mówią „jaśnie pany prezesy, spece wiedzy wszelakiej”. Dziwnym trafem gdzie indziej są w stanie mieć i wyniki i wydajność. A tylko nie u nas. Dlaczego młodzi wolą zakładać rodziny w Anglii? Bo tam są lepsze warunki? W USA, jak pamiętam z mojej wizyty i pracy studenckiej w 2005, wyjazd do pracy do innego miasta nie był strasznym problemem. Czemu? Bo z pensji ludzie mogli żyć i wynająć lokum. I dlatego „jaśnie panowie prezesi” Polacy są mało mobilni. Proponuję porównać koszty wynajmu z pensją młodego człowieka. I rachunek wyjdzie.  „Jak żyć Panie Premierze?”.

Ale nie tylko w pieniądzach rzecz. Tak porąbanego życia społeczno-politycznego  jak w Polsce to tylko w republice bananowej szukać.  Taki Richard Nixon padł po aferze „Watergate” ? A u nas? Hazardowa, Amber Gold i co najwyżej oskarżą dziennikarza co zrobił prowokację.  Przekręty są wszędzie, ale w Stanach jak kogoś złapią to jest coś takiego jak odpowiedzialność. U nas mamy święte krowy. Czy gdzie indziej szef MSZ może  protestować TYLKO  na Twitterze i mówić Niemcom co robić? Nie, a u nas go chwalą? Czy minister finansów zaprzeczający recesji a potem w wywiadzie dla zagranicznego pisma mówiący co innego byłby wiarygodny? Czy „jaśnie panie prezesy” nie rozumieją czegoś o czym mówią ekonomiści z za granicy, że aby wyjść z  recesji trzeba napędzać konsumpcję i nie chłodzić gospodarki? A jak się zabierze mającym najmniej, czyli większości społeczeństwa, to co? Czy ktoś wierzy, że wszelkiej dochtóry biznesu naprawdę płacą podatki 40% i nikt nie ma kont na Kajmanach, czy innym raju podatkowym? Czy gdzieś indziej jest równie kretyński pęd na dyplomy, bo jakiś mądry z Bożej (nie)łaski, wykombinował podniesienie współczynnika scholaryzacji? Co to daje? Dramatyczne obniżenie poziomu nauczania wyższego, bo masówka i jakość rzadko idą w parze, co wie każdy przeciętnie bystry? „Wyższe szkoły zdrowia i szczęścia wszelakiego” jak mawia Liv, wypuszczają armię bezrobotnych, którzy uwierzyli w magiczną moc mgr przez nazwiskiem. Tych młodych ludzi oszukano bo ten papier to mogą użyć do podtarcia… sami wiecie czego. No ale iść do szkoły zawodowej czy technikum nie honor… A hydraulicy i budowlańcy dawno pojechali daleko za Odrę. Mądre chłopaki.

Co ma w perspektywie młody człowiek po studiach? Jak nie pojedzie za granicę, to zasuwanie za psi pieniądz na „jaśnie pana prezesa” wielkiej firmy i całowanie po rękach, że ma pracę. A o składkach emerytalnych niech zapomni. Jeśli założy swoją firmę, państwo zadba by mu ziemia lekką nie była i zarzuci podatkami i innymi takimi, które wielcy gracze nie płacą. Może wreszcie dyplom schować do kieszeni, wyjechać stąd w diabły i szukać na przysłowiowym londyńskim zmywaku. Tam założy rodzinę, będzie miał dzieci i może bez prestiżu, ale jakoś pociągnie, coś odłoży i może razem z rodzicami kupią małe mieszkanko.

A ja? Zamierzam skończyć pewien etap, na którego finiszu jestem, przy pierwszej okazji wyjechać na staż za granicę i nie wracać przez najbliższe lata. O ile da radę. Tylko dlatego jeszcze nie pojechałam za przysłowiowy zmywak, że za dużo zainwestowałam w kończony etap, by poddać się przed metą. Ale mam dość. Mam dość użerania się z nieodkrytymi talentami, jedynymi prawdziwymi geniuszami. Mam dość udowadniania, że nie jestem wielbłądem i że nie ma sensu wyważać otwartych drzwi, bezsensownej pracy po nocach,  dla dobrego samopoczucia pana X. Mam dość tłumaczenia starszym i ponoć (z silnym naciskiem na tryb przypuszczający) mądrzejszym, że bez pewnych rzeczy się dalej nie ruszy. Jak ktoś nie rozumie, że określone stanowiska oznaczają określone powinności z których się jest rozliczanym nie wyjaśnię. Bo ktoś jest ponad to i obraża się na świat. Mam wreszcie dość durnej debaty publicznej, gdzie gdy wielkie szpitale mają problem, dług publiczny rośnie (chociaż minister kazał zdjąć licznik), z infrastrukturą problem,  na stadionie na 2 miliardy złotych nie można rozegrać dachu, zdjęcia ofiar największej katastrofy ostatnich lat i w tym Prezydenta RP, krążą po sieci co robi jedna z partii opozycji ? Pier**** o aborcji i „prawie do życia dla chorych, nienarodzonych dzieci” i „eugenice”.  Nikt nikogo nie nakazuje mordować więc może czas się zająć realnymi  problemami? I coś na koniec. Taka drobnostka, gdzie indziej małe wspólnoty się organizują. Ludzie mają, często, ciekawsze zajęcia niż gapienie się jak kto wygląda i ile ma kilo. I co, że pięć czy dziesięć kilo za dużo i obcisłe spodnie? To nie Twoje spodnie, więc czego się czepiasz? A nie „jak można się tam ubrać, będąc tak grubym?”.  A w pociągu można z ludźmi pogadać, bo tam nie wszystko jaśnie państwo, czytające co ma myśleć (oczywiście w Polsce też nie wszyscy tacy).

Łyżka miodu i beczka dziegciu

Panie i Panowie,

Ja, jako obywatelka,  w wieku produkcyjnym, nowy gracz na rynku pracy proszę was Panowie i Panie posłowie  nie pomagajcie mi. Nie próbujcie ozusować  wszystkich umów cywilno-prawnych, ale zainwestujmy  w przestrzeganie istniejącego prawa. I karzmy poprzez podanie informacji w mediach o nieuczciwych pracodawcach, łamiących prawo pracy i wykorzystujących pracowników. Nie uszczęśliwiajcie mnie na siłę. Mam mieszane uczucia w sprawie „umów śmieciowych”, ale nie wiem czy pomysłu rządu nie zaszkodzą bardziej młodym ludziom. Czy nie zepchną nas do szarej sfery i pracy bez żadnej umowy. Widmo emerytury zaczyna straszyć, ale nawet nie śmiem marzyć o likwidacji obowiązku przynależności do OFE. Nie mówię by likwidować OFE, ale niech ludzie mają możliwość decydowania czy im taka forma oszczędzania na emeryturę odpowiada. Ja na przykład wolę odkładać w sztabkach złota. Dlaczego  nie mam prawda wyboru?

Jeszcze bardziej proszę o nie wydłużanie urlopu macierzyńskiego. Już dzisiaj młoda kobieta, potencjalnie matka, bywa traktowana jako zło konieczne i potencjalna oszustka. Czy słusznie to inna sprawa, ale nie utrudniajcie mi sytuacji. Dłuższe urlopy macierzyńskie to jeszcze większa niechęć pracodawców do zatrudniania kobiet. I  częściowo mająca swoje uzasadnienie. Ja rozumiem, że dostrzegacie konieczność zmian w polityce prorodzinnej. Ale może jakieś ulgi, czy coś dla pracodawcy organizującego przyzakładowy żłobek i przedszkole? Mama, która się nie martwi o dziecko to lepszy pracownik. A dodatkowo oszczędność na dojazdach gdy dziecko jedzie w to samo miejsce. Więcej żłobków i przedszkoli, obniżenie ich kosztów na pewno nie rozwiąże wszystkich problemów demografii, ale nie zaszkodzi. 

Skromna obywatelka z dużego miasta, Erinti

(http://g.gazetaprawna.pl/p/_wspolne/pliki/1043000/1043503-mid-12a15014-657-323.jpg)

Nieczęsto przychodzi mi chwalenie Premiera Tuska, ale dzisiaj  uczciwie mam za co. Chodzi o wypowiedź  „Wolałbym być wybitnym spawaczem, niż wiecznie bezrobotnym politologiem”. Sama powtarzam to samo od bardzo dawna. Pęd ku podwyższeniu współczynnika scholaryzacji zabija szkolnictwo wyższe w Polsce. Nie dlatego, że chcę komuś zabraniać studiowania. Po prostu nie każdy się na studia nadaje (Niektórzy nie lubią się uczyć. I co z tego? Nic, nie są przez to gorsi), inni wolą mieć szybko konkretną pracę a jeszcze inni kochają składać autobusy. Nienawidzę równania do średniej i równania ludzi do szablonu. Czy to w kwestii sylwetki czy wykształcenia.  Wmawiając młodym osobom, że tylko po studiach znajdą świetną pracę czyni się im krzywdę. Po pierwsze nabija głowę nierealnymi wyobrażeniami i perspektywami, po drugie opóźnia wejście na rynek pracy, po trzecie buduje niepotrzebne kompleksy u osób po szkole zawodowej, po czwarte wydłuża okres bycia na utrzymaniu rodziców.

Są ludzie marzący by się uczyć całe życie, dla nich kariera naukowca. Są ludzie szczególnie czymś zainteresowani, są ludzie z powołaniem do zawodu (na przykład weterynarza). I bardzo dobrze, ale iść na studia by mieć „papier” szkodzi wszystkim. Uczelniom, bo masówka nigdy nie idzie w parze z jakością, wreszcie tym młodym osobom, które czeka bolesne starcie z rzeczywistością. Dlatego podobają mi się słowa Donalda Tuska: "Byłem sprzedawcą pieczywa, robotnikiem fizycznym, wykładowcą na uczelni, nauczycielem i muszę powiedzieć, że żaden zawód nie hańbi. Praca jest lepsza niż bezrobocie - praca w dowolnym zawodzie. Gdybym musiał wybierać, to wolałbym być wybitnym spawaczem, dobrze zarabiającym niż wiecznie bezrobotnym politologiem" i wreszcie "Zrobimy radykalną rewizję środków, a to są setki milionów, żeby nie powiedzieć miliardów złotych, które idą na różnego typu szkolenia, doskonalenia zawodowe etc., są to także środki europejskie. Chcielibyśmy ukrócić, czy ograniczyć ten gigantyczny strumień pieniędzy, który idzie na szkolenia, z których nic nie wynika". To zdroworozsądkowe podejście i warto by je promować. I chociaż Premier Tusk jest z partii z całkowicie nie mojej bajki cieszę się, że czasem mamy zbieżne poglądy.

http://serwisy.gazetaprawna.pl/praca-i-kariera/artykuly/654601,tusk_wolalbym_byc_wybitnym_spawaczem_niz_wiecznie
_bezrobotnym_politologiem.html?utm_source=link&utm_medium=referral&utm_campaign=nastepny-artykul

http://serwisy.gazetaprawna.pl/praca-i-kariera/artykuly/654524,kosiniak_kamysz_urlop_macierzynski_od_6_do_12_
miesiecy_wynagrodzenie_od_80_do_100_proc.html
Kiedy rozum śpi, budzą się demony, kiedy rozum śpi dzieje się źle. Kiedy rozum śpi ludzie nie myślą racjonalnie. Najgorzej gdy czynią ludzie podobno rozsądni, dorośli i zdrowi na umyśle. Dzisiaj rozum spał w Sejmie, skoro przeszedł do dalszych obrad projekt SP, zaostrzającą ustawę aborcyjną. „Daliśmy niepełnosprawnym i chorym dzieciom prawo do życia”- grzmią prolifowcy jak zwykle naginając fakty, jak zwykle mówiąc wielkimi hasłami, za którymi nic nie idzie. Nikt nie nakazuje aborcji po tym, jak USG genetyczne wskazuje na uszkodzenie płodu. To dramat, ale należy dramat uszanować i nie wsadzać świętego nochala w cudze życiu.  Cóż, nijak nie pomagają rodzicom chorych i cierpiących dzieci, bo przecież trzeba bronić płodów by wyjść na świętszego od papieża. Bo pomoc żywym wymaga trudu i wysiłku, zaś obrona płodów nic nie wymaga. Kiedy rozum śpi budzą się demony i można tylko mieć nadzieję, że kiedyś zasną. Ciekawa jestem czy wszyscy święci, wycierający sobie usta „prawem do życia” (jakoś nikt nikogo w świetle prawa nie morduje) słyszeli kiedyś o zespole Edwardsa,  zespole Patau,  Epidermolysis Bullos , gdzie dotyk powoduje ból.  Czy zastanawiają się co się stanie z dziećmi niezdolnymi do samodzielnego życia gdy rodzice umrą? Nie myślą i mało ich to obchodzi, po broni się „dzieci nienarodzonych”, a żywi niech się martwią o siebie.


Kiedy rozum śpi, ludzie sami sprowadzają sobie na głowę problemy. W „Polsat News” słyszałam o kobiecie, która jadąc komunikacją miejską zgubiła 450 tys. złotych za sprzedaż nieruchomości. Poszkodowana nie wie czy zgubiła majątek, czy została okradziona. A ja nie pojmę jak jadąc z taką sumą nie bierze się taksówki i pilnuje gotówki jak oka w głowie. Nawet zwykłej torebki człowiek pilnuje, a nie zostawia idąc do toalety. Ale nie muszę wszystkiego rozumieć.  A najmniej czemu ludzie  zachowują się równie bezsensownie.

Ale czasem  zdolność racjonalnego myślenia zasypia bez niczyjej winy i woli.  10 października to dzień zdrowia psychicznego, zwany czasem „dniem świra”. To ważne, zwłaszcza, że w szalonym tempie życia coraz więcej osób zacznie cierpieć z powodu zaburzeń, które nie są widoczne na pierwszy rzut oka. W popkulturze osoba chora psychicznie to niebezpieczny zabójca z siekierą, zabijającą na polecenie zielonych chmurek. Rzeczywistość wygląda całkiem inaczej. Ludzie cierpiący na  depresję, chorobę dwubiegunową czy schizofrenię są najbardziej niebezpieczni dla samych siebie. Owszem bywają agresywni, nie potrafią kontrolować swoich poczynań, ale bardzo często kierują złość na siebie poprzez okaleczania, próby samobójcze, wycofanie społeczne, niezaradność i wiele, wiele innych.

(http://www.depressionhelps.com/wp-content/uploads/2010/10/manic_depressive_disorder-300x286.jpg)

O tym, że w Polsce można chodzić do każdego lekarza, poza „tym od głowy” pisałam nie raz. Powiedzieć w towarzystwie, że się człowiek leczy na depresję, czy przyjmuje leki psychotropowe na wyciszenia to raz na zawsze przypięta etykietka „wariat” i wykluczenie. Zawał serca, nadciśnienie, wrzody żołądka nie budzą podobnych emocji. Dobrze, że powoli rośnie świadomość na temat depresji poporodowej, pokazuje młodym matkom i ich rodzinom co robić i jak pomóc. Nie sądzę by podobne słowa i kampanie dotarły do „dających prawo  do życia najsłabszym z dzieci nienarodzonych”, ale nie należy oczekiwać zbyt wiele.  Stygmatyzacja pogłębia tylko problemy, zaś „dobre rady” w stylu „weź się w garść” tylko jeszcze bardziej wpychają człowieka w bagno, w którym tkwi. Bo czasem człowiek nie może „wziąć się w garść”, tak samo jak człowiek chodzący o kulach nie pobiegnie przez płotki. Nie daje rady.

Życie z chorobą nie należy do łatwych. Kiedy coś cały czas boli, nie ważne czy ból jest fizyczny czy psychiczny, przypomina koszmar. Depresja, w której cały świat przybiera czarne, posępne barwy a wszyscy przypominają wilki gotowe dopaść i rozszarpać człowieka, przypomina przedsionek piekła. Przedsionek bez choćby jednego jasnego promyka, bez nadziei, bez niczego, poza złymi myślami.  Liczba samobójstw rośnie, ale problemy są wciąż bagatelizowane zaś samobójcy nazywani egoistami/grzesznikami. Drażni mnie to o wiele bardziej niż gadki prolifowców, bo nikt nie targa się na swoje życie ot tak, prawie nikt. Kiedy życie dokuczy i zaboli, że nie widać już nic, nic nie ma sensu, nie ma niczego poza smutkiem i rozpaczą  a wieczny sen stanowi jedyne rozwiązanie.  Wiele jednak upłynie wody w Wiśle nim świadomość, że depresja to choroba dotrze pod strzechy. A chodzenie do psychologa czy psychiatry przestanie być powodem do wstydu i napiętnowania.

Kto wie ile żyć można by uratować gdyby nie lekceważenie problemów przez domorosłych speców, przez mądrali samouków od medycyny? Gdyby czasem przez chwilę się zastanowić czemu ktoś się zmienia, czemu młody człowiek nagle popada w otępienie i przygnębienie?

http://polska.newsweek.pl/polacy-ciagle-wstydza-sie-tego--ze-chodza-do-psychologa,96970,1,1.html
http://zdrowie.dziennik.pl/aktualnosci/artykuly/406919,dzis-dzien-swira-ilu-polakow-popelni-samobojstwo.html
http://zdrowie.dziennik.pl/aktualnosci/artykuly/406895,ponad-350-milionow-ludzi-cierpi-na-depresje-i-ma-zaburzenia-psychiczne.html

P.S. Pisząc prolifowcy, mam na myśli radykałów potępiających kobiety w trudnej sytuacji życiowej.

Dwie strony


„od fanatyzmu prawicowego, lewicowego, katolickiego i ateistycznego racz nas chronić Panie”- mawia moja bardzo bliska blogowa znajoma, Liv. Fanatyzm przeraża mnie najbardziej, bardziej niż jakakolwiek ideologia. Nie ma znaczenia z której strony fanatyzm, fanatyzmy są bowiem takie same, bez względu na otoczkę, jak dwie strony tej samej monety.

Coś mnie dzisiaj podkusiło kupić „Gazetę Polską”. Sama gazeta mnie nie odrzuca jak specjalna część poświęcona egzorcyzmom. Włos mi się zjeżyła na głowie na tezy typu, że „Harry Potter” oraz „Zmierzch” to pop-kulturalny satanizm. Podobnych bzdur dawno nie czytałam. Pierwsza to książka dla dzieci, potem powieść przygodowa, gdzie jak w mało której książce piętnuje się uprzedzenia i dzielenie ludzi na „lepszych” i „gorszych”. Druga to romans z obdarzonymi kłami wielbicielami krwi i groźnymi krewniakami psów w roli głównej. Można się tym zachwycać, można wieszać psy, ale bez przesadyzmu jak mawiamy. „Kod Leonarda da Vinci” był przeciętną książką z cyklu spiskowej teorii dziejów, której zrobiono niepotrzebną reklamę. Pomysł jakoby Merowingowie i Karolingowie pochodzili od potomków Jezusa Chrystusa to żaden wymysł pana Browna, ale nawiązanie do antycznego założenia, że król/faraon/cesarz/cezar to bóstwo wcielone/syn Ra, Amona, Horusa itd. Trzeba jakoś wyjaśnić ludziom czemu mają zasuwać na pasibrzucha i uznawać jakiegoś kacyka za władcę z nadania.


https://blogger.googleusercontent.com/img/b/R29vZ2xl/AVvXsEiVQruCr1kcHbyd17jrtJS4ev6z4Gowra2ejwuMaLLZu_rM8SFzjiEG3ZMQGNpeNXeRr7PDtp8LtQwAQbv-vCKY6xnYGU7YGxIoyQkCn8GsEnIhp6pUoAZeH_a4RzVgDop40lkaiMFM0ts/s1600/edward+new+moon.jpg  )

Ale z tego się można pośmiać, ale z tez, że joga otwiera na złe moce (przykład kobiety z objawami schizofrenii katatonicznej uznanej za opętaną) czy, że depresja powodowana jest przez demony przeraża. Depresja poporodowa to nie podszepty demona, nakazującego nienawiść do nowonarodzonego dziecka, ale zaburzenia wywołane przez gwałtowny spadek poziomu hormonów. Depresja endogenna jest wrodzona,  schizofrenia ma związek z zaburzeniami szlaków przekazywania sygnałów w mózgu, nie zaś z szeptami złych sił. Złe siły działają na różne sposoby, ale ludzkie choroby to słabość organizmu i wypadki. Myśli samobójcze, depresja, napady maniakalne to nie kara za stawianie tarota. To  choroba, którą można leczyć. Ale nie zawsze lekarz od razu postawi właściwą diagnozę, nie zawsze od razu dobierze najlepszy lek a pacjent musi współpracować. Mogę się podśmiewać z szukania satanizmu w Edwardzie Cullenie, ale nie jest mi do śmiechu gdy ktoś stygmatyzuje ludzi chorych. Chory nie zawinił swej chorobie, chory nie chciał choroby. Choroba przyszła i niczyja w tym  wina.

Jak ktoś naprawdę wierzy, że czytanie horoskopu z kolorowej gazety otwiera duszę na demona nie wiem czy uciekać czy współczuć. Dzwonienie do wróżki na numer 0-700 grozi nie nawiązaniem kontaktu z siłami nieczystymi, ale czterocyfrowym rachunkiem telefonicznym. Na dyskotece bardziej niż na opętanie dziewczyna narażona jest na napaść czy przypadkowe spożycie pigułki gwałtu. Niektórzy ludzie nie chodzą na mszę  nie dlatego, że opętał ich zły duch bo zgwałcona ciotka dokonała aborcji, ale dlatego, że na trzeźwo takich bzdur nie da się słychać. A jak ktoś widzi wszędzie krew dzieci nienarodzonych, słyszy głosy naprawdę potrzebuje pomocy.
Dzisiaj zagrożeniem jest polityka antyrodzinna, która sprawia, że młodzi masowo uciekają za granicę (i wcale się nie dziwię). Problemem są umowy o pracę (tak zwane śmieciowe), przy których nie odciągane są składki emerytalne, nie ma ubezpieczenia zdrowotnego i młody człowiek może zapomnieć o kredycie mieszkaniowym. Problemem jest drastyczne obniżenie poziomu nauczania, tego, że nasze wyższe uczelnie są ogonkiem świata, gdyż „mądrzy inaczej” za wszelką cenę chcą podnosić współczynnik scholaryzacji. Problem stanowi bezrobocie oraz koszty ekonomiczne i społeczne jakie generuje (http://serwisy.gazetaprawna.pl/praca-i-karieraartykuly/651961,tylko_ten_kto_zarabia_takze_wydaje_i_placi_podatki_przez_trwale_bezrobotnych_tracimy_10_mld_zl_rocznie.html). Dobrze aby mówić o tym możliwie najwięcej. Tak samo jak o skandalu związanym z „pomyleniem” ciał osób zmarłych w katastrofie Smoleńskiej.  Rozumiem oburzenie rodzin, bo i mnie krew zalewa na podobną niekompetencję.

Oczywiście prawicowe portale i gazety donoszą o istotnych problemach. Szkoda, że niestety odrzucają od siebie ludzi i tracą wiarygodność pisząc podobne bzdury.

Biedni pedofile


Logika mainstreamu jest rzeczą co najmniej ciężką do pojęcia. Kiedy PiS zwołuje debatę, to beee, polityka i chęć zaistnienia. Za to jedynie słuszna partia jest apolityczna, fachowa i wszystko wie najlepiej. A kto wątpi ten głupi/ciemny/moher/malkontent i tak dalej. Ale do tego już przywykłam i jako tako wiem, że słowa dziennikarzy mainstreamu trzeba interpretować na odwrót i wtedy ich słowa mają sens. A jak jesteśmy przy pismakach. Biedny lisek chytrusek, dali liskowi stołek naczelnego w czasopismach i lisek musi udowodnić, że tworzy sprzedawalny produkt bo inaczej będzie chodził lisek koło drogi. Lisek dwoi się i troi, prosi kolegów z jedynie słusznej gazety by mu pisali po godzinach, ale ciemny i niewdzięczny lud nie docenia liska. No i trzeba zakasać rękawy, obejrzeć reality show i wyciągnąć wnioski. Zszokować okładką i odwołać się do prymitywnych instynktów, byle tylko dodać swoje pisemko gratis do kurczaka, opchnąć gdzie się da i udowodnić skuteczność. Lisek chytrusek niestety widać pomylił powołanie: jakby prowadził tabloid mógłby dawać zdjęcia gołych panienek, no może gołych gejów jako, że mamy polityczną poprawność i jakoś by się szło do przodu, niekoniecznie nogami. Niestety! Lisek chytrusek to ambitne zwierzątko i marzy by prowadzić gazety opiniotwórcze, nie rozumiejąc, że przedruki z jedynie słusznej gazety to za mało by odnieść sukces. Tak samo zdjęcia rodem z tabloidów, bo ludzie szukający krwi i seksu w tabloidach niekoniecznie lubią czytać długie teksty. Ale co ma zrobić lisek chytrusek, skoro on tu za gwiazdę i najbardziej odznaczanego robi,  głównie za wykończenie porządnego czasopisma?


( http://1.beznadziejnie.pl/img/upload/20120604113250.jpg )

Ale dość o lisku chytrusku, który jak kot ma dziewięć żyć i spada na cztery łapy, nawet gdy czasem obije sobie zadek. Goszcząca w „Poranku” w „ukochanej” radiostacji karnistka, jak prawdziwa gender poprawna pani użala się nad biednymi pedofilami. Przecież to ludzie i potrzebują czułości i  miłości a nie żadne wampiry i bestie. Nie, oni nic złego nie robią tylko gwałcą dzieci za co powinno się takich powiesić za narzędzie zbrodni. Ale mainstream, zgodnie ze swoją pokrętną logiką, zawsze znajdzie wyjaśnienie dla oprawcy i jakoś go wytłumaczy, nie ma zaś nawet minimum zrozumienia dla ofiary bo przecież sama sobie winna jako, że zupa była za słona, za krótką spódnicę ubrała i nie musiała przecież rozmawiać z panem w czarnym płaszczu. Jak wiadomo ofiara winna, że w ogóle oddycha a jak zostanie napadnięta niech na nic nie liczy. Ale oprawca?! O, och zasługuje koniecznie na ciepłe mieszkanko (Matka z dziećmi uciekająca od domowego kata nie zasłużyła na podobne przywileje. Głupia kura domowa po co była zależna finansowa od męża i teraz płacze? Trzeba się było wyskrobać i iść do pracy a nie dzieci rodzić), na pracę (Absolwent wyższej uczelni bez dziesięcioletniego doświadczenia może iść najwyżej na kasę w hipermarkecie. Czemu na studiach nie zasuwał na bezpłatnym stażu dla „jaśnie pana prezesa”. To we łbie się przewróciło bezczelom, że od razu chcą zarabiać dwa tysiące. Co za nadgodziny płacić? Na wakacje jechać, rachunki płacić? A mieszkaj żulu w piwnicznej izbie za miskę ryżu a jak grzecznie pomerdasz „jaśnie panu prezesowi” na niedzielę dostaniesz sos) i oczywiście na kogoś bliskiego, bo pedofil musi mieć dla kogo żyć, musi mieć do czego wracać i znaleźć sens życia.

Zgwałcone dziecko nie musi znaleźć sensu życia, zgwałcona kobieta zostanie nazwana puszczalską, zaś pro-lifowcy z miłości do życia zmuszą ją do urodzenia dziecka gwałciciela, bo przecież jest tylko inkubatorem. Gwałciciel ma uczucia i potrzeby seksualne, gwałciciel zasługuje na drugą szansę, zgwałconą kobietę można szmacić do woli w imię „obrony życia”, a jak zechce walczyć o swoje życie, zdrowie i godność na stos jako czarownicę.  Ofiarom nie należy pomagać, ofiary mają cierpień i nie kłuć w oczy genderowo poprawnym, mają jeszcze iść z kwiatkami do swego kata. Bo oni przecież zostali skrzywdzeni przez system, bo przecież nie można ich nazywać bestiami, bo przecież nie można ich stygmatyzować, bo przecież oni nie są źli, oni mają tylko problem. I powiedzcie mi Czytelnicy jak mam nie dostać szału słuchając podobnych rzeczy? Wiem, wiem powinnam zmienić stację, ale chcę wiedzieć co tam przeciwna strona pakuje ludziom do głów. Wtedy wiele zachowań nabiera sensu i wiadomo jaki był algorytm programujący poszczególnych st