Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ogólne. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ogólne. Pokaż wszystkie posty

Koniec projektu Kanada, początek projektu Szwajcaria

Dawno mnie tutaj nie było, aż wstyd przyznać jak zaniedbałam bloga. W moim życiu od roku 2018 zaszły zmiany, bynajmniej nie na lepsze, przez co musiałam dokonać zmian. Jak sam tytuł wskazuje, zmieniłam Kanadę na Szwajcarię, a dokładnie Toronto na Zurych gdzie mieszkam od jesieni zeszłego roku. Od pewnego czasu zbierałam się na napisanie notki, lecz do porzuconych zadań ciężko wracać. 

Miałam w Kanadzie stały pobyt, mogłam aplikować o obywatelstwo lecz sytuacja rodzinna zmusiła mnie do poważnych przemyśleń. I właściwie dobrze, ponieważ projekt Kanada nie miał prawa się udać. Jak zauważyła ongi Ania, pozdrawiam Cię jeśli to czytasz, że nie lubię kraju w którym mieszkam, podobnie jak nie lubię ludzi z którymi pracuję. To ostatnie nie było całkiem prawdziwe, ale kraju nie lubiłam bo i co tutaj lubić z mojego punktu widzenia: oszalały libertynizm, tęczowy terror multi-kulti i miłość do islamu? Ale ponieważ zasadniczo lubiłam pracę, to nie chciałam zmian, a może się ich bałam? 

Powinnam była odejść dwa lata wcześniej. Potrzebowałam solidnego walnięcia w głowę by pojąć, że nie trafiłam w tak dobre miejsce jak ongi sądziłam. Szef nigdy mnie nie cenił, a moje starania trafiały w czarną dziurę co do mnie z czasem dotarło kiedy przestałam uważać, że muszę się wykazać. Doceniłam też polskich kolegów . Każdy był ode mnie lepszy i dopiero przyjazd kolegi, "man of action", którego za przeproszeniem pierd*** wywoływało owacje, zmusiło mnie do dostrzeżenia prawdy. Północna Ameryka to dobre miejsce na zdobycie doświadczenia, bo takowe zdobyłam, lecz nie na życie. Nie, nie próbuję mówić, że Kanada to okropne miejsce lecz na pewno ja tam nie pasowałam. Toronto to świetne miejsce jak ludzi o lewicowo-liberalnych poglądach, chcących żyć na pograniczu chińsko-indyjskim, chcącym spróbować trawki i chętnych uprawiać seks na pierwszej randce. To dobre miejsce na wakacje, by poznać czym jest Ameryka Północna bez zagrożeń i bandyterki USA. Kanada i USA to dwa odmienne kraje, z Kanadą będącą tym bardziej bezpiecznym i lepszym do życia z tych dwóch. Trzeba jednak wiedzieć, że to nie Europa, że nie ma tam miejscowej kultury i że generalnie nie ma co liczyć na pomoc. 

Toronto to miasto osiedli  jak mawiają, co ma sens bowiem mieszkają tam ludzie z całego świata, zaś jak wiemy w zalewie bodźców każdy szuka czegoś swojskiego. Nic zatem dziwnego, że ludzie tworzą swoje osiedla, jeszcze nie getta, na podstawie tego skąd są, w co wierzą by w tym chaosie znaleźć jakiś sens. Piszę "jeszcze nie getta", bowiem to nie zamknięte jednostki, lecz w Toronto są całe dzielnice gdzie nie mówi się w języku urzędowym, zaś tacy Chińczycy na przykład mają swoje sklepy, urzędy i wszystko tworząc niejako równoległe społeczeństwo. Wysyp meczetów i całe chmary kobiet w chustach otoczone gromadą dzieci stanowią zapowiedź stref no-go, bowiem  dzieci zakutanej kobiety nie zostaną wychowane w poszanowaniu praw religijnej wolności drugiego człowieka, bowiem za nich wybraną totalitarną ideologię udającą religię. Toronto, które przypomina mi społeczność terminala lotniskowego z przypadkowymi ludźmi będącymi w danym miejscu i czasie, nie jest zamknięte na cudzoziemców, nie jest się w oczywisty sposób obcym lecz nie ma jasnych wskazówek dla nowo przybyłych. Zapewne dlatego, że większość ma już swoje "osiedle", swą społeczność która pomaga. Ja mieszkałam daleko od Polonii, do tego przyjechałam na innych zasadach więc nie mieliśmy wspólnych doświadczeń. 

Dlaczego Szwajcaria? Ponieważ musiałam  wracać do Europy, a zarobki w Polsce wciąż pozostawiają wiele do życzenia. Lista europejskich krajów nie najechanych przez Hindusów, Chińczyków i wyznawców "Religi pokoju" nie była długa, a ja chcę żyć w Europie, nie jakiejś Azji. Zatem padło na Szwajcarię, zaś w rozmowie o pracę pierwsze pytanie było "Dlaczego?" po prawie i pięciu i pół latach zostawiam Kanadę, by przyjechać. Powody rodzinne to prawda, zaś niechęć do multi-kulti to drugie. I na razie żałuję, że nie przyjechałam do Szwajcarii wcześniej. Nie mam w sobie tego dzikiego entuzjazmu, wiem, że w Szwajcarii jako kobieta a do tego cudzoziemka wysoko nie podskoczę, lecz złudzeń pozbyłam się w Kanadzie. Być może, jak nauczała koleżanka mamy, najlepszym sposobem na awans jest zmiana pracy? Ja zmieniłam nie tylko pracę, ale też kraj i kontynent. I nie żałuję. 

Nie, nie mam na myśli o wiele wyższych zarobków, chociaż to ważne. To, co najważniejsze to kultura pracy i ludzie. Po paru miesiącach w Zurychu wiem o moich kolegach więcej, niż w Toronto po pięciu latach ponieważ tutaj się w pracy rozmawia i chodzi razem na lunche. W Toronto każdy miał wykorzystać każdą chwilę na pracę, a od rozmów były networking events gdzie należało być przedstawionym bo inaczej było się niewidzialnym i niesłyszalnym. Moi koledzy pytają się jak sobie radzę, czy mi starcza na życie, czy czegoś nie potrzebuję. Zalecali bym zaczęła uprawiać sport, bo siedzę długo przy komputerze, zachęcali do wyjścia. A dla mnie owe zwyczajne w naszej kulturze gesty znaczyły wiele, bowiem w Toronto panowała kultura nie wtrącania się i nigdy nikogo nie obchodziło jak sobie radzę, poza może V. z mojej pracy i V. spoza które pytały jak sobie radzę, po tym jak dotknęła mnie rodzinna tragedia. Nikogo innego to nie obchodziło. I to był ten moment. 

Czy to znaczy, że Kanada to okropny kraj to życia, a Szwajcaria cudowny? Nie, to naprawdę zależy od tego kto czego szuka. Jeśli ktoś szuka powiewu wielkiego świata, szybkiego i nowoczesnego życia, bliskości USA to polecam Toronto. Jeśli lubisz chodzić po klubach, spróbować niedrogo kuchni całego świata, żyć w tyglu kultur i języków, poznawać ludzi z Azji i Afryki, jedź do Toronto. Jeśli masz liberalne poglądy, wierzysz w to, że nie powinno być granic, płeć to kwestia umowna a nowy, zielony ład to przyszłość naprawdę pokochasz Toronto, której jest wyjątkowo kosmopolityczne. Jeśli jednak cenisz tradycję, acz dostrzegasz konieczność zmian, czarowne widoki Alp, chcesz żyć w Europie, w europejskiej kulturze, nie wierzysz w multi-kulti i mieszanie ras, wolisz stare, sprawdzone przez wieki rozwiązania, acz lekko zmodyfikowane, wybierz Szwajcarię. Niektórzy nazywają Szwajcarię zaściankiem, może i tak sama nie wiem, ale mnie na razie odpowiada spokój i czar tego zaścianka. Odżywam. Chodzę po parkach gdzie widzę białe rodziny z białymi dziećmi i wiem, że to czysty i spokojny kraj białego człowieka. Spaceruję po urokliwej starówce, nad jeziorem, a jak zechcę mogę napić dobrego wina siedzą na ławeczce. Tak, w Zurychu można pić alkohol w parku a jak ktoś rozrabia, to zostanie zgarnięty za zakłócanie spokoju. Nie to co Toronto, gdzie wierzono w moc prawa precedensu. No i mogę otworzyć okno na oścież, nareszcie!

Rzecz jasna moje doświadczenie z pracy za granicą nie jest typowe. Jestem osobą z doktoratem i generalnie jeździłam między ośrodkami naukowymi, przez co nigdy nie dotknęła mnie kwestia nostryfikacji dyplomu czy też problemu  z uznaniem wykształcenia, ponieważ skończyłam trzeci etap studiów i publikowałam w uznanych, międzynarodowych czasopismach. Wiele słyszałam, przed wyjazdem z Toronto, jacy to ze Szwajcarów rasiści i nie lubią imigrantów, cóż ja się cieszę że tutaj nie Azja, nie wyglądam na obcego na pierwszy rzut oka, zaś przyjechałam mając pracę i dostałam z miejsca pozwolenie na pobyt (typu B) na pięć lat. A może po prostu już nieco pomieszkałam a granicą i nie oczekuję cudów? Może po prostu zobaczyłam jak opowieści o otwartości i tolerancji nie wytrzymują zderzenia z rzeczywistością? I może wreszcie już przerabianie bycia na końcu łańcucha pokarmowego z racji pochodzenia z Polski? A może po prostu miałam wielkie szczęście tutaj? Albo po prostu, tak naprawdę, nie przepadałam za szeroko rozumianą kulturą w Toronto, przeżywałam w gruncie rzeczy stan chronicznego szoku kulturowego na widok multi-kulti i wszechobecnego dyktatu LGBT?  W Polsce tego nie ma: mimo wszystko mamy głównie kościoły a nie meczety, a co innego czytać o jakimś kraju, że tam jest tak a nie inaczej a co inaczej zobaczyć na własne oczy. Kiedy tak sprawy przemyślałam, to nigdy tak naprawdę nie lubiłam Toronto (chociaż próbowałam głośno przekonać siebie, że jest inaczej) a w Kanadzie lubiłam coś, co było kiedyś a nie teraz: ciężko pracujących, prostych ludzi zaś Toronto było po prostu inne.

Zapewne wszystko po trochu. Cóż nie przyjechałam jako Polak z Polski, lecz ktoś z Kanady, do tego mający fach będący dość powszechnym w Kanadzie przez to mało cenionym, lecz tutaj wciąż poszukiwanym. A może szukanie pracy w Kanadzie, gdzie najczęściej nie było odpowiedzi i niejasne oczekiwania, było jak najlepsza szczepionka?  Wiem jedno: będąc na obczyźnie zawsze będziemy obcy, nie ważne jak dobrze nauczymy się języka. Czasem jednak praca, lub brak takowej lub nędzna płaca, zmusza do wyjazdu. Zawsze ktoś będzie szydzić z naszej znajomości języka i generalnie większość ludzi wcale nie jest otwarta. Nie oczekuję od moich szwajcarskich kolegów byśmy się zaraz przyjaźnili, ponieważ sama nienawidzę tego jak słowo "friend" było nadużywane w Ameryce kiedy tak naprawdę nikogo nie obchodzi co z nami. Oczekuję byśmy się po prostu traktowali przyzwoicie. Jako osoba ceniąca punktualność i nie znosząca spontaniczności powinnam tutaj pasować. A jak nie, to cóż zawsze pozostaje wracać do Polski. Z doświadczeniem z Kanady i Szwajcarii na pewno będę w innej sytuacji niż w roku 2014, a przede wszystkim to ja zmieniłam się pod wieloma względami. Tak czy siak epizod, a może nie epizod, zagraniczny się opłaci. A o tym, co trzeba wiedzieć przed wyjazdem to napiszę innym razem. Ogólnie jednak bynajmniej nie żałuję mojego pobytu w Kanadzie, nie ten czas był cenny pod względem zdobywania doświadczenia życiowego i zawodowego. Dał mi wiele: tak cenne linijki w CV jak i po prostu wiele nauczył, a moje życie i wiedza byłyby uboższe bez tego czasu. 

Zdjęcia w poście są mojego autorstwa. 


I na koniec: komunikacja miejska w Zurychu jest naprawdę bardzo dobra i punktualna, zaś dwie minuty to już spóźnienie! 

Pokłosie zaniedbań, czyli o polityce historycznej słów kilka

Jak wiedzą stali Czytelnicy mojego bloga, interesuję się historią. Historia naprawdę może nas wiele nauczyć, łącznie z tym, że wszystko już było i rozwiązania można przewidzieć. Już w 2012 roku pisałam o nieszczęściach jakie wynikną z "Arabskiej Wiosny" a jeszcze na Onecie, dużo wcześniej, że rozbiór Serbii jakim było oderwanie Kosowa doprowadzi do nieszczęścia. Uznając Kosowo UE sprowokowała rosyjską inwazję na Krym, zamieszanie z referendum w Katalonii i kto wie co jeszcze. Tworzenie precedensu zawsze się mści i otwiera puszkę Pandory. Oczywiście, jak uczy nas historia, decydenci nie znają historii i co rusz powtarzają te same błędy. Niech za przykład posłuży fakt, że i Napoleon i Hitler ruszyli na Rosję w chłodniejszą część roku licząc na szybkie zwycięstwo i obaj ponieśli porażkę. Historia może stanowić użyteczne narzędzie polityki, o czym wiedzą Niemcy, Żydzi czy Turcy, lecz co powoli dociera do polskich polityków. Znaczy dociera, ale poza gadaniem i powoływaniem fundacji (z dyrektorami) niewiele z tego wynika. Piszę o tym w sprawie awantury na linii Polska-Izrael i co rusz pojawiającej się frazy "polskie obozy śmierci". Dziwię się, że ktokolwiek się dziwi takim reakcjom po latach prowadzenia pedagogiki wstydu, promowania Jana Tomasza Grossa, filmów jak "Pokłosie" czy przepraszania za Jedwabne. 

To nie tak, że przez większą część PRL-bis, czyli III RP nie  było w Polsce polityki historycznej. Była, lecz nie  miała owa polityka na celu służenia Polsce i Polakom, lecz internacjonalistycznym, postmodernistycznym środowiskom, żywiących nienawiść do europejskiej kultury, zasad i wiary chrześcijańskiej. Ilekroć słucham mediów mainstreamu tutaj czy różnych ponoć nowoczesnych partii w Polsce, skowyt ten  sam. No i pedagogika wstydu: Polak ma się wstydzić polskości, a biały człowiek swej kultury. Jak wiemy "abreit macht frei" to zdanie w starej polszczyźnie w średniowiecznej Europie bili murzynów. Oczywiście cała ta gra bardzo odpowiada Niemcom, którzy chcą obarczyć swe ofiary własnymi zbrodniami. A środowiska promujące "Pokłosie" z pewnością takowym pomagają. Jakże mają nas za granicą widzieć, skoro tak mówimy? Tłumaczyłam na spotkaniu w piątek znajomej Niemce, że Auschwitz było niemiecką inicjatywą i że tylu Polaków ratowało Żydów, że zabrakło drzew w  Yad Vashem. Nie protestowała, po prostu musiała przyswoić wiedzę. Czemu o tym piszę?

Psu budę wytapetować



Psina będzie miała pożytek i na zimę będzie jej cieplej. Pies też człowieka swoje prawa ma, a przynajmniej większy pożytek niż z słuchania dobrych rad. Jak zapewne większość z Was moi Goście odgadła pracuję w działce naukowej i jakiś czas temu zrobiłam doktorat. Obecnie wyjechałam na staż, który jak znaki na niebie i na ziemi wskazują potrwa dłużej niż rok. Zebrałam poniżej przeczytane rady jak znaleźć dobry staż, które są warte tyle co słowo honoru polityka partii rządzącej. Wytapetowanie nimi budę psu, tudzież użycie jako rozpałki na ognisko, to jedyne na co się nadają. Tak samo jak rady „soft skili coachów” i „trenerów biznesu i wizerunku” z tym, że rady są za darmo w necie zaś za zajęcia z hosztaplerami słono się płaci. Do tego z hosztaplerami uważającym wrzucanie do zdań makaronizów za oznakę wykształcenia i nowoczesności. Poniżej zestawienie najlepszych kwiatów.

Wyliczanka

Znalazłam w sieci zestawienie,  "Polska, kraj absurdu ", gdzie zostały wyliczone różne aspekty naszej rzeczywistości. Co prawda jest nie jest najnowszy, ale przerażająco aktualny. Poniżej moje komentarze.

"Oto znajdujemy się w w świecie absurdu. Kraj, w którym co piąty mieszkaniec stracił życie w czasie drugiej wojny światowej, którego 1/2 narodu żyje poza granicami kraju, i w którym co 3 mieszkaniec ma 20 lat 1) – kraj brutalnie oderwany od wiekowych tradycji, który odbudował stolicę wg obrazów Canaletta, a stare miasto odtworzył jak nowe.

Dziękuję Ci Polsko, czyli młodego człowieka wyznania

Idąc rano, słowa same mi się ułożyły:

Dziękuję za karmienie złudzeniami i pustymi obietnicami,
Za bajeczki  na dobranoc  o roli pracy i edukacji,
Za opowieści o szansach i perspektywach,
Za dzieci nowej arystokracji mówiące, że jest dobrze,
Za codzienne słowa nowej elity plujące na Ciebie i na nas.

Dziękuję za umowy śmieciowe i beznadzieję,
Za najniższą krajową dla pracujących ludzi,
Za biedę i kłopoty jakimi obdzielasz swe dzieci od rana do wieczora,
Za ekonomiczne upodlenie najlepiej wykształconych,
Za promowania chamstwa i cwaniactwa
Za miernoty i szklany sufit,

Dziękuję Ci Polsko za łzy nocami i złość w dzień
Dziękuję za odarcie ze złudzeń i rojeń
Dziękuję za wyganianie najlepszych za chlebem za granicę
Dziękuję za codzienne pokazywanie gdzie miejsce ludzi spoza klanów
Za pokazanie, że praca jest nic nie warta

Dziękuję Ci  Polsko za wskazanie emigracji drogi,
Dla Ciebie jestem warta najniższą krajową,
Dla Niemca parę razy więcej,
Dla Ciebie jestem nieudacznikiem co nie siedział na kasie i nie kradł,
Dla Niemca cennym specjalistą.
Dziękuję za pokazanie czym jest życie!

Wyjadę, lecz Ciebie zapamiętam,
Bo jesteś moja Ojczyzną, zaś Ojczyzna jest jak matka,
Matkę się kocha, także wyrodną.
Wiem, że kiedyś byłaś piękna, wiem, że może taka będziesz
Być może Nadzieja nie umarła na zawsze i może wstanie z grobu,
Być może kiedyś rodzina nie będzie luksusem..
Być może kiedyś będzie sens tu zostać,
Być może kiedyś doceni się tu pracę Polaków,
Być może kiedyś będzie normalnie…
Lecz nie ma opcji, bo trzeba coś pić i coś jeść.
Człowiek nie zwierzę i coś prócz miski potrzebuje,
Jakiejś książki, jakiegoś wyjścia do teatru..
Do widzenia adieu!

Nadzieja 1 listopada

Tytuł wcale nie ma stanowić ironii czy kpiny. Wręcz przeciwnie, bowiem ten dzień, odwiedzanie cmentarzy zmusza nas do zatrzymania się i refleksji. Ludzie tam spoczywający kiedyś byli na naszym miejscu. Śmiali się, kochali, płakali, przeżywali swe lepsze i gorsze chwile. Oglądali ten świat w innych czasach, podobnych i niepodobnych do naszych. Przeminęli jak dym rozwiewany przez mgłę. To czeka także i nas. Nasza codzienność, nasze pragnienie nie mogące znaleźć spełniania, wszystko co nas otacza czeka ten sam los. Wobec wieczności i całego okresu istnienie świata jesteśmy niczym pyłek na wietrze, drgnienie powieki, stworzenia żyjące jeden dzień. Przeminiemy. Wszyscy prędzej, czy później nawet najwięksi i najsławniejsi zginą w mrokach dziejów. Czy to straszne? Może. Czy to niesie pocieszenie? Tak, jak najbardziej.

Czemu? Każdy z nas jest uwikłany w jakąś sytuację rodzinną, zawodową. Jedni przeżywają właśnie chwile wielkiego szczęścia, zaś inni przekonują się, że gorycz nie zna granicy i gdy wydaje się, że sięgnęliśmy dna, tam coś jeszcze jest. Ale to minie, to wszystko minie jak sen. Zły sen, lub piękny sen zaś los wszystko wyrówna i otoczy mgłą zapomnienia. Choćbyśmy przeżywali okropne chwile, dusili się bezsilną złością i lali łzy beznadziei to wszystko minie. Przeminie jakby tego nigdy nie było, przeminie jak dym na wietrze zginie i zniknie, aby nigdy nie wrócić. Zły czas kiedyś się skończy, zły czas  przeminie. I tylko pewnego dnia, na granicy snu i jawy wywoła widma pod powiekami. Ale nawet owe widma zbladną z czasem, gdy zapomnienie wybieli i zamaże wszystko. To właśnie owa nadzieja, pocieszenie, że choćbyśmy zostali uwikłani w najbardziej absurdalną i beznadzieją sytuację to nic nie trwa wiecznie.
(http://www.mediarp.pl/wp-content/uploads/2012/06/Cmentarz.jpg)


Cmentarz nam o tym przypomni, cmentarz bezlitośnie i nie pozostawiając złudzeń pokazuje, że wszelkie ludzkie namiętności, złości, troski i radośni znikną by nigdy nie wrócić. Istnieje tylko chwila, którą teraz chwytami koniuszkami palców. Przeszłość się dokonała i nie można jej zmienić, przyszłość wykuwany w tej chwili i nie powtarzajmy błędów z przeszłości. Nie ma sensu rozdrapywać starych ran, ale wyciągajmy wnioski. To ludzka rzecz błądzić i podejmować złe, nieprzemyślane decyzje, ale najgorzej w nich trwać. Kto nie wyciąga wniosków z pomyłek, kto wciąż popełnia te same błędy sam siebie skazuje na porażkę. Ale nawet owe porażki z czasem stracą na znaczeniu, o czym przypominają nam domy tych, co leżą na cmentarzu. Te domy trwają dłużej niż ludzkie życie, ale nawet one znikną, nawet liczące tysiące lat piramidy są bezradne wobec upływu czasu.

Czy to straszne? Nie. Nie, dla mnie. Widzę  bowiem, że jeszcze tylko chwila, jeszcze trochę i wszystko ulegnie zmianie. Złe rzeczy, które dzisiaj urastają do gigantycznych rozmiarów, zdają się przesłaniać świat i horyzont za którym nieśmiało migocze przyszłość, przeminą. Jeszcze tylko trochę, jeszcze tylko chwila i koniec. Wszystko będzie złym snem, przykrym wspomnieniem, które czas wybieli jak wybielacz uporczywą plamę. Nawet największy dołek nie trwa wiecznie, choć dla osoby uwikłanej w bezsensowne sytuacje tak właśnie się jawi.  Nawet jeśli w danej chwili szamoczemy się jak mucha w pajęczynie, zdenerwowani własną bezradnością i bezsilną złością to wszystko kiedyś przeminie. I nawet nie pozostanie po tym ślad, żadne trwały ślad. Przyczyny naszych zgryzot także kiedyś zasną snem wiecznym na kamiennym łożu.

Każdy z nas podejmuje nieraz złe decyzje, każdy nieraz zaufa niewłaściwej osobie. Jeden zły krok oznacza kolejny i czasem jedynym rozwiązaniem jest przeczekanie do końca i wyrwanie się z zaklętego kręgu. Nieraz na nic się zdają nasze protesty, próby wyjaśnienia co i jak, wyjaśnienia jak to jest naprawdę. Czasami, co ciężko zaakceptować, tylko milczenie i odmowa walki pozwala zwyciężyć. Człowiek nie udowodni, że nie jest wielbłądem, a wobec przytłaczającej przewagi przeciwnika należy udać wywieszenie białej flagi i szukać sojuszników. Takie jest życie, to jeden z jego cieni. Ale nawet najgłębsza i najciemniejsza noc musi się skończyć. Zaś z pomyłek należy wyciągać wnioski. Trzeba je przeanalizować, ale bez martyrologicznego rozrywania szat i rozpaczania, aby więcej nie popełnić tego samego błędu. Zawsze spotkamy kogoś, kto nas znienawidzi za to kim jesteśmy. Nasza płeć, wyznawane poglądy, sposób ubierania się, podejście do życia, wiara (lub jej brak),  wystarczy by wzbudzić śmiertelną nienawiść i pragnienie wdeptania nas w glebę i zmieszania z błotem. Próba walki i obrony własnej osoby będzie arogancją, bezczelnością i zbrodniami ciężkiego kalibru. Ale to wszystko przeminie, to wszystko przeminie.

Na cmentarzu wszyscy leżą cicho i zgodnie. Dawni śmiertelni wrogowie, żołnierze walczący dla przeciwnych armii spoczywają jeden obok drugiego, jakby w wiecznym uścisku. Skoro czas i mogiły pogodziły ich co znaczą nasze zatargi na przykład z sąsiadami i innymi nieżyczliwymi ludźmi na naszej drodze? Cmentarz wszystko wyciszy, cmentarz wszystko zrówna. Nie bójmy się tego miejsca, bo nam przypomina o naszym przemijaniu. Bo ono także wskazuje na ulotność naszych trosk..

Jedzmy czekoladę

Wszelkiej maści dietetycy, obrzydzając człowiekowi przyjemność z jedzenia w pogodni za sylwetką z Photoshopa od dawna wypowiedzieli wojnę słodyczom. Rzecz jasna przejadanie się jest zwyczajnie nie zdrowe i powoduje ból brzucha, zaś nadmiar cukru próchnicę to jednak gadki „jedz warzywa pięć razy dziennie i owoce zamiast batoników” zohydziły mi te dwa ostatnie wyjątkowo skutecznie. Osobiście przestałam ufać wszelkiej maści fachowcom jako, że raz mówią, że dobre jest masło, potem margaryna, potem masło a nic tak nie podwyższa cholesterolu jak produkty light (sprawdzone empirycznie), zaś spartan ze słodzików to samo zdrowie.

Słodycze to samo zło, nie ma sensu dyskutować bo to aksjomat nie wymagający udowodnienia. Ale być może z tego, co złe zostanie po raz kolejny wyłączona czekolada. Notabene czekoladę można jeść nawet w czasie postu. Od dawna słyszałam, że ten smaczny przysmak dobrze działa na pracę mózgu, niech odchudzacze i odchudzaczki wyją jak wilk do księżyca, co zostało wykazane przez uczonego z uniwersytetu Columbia Dr. Franz Messerliego i opublikowane w czasopiśmie, New England Journal of Medicine (http://www.nejm.org/doi/full/10.1056/NEJMon1211064
oraz http://medicalxpress.com/news/2012-10-chocolate-nobels.html).  Znaleziono wysoką korelację (r=0.791, P<0.0001) między średnim spożyciem czekolady na głowę mieszkańca a liczbą laureatów nagrody Nobla, dla 23 krajów.

Szwajcaria, światowy lider w produkcji czekolady, ma także najwięcej  noblistów, normalizując liczbę laureatów wedle liczebności populacji. W środku listy uplasowały się Stany Zjednoczone, Niemcy, Holandia, Francja, Belgia i Irlandia. Polska jest niestety bliżej końca, niż początku listy. Patrząc na zależność widać wyraźnie, że Szwecja nieco odstaje. Autor sugeruje, że owo niezbalansowanie wynika z specyficznego „patriotycznego podejścia Komitetu Noblowskiego”, który wspiera swoich.




Zależność między średnią ilością zjadanej czekolady a liczbą laureatów Nagrody Nobla, na podts. "Chocolate Consumption, Cognitive Function, and Nobel Laureates", Franz H. Messerli, M.D., October 10, 2012DOI: 10.1056/NEJMon1211064
Oczywiście nie można od razu wysnuwać wniosku, że czekolada uczyni nas genialnymi, ale, że najbardziej światli ludzie, świadomi pozytywnego wpływu czekolady i pracujący zamiast studiować modne diety po prostu nie odmawiają sobie wszystkiego, w tym słodkich kostek.  I chociaż rzecz jasna należy podejść do wszystkiego z przymrużeniem oka, można poczuć się rozgrzeszonym z słodkich słabości (nie wcinania tabliczki dziennie dzień w dzień), bo w końcu co to za życie gdy człowiek wszystkiego sobie odmawia?

Czemu jestem tak cięta na odchudzanie i diety? Nie zaprzeczam, że należy starać się odżywiać racjonalnie. Ale nie można czynić z odchudzania celu życia i obrzydzać sobie i innym posiłku obliczając kalorie kotleta (nie chcesz? Nie jedz, ale daj innym) i mówić tylko o tym jaki tłuszcz straszny. To tylko niepotrzebne wpędzanie ludzi w kompleksy (jestem na liście dotkniętych ) i obrzydzanie sobie życia. A białych serków i jogurtów nie cierpię. Ogólnie nie przepadam za nabiałem i jakoś żyje. Każdy ma prawo żyć i nie być wyszydzany: czy to osoba chuda, nie mogąca przytyć, czy przy kości nie mogąca schudnąć (z różnych przyczyn). A tym wszystkim pewnym siebie i szydzącym z „wielorybów” decyduję następujące słowa: starość nie radość, młodość nie wieczność i nikt nie będzie do końca piękny, smukły i silny. 

Grzech predestynacji

Wczoraj miałam z koleżanką rozmowę z cyklu filozoficznych rozważań o życiu, filozofii i polityce. Jako, że od polityki dobrze czasem odpocząć, bardziej zainteresowała mnie kwestia rozważań nieco bardziej abstrakcyjnych. Wspomniana A.  jest głęboko wierzącą osobą, zapytałam ją jak to jest z wiarą w przeznaczenie i jak się ma to do chrześcijaństwa.

(http://www.sciencemuseum.org.uk/antenna/ratbrains/images/Rat-in-maze.jpg)

Cóż sama wierzę, że jesteśmy czymś więcej niż szczury w labiryncie, które mają przebiec do punktu oznaczonego ‘wyjście’, ku uciesze jakiegoś eksperymentatora. Sama myśl że nasze życie zostało z góry zaplanowane i ustalone, że właściwe stanowimy pacynki na wielkiej scenie lalek zniechęca do działania. Ewidentnie nie mam mentalności niewolnika, który potrzebuje pana by wskazywał drogę, co jest słuszne a co nie, uczył mnie jedynie słusznych poglądów, mówił co mam myśleć, czuć, kogo lubić i co robić. Wolę sama decydować i ponosić konsekwencje wyborów, takie czy inne. Jak rozmawiałam ostatnio z J., skoro się popełniło głupotę to się ma na przyszłość nauczkę. Skoro ktoś został częścią zespołu nie robiąc poprzednio wywiadu na temat panujących tam zasad i atmosfery, sam sobie winien. Skoro ktoś nie miał możliwości zrobienia podobnego wywiadu, zaryzykował skokiem do nieznanej wody i też nie powinien za nic winić losu i ludzi. Decyzja i konsekwencja, a jak ktoś zakładał „jakoś się ułoży”, dostał słusznego kopniaka w cztery litery na nieprzemyślane kroki.

Ale wracając do A., powiedziała ona wyraźnie „kto wierzy w przeznaczenie, ten zaprzecza wierze w Boga, który nakazuje człowiekowi samodoskonalenie a nie siedzenie i czekanie aż się coś ułoży. Bóg nas stworzył dziećmi, nie zaś niewolnikami”, co zabrzmiało dla mnie optymistycznie. Cóż bodajże najbardziej dołującą i szkodliwą ideologią jest wmawianie ludziom, że wszystko zostało dawno ustalone. Skoro tak nie ma sensu nic robić, nie ma sensu się starać, bo i po co? Po co chcieć cokolwiek skoro nawet nasze myśli i pragnienia nie są nasze? Nie lepiej od razu powiesić się na drzewie i wyjść z labiryntu wyjściem ewakuacyjnym? Tylko aby wybrać odpowiednio grubą gałąź..  Po co wmawiać podobne rzeczy? Ano aby zabić kreatywność, samodzielne myślenie, zabić ciekawość. Niewolnik nie zadaje pytań, niewolnik niczego nie kwestionuje. Niewolnik nie patrzy władzy na ręce, niewolnik nie chce niczego ponad miskę z jedzeniem, niewolnik nie zadaje niewygodnych pytań. Niewolnik to idealny obywatel, gdy ktoś chce rządzić totalitarnym nowym, wspaniałym światem. Gdybyśmy wszyscy wierzyli w predestynację, nie zeszli byśmy z drzew, bo przecież skoro Bóg/Los/Siła Wyższa umieściła nas na drzewie nie należy zeń schodzić i szukać nie wiadomo czego i nie wiadomo gdzie. Masz drzewo, masz banana więc siedź gdzie miejsce twoje i nie oczekuj niczego więcej i basta.

Czemu w tytule piszę o grzechu predestynacji? Po pierwsze pod wpływem z rozmowy z A., która nazywa wiarę w przeznaczenie, reinkarnację, przeszłe wcielenia za niezgodne z religią chrześcijańskie. Poza tym uważam predestynację za coś szkodliwego, coś co człowieka paraliżuje, coś co zniechęca do działania. Kiedy człowiek nic nie robi, nie może iść do przodu. Kiedy nie idzie do przodu zaczyna się cofać, co w biologii ma zgrabną nazwę ‘regres ewolucyjny’.  Jeśli można mówić o jakimś z góry wyznaczonym celu jest nim samodoskonalenie i dążenie do coraz ambitniejszych celów. Nie mam jednak na myśli wyścigu szczurów w korporacji, ale rozwój duchowy, intelektualny, po prostu bogate, wartościowe życie. Takie życie, że na sam koniec będziemy mogli spojrzeć w lustro bez wstydu, bez poczucia zmarnowanych szans i powiedzieć „dobrze przeżyłam swój czas”.

Ja nie należę do osób czekających aż los/przypadek czy cokolwiek postawi mi na drodze wielką szansę a życie się zmieni  jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Szczęściu trzeba pomóc, zaś biernie czekać to można w kolejce po wędlinę w spożywczym. Biernie czekając na dary losu możemy nie zauważyć, a już na pewno nie wykorzystać, okazji, które wynikną ze splotu okoliczności i jako skutki podjętych decyzji. Można czekać w kącie na swoje pięć minut, uważać się za diament w popiele czekający na oszlifowanie. Mało kto ma ochotę szukać czegoś w szarym pyle, w którym najpewniej nic nie ma. „Umiesz liczyć? Licz na siebie” – mówi mądre przysłowie. A z czasem dojrzysz różne możliwości, no a w każdym razie każda postawa lepiej rokuje niż siedzenie i czekanie na cud.

Klątwa

Z tą budową drugiej linii metra w Warszawie to naprawdę idzie kiepsko. Jak nie ciek wodny, to osuwisko. Aż strach prorokować, co będzie dalej. Jakbym była przesądna to bym powiedziała, że jak nic klątwa. Oczywiście klątwę rzucił PiS, kto by inny zawinił, aby zdyskredytować Hannę Gronkiewicz-Waltz. Ale na poważnie nie ma nic śmiesznego w tym, że w stolicy europejskiego kraju zapada się główna ulica stolicy. Mam nadzieję,  że mieszkańcy, którzy zostali ewakuowani wkrótce wrócą do swoich domów a same budynki nie uległy uszkodzeniu. Bo dobrze to nie wyglądało. Chociaż media mainstreamu uspokajają, ja nie wiem czy osuwisko jest opanowane, zwłaszcza, że na terenie Warszawy występują kurzawki i kto wie do czego się dokopią budowniczy?

A gdzie w tym momencie była pani prezydent? Czy przynosiła ewakuowanym ciepłą herbatę? A czy minister zdrowia pobiegł do protestujących pielęgniarek z termosem i kocami, jak ongi Ewa Kopacz za czasów PiS? Wiem, wiem zadaję głupie pytania.  Zamiast tego wklejam co lepsze komentarze, na temat wydarzeń:

„Andrzej Duda: Warszawa zapada się pod ziemię... ze wstydu za HGW. Czas na zmianę.
Konrad Piasecki: A gdyby ktoś czekał na głos pani prezydent w sprawie metro-osuwiska to ich rozczaruję - wyjechała za granicę.
G. Kostrzewa-Zorbas: Gdzie byłby w takiej sytuacji burmistrz Nowego Jorku Michael Bloomberg? Wśród ewakuowanych mieszkańców, pytając co może dla nich zrobić.
Jarosław Kuźniar: Stołeczny ratusz przyznaje, że przed budową III linii metra dobrze się zastanowią nad podwodnym systemem na wzór wenecki
Stanisław Janecki: Wszystkim narzekającym na korki w Warszawie HGW i ratusz proponują przedzieranie się kanałami.
Łukasz Warzecha: W Warszawie dziura w centrum, na A2 wciąż jeden pas... Nie ma jak uciekać.
Mikołaj Wójcik: Hasło wyborcze HGW na następną kampanię: "By żyło się lepiej! Gorzej już nie może".
Stanisław Janecki: Ciekawe, kto teraz przyjmie od HGW kapitulację Warszawy? Może żyje jakiś potomek Ericha von dem Bach-Zelewskiego?
”*

No jak nic kurcze klątwa z tą Polską w budowie. Co chwila jacyś malkontenci domagają się zapłaty za pracę na budowie autostrad, autostrady w remoncie, zamiast nowych dróg mamy fotoradary. Ale nie bądźmy wredni, może to wszystko zbieg okoliczności? Przecież każdemu się może zdarzyć błąd, prawda? Nie ma ludzi doskonałych. Tylko czy nie za dużo tych pomyłek? Raz, czy dwa można zaliczyć wpadkę, ale ile razy? Dlaczego tylko u nas stadiony są tak drogie? Dlaczego tylko u nas miasta-gospodarze na euro zadłużają się na prawie 70% i potem trzeba oszczędzać na transporcie publicznym, inwestycjach, bo nikt nie potrafił realnie ocenić kosztów i zysków.

Nie, nie zamierzam za wszystko gremialnie oskarżać rządu. Nie jest winna jedna, czy dwie osoby, ale raczej system. System, w którym przetargi wygrywają „swoi” i firmy oferujące ceny poniżej kosztów. To system, gdzie w najważniejszych spółkach trafiają ludzie z nadania partyjnego bez choćby minimalnych kompetencji, bo nikt tego od nich nie wymaga. To system, w których sieć powiązań i łapówkarstwo nie pozwala na choćby minimalną konkurencję na zasadach wolnego rynku. Nie liczą się kompetencje, czy konkurencyjne warunki. Kiedy najlepsze kąski dostali swoi i dali robotę kumplom z założeniem „jakoś to będzie” prędzej czy później musiało dojść do niezłego łupnięcia. Skoro afera goniła aferę a nie wyciągano wniosków co miało się zmienić. Ja rozumiem, że przekręty są wszędzie, ale tylko u nas panuje całkowita bezkarność.  I zbieramy kolejne owoce. Szkoda tylko, że niczemu niewinni ludzie musieli opuścić swoje domy.

*(http://wsieci.rp.pl/artykul/891377,939510-Stanislaw-Janecki--Kto-teraz-przyjmie-od-HGW-kapitulacje-Warszawy-.html)

Dwie strony


„od fanatyzmu prawicowego, lewicowego, katolickiego i ateistycznego racz nas chronić Panie”- mawia moja bardzo bliska blogowa znajoma, Liv. Fanatyzm przeraża mnie najbardziej, bardziej niż jakakolwiek ideologia. Nie ma znaczenia z której strony fanatyzm, fanatyzmy są bowiem takie same, bez względu na otoczkę, jak dwie strony tej samej monety.

Coś mnie dzisiaj podkusiło kupić „Gazetę Polską”. Sama gazeta mnie nie odrzuca jak specjalna część poświęcona egzorcyzmom. Włos mi się zjeżyła na głowie na tezy typu, że „Harry Potter” oraz „Zmierzch” to pop-kulturalny satanizm. Podobnych bzdur dawno nie czytałam. Pierwsza to książka dla dzieci, potem powieść przygodowa, gdzie jak w mało której książce piętnuje się uprzedzenia i dzielenie ludzi na „lepszych” i „gorszych”. Druga to romans z obdarzonymi kłami wielbicielami krwi i groźnymi krewniakami psów w roli głównej. Można się tym zachwycać, można wieszać psy, ale bez przesadyzmu jak mawiamy. „Kod Leonarda da Vinci” był przeciętną książką z cyklu spiskowej teorii dziejów, której zrobiono niepotrzebną reklamę. Pomysł jakoby Merowingowie i Karolingowie pochodzili od potomków Jezusa Chrystusa to żaden wymysł pana Browna, ale nawiązanie do antycznego założenia, że król/faraon/cesarz/cezar to bóstwo wcielone/syn Ra, Amona, Horusa itd. Trzeba jakoś wyjaśnić ludziom czemu mają zasuwać na pasibrzucha i uznawać jakiegoś kacyka za władcę z nadania.


(  https://blogger.googleusercontent.com/img/b/R29vZ2xl/AVvXsEiVQruCr1kcHbyd17jrtJS4ev6z4Gowra2ejwuMaLLZu_rM8SFzjiEG3ZMQGNpeNXeRr7PDtp8LtQwAQbv-vCKY6xnYGU7YGxIoyQkCn8GsEnIhp6pUoAZeH_a4RzVgDop40lkaiMFM0ts/s1600/edward+new+moon.jpg  )

Ale z tego się można pośmiać, ale z tez, że joga otwiera na złe moce (przykład kobiety z objawami schizofrenii katatonicznej uznanej za opętaną) czy, że depresja powodowana jest przez demony przeraża. Depresja poporodowa to nie podszepty demona, nakazującego nienawiść do nowonarodzonego dziecka, ale zaburzenia wywołane przez gwałtowny spadek poziomu hormonów. Depresja endogenna jest wrodzona,  schizofrenia ma związek z zaburzeniami szlaków przekazywania sygnałów w mózgu, nie zaś z szeptami złych sił. Złe siły działają na różne sposoby, ale ludzkie choroby to słabość organizmu i wypadki. Myśli samobójcze, depresja, napady maniakalne to nie kara za stawianie tarota. To  choroba, którą można leczyć. Ale nie zawsze lekarz od razu postawi właściwą diagnozę, nie zawsze od razu dobierze najlepszy lek a pacjent musi współpracować. Mogę się podśmiewać z szukania satanizmu w Edwardzie Cullenie, ale nie jest mi do śmiechu gdy ktoś stygmatyzuje ludzi chorych. Chory nie zawinił swej chorobie, chory nie chciał choroby. Choroba przyszła i niczyja w tym  wina.

Jak ktoś naprawdę wierzy, że czytanie horoskopu z kolorowej gazety otwiera duszę na demona nie wiem czy uciekać czy współczuć. Dzwonienie do wróżki na numer 0-700 grozi nie nawiązaniem kontaktu z siłami nieczystymi, ale czterocyfrowym rachunkiem telefonicznym. Na dyskotece bardziej niż na opętanie dziewczyna narażona jest na napaść czy przypadkowe spożycie pigułki gwałtu. Niektórzy ludzie nie chodzą na mszę  nie dlatego, że opętał ich zły duch bo zgwałcona ciotka dokonała aborcji, ale dlatego, że na trzeźwo takich bzdur nie da się słychać. A jak ktoś widzi wszędzie krew dzieci nienarodzonych, słyszy głosy naprawdę potrzebuje pomocy.
Dzisiaj zagrożeniem jest polityka antyrodzinna, która sprawia, że młodzi masowo uciekają za granicę (i wcale się nie dziwię). Problemem są umowy o pracę (tak zwane śmieciowe), przy których nie odciągane są składki emerytalne, nie ma ubezpieczenia zdrowotnego i młody człowiek może zapomnieć o kredycie mieszkaniowym. Problemem jest drastyczne obniżenie poziomu nauczania, tego, że nasze wyższe uczelnie są ogonkiem świata, gdyż „mądrzy inaczej” za wszelką cenę chcą podnosić współczynnik scholaryzacji. Problem stanowi bezrobocie oraz koszty ekonomiczne i społeczne jakie generuje (http://serwisy.gazetaprawna.pl/praca-i-karieraartykuly/651961,tylko_ten_kto_zarabia_takze_wydaje_i_placi_podatki_przez_trwale_bezrobotnych_tracimy_10_mld_zl_rocznie.html). Dobrze aby mówić o tym możliwie najwięcej. Tak samo jak o skandalu związanym z „pomyleniem” ciał osób zmarłych w katastrofie Smoleńskiej.  Rozumiem oburzenie rodzin, bo i mnie krew zalewa na podobną niekompetencję.

Oczywiście prawicowe portale i gazety donoszą o istotnych problemach. Szkoda, że niestety odrzucają od siebie ludzi i tracą wiarygodność pisząc podobne bzdury.

Biedni pedofile


Logika mainstreamu jest rzeczą co najmniej ciężką do pojęcia. Kiedy PiS zwołuje debatę, to beee, polityka i chęć zaistnienia. Za to jedynie słuszna partia jest apolityczna, fachowa i wszystko wie najlepiej. A kto wątpi ten głupi/ciemny/moher/malkontent i tak dalej. Ale do tego już przywykłam i jako tako wiem, że słowa dziennikarzy mainstreamu trzeba interpretować na odwrót i wtedy ich słowa mają sens. A jak jesteśmy przy pismakach. Biedny lisek chytrusek, dali liskowi stołek naczelnego w czasopismach i lisek musi udowodnić, że tworzy sprzedawalny produkt bo inaczej będzie chodził lisek koło drogi. Lisek dwoi się i troi, prosi kolegów z jedynie słusznej gazety by mu pisali po godzinach, ale ciemny i niewdzięczny lud nie docenia liska. No i trzeba zakasać rękawy, obejrzeć reality show i wyciągnąć wnioski. Zszokować okładką i odwołać się do prymitywnych instynktów, byle tylko dodać swoje pisemko gratis do kurczaka, opchnąć gdzie się da i udowodnić skuteczność. Lisek chytrusek niestety widać pomylił powołanie: jakby prowadził tabloid mógłby dawać zdjęcia gołych panienek, no może gołych gejów jako, że mamy polityczną poprawność i jakoś by się szło do przodu, niekoniecznie nogami. Niestety! Lisek chytrusek to ambitne zwierzątko i marzy by prowadzić gazety opiniotwórcze, nie rozumiejąc, że przedruki z jedynie słusznej gazety to za mało by odnieść sukces. Tak samo zdjęcia rodem z tabloidów, bo ludzie szukający krwi i seksu w tabloidach niekoniecznie lubią czytać długie teksty. Ale co ma zrobić lisek chytrusek, skoro on tu za gwiazdę i najbardziej odznaczanego robi,  głównie za wykończenie porządnego czasopisma?


( http://1.beznadziejnie.pl/img/upload/20120604113250.jpg )

Ale dość o lisku chytrusku, który jak kot ma dziewięć żyć i spada na cztery łapy, nawet gdy czasem obije sobie zadek. Goszcząca w „Poranku” w „ukochanej” radiostacji karnistka, jak prawdziwa gender poprawna pani użala się nad biednymi pedofilami. Przecież to ludzie i potrzebują czułości i  miłości a nie żadne wampiry i bestie. Nie, oni nic złego nie robią tylko gwałcą dzieci za co powinno się takich powiesić za narzędzie zbrodni. Ale mainstream, zgodnie ze swoją pokrętną logiką, zawsze znajdzie wyjaśnienie dla oprawcy i jakoś go wytłumaczy, nie ma zaś nawet minimum zrozumienia dla ofiary bo przecież sama sobie winna jako, że zupa była za słona, za krótką spódnicę ubrała i nie musiała przecież rozmawiać z panem w czarnym płaszczu. Jak wiadomo ofiara winna, że w ogóle oddycha a jak zostanie napadnięta niech na nic nie liczy. Ale oprawca?! O, och zasługuje koniecznie na ciepłe mieszkanko (Matka z dziećmi uciekająca od domowego kata nie zasłużyła na podobne przywileje. Głupia kura domowa po co była zależna finansowa od męża i teraz płacze? Trzeba się było wyskrobać i iść do pracy a nie dzieci rodzić), na pracę (Absolwent wyższej uczelni bez dziesięcioletniego doświadczenia może iść najwyżej na kasę w hipermarkecie. Czemu na studiach nie zasuwał na bezpłatnym stażu dla „jaśnie pana prezesa”. To we łbie się przewróciło bezczelom, że od razu chcą zarabiać dwa tysiące. Co za nadgodziny płacić? Na wakacje jechać, rachunki płacić? A mieszkaj żulu w piwnicznej izbie za miskę ryżu a jak grzecznie pomerdasz „jaśnie panu prezesowi” na niedzielę dostaniesz sos) i oczywiście na kogoś bliskiego, bo pedofil musi mieć dla kogo żyć, musi mieć do czego wracać i znaleźć sens życia.

Zgwałcone dziecko nie musi znaleźć sensu życia, zgwałcona kobieta zostanie nazwana puszczalską, zaś pro-lifowcy z miłości do życia zmuszą ją do urodzenia dziecka gwałciciela, bo przecież jest tylko inkubatorem. Gwałciciel ma uczucia i potrzeby seksualne, gwałciciel zasługuje na drugą szansę, zgwałconą kobietę można szmacić do woli w imię „obrony życia”, a jak zechce walczyć o swoje życie, zdrowie i godność na stos jako czarownicę.  Ofiarom nie należy pomagać, ofiary mają cierpień i nie kłuć w oczy genderowo poprawnym, mają jeszcze iść z kwiatkami do swego kata. Bo oni przecież zostali skrzywdzeni przez system, bo przecież nie można ich nazywać bestiami, bo przecież nie można ich stygmatyzować, bo przecież oni nie są źli, oni mają tylko problem. I powiedzcie mi Czytelnicy jak mam nie dostać szału słuchając podobnych rzeczy? Wiem, wiem powinnam zmienić stację, ale chcę wiedzieć co tam przeciwna strona pakuje ludziom do głów. Wtedy wiele zachowań nabiera sensu i wiadomo jaki był algorytm programujący poszczególnych st

Cnota, czyli zbrodnia

Oj się porobiło, porobiło jak nie wiem co. Od czego by tu zacząć mój skromny komentarz? No tak, trzy zdarzenia pasują do cnoty, będącej zbrodnią. Dwa z nich są, że tak powiem, powiązane zaś trzecie cóż, takie sobie z innej bajki. Ale łączy je tak rażący relatywizm, że się dziwię, że tak niewielu się dziwi, no chyba, że mnie tak tylko bije po oczach, bo ja nadwrażliwe oczy mam i powinnam iść do okulisty, czy innej specjalisty od wrażliwości oczu i nie tylko.

„Nie wolno znieważać Prezydenta RP”- krzyczą różni święci mainstreamu, po wyroku dla twórcy strony antykorom.pl. Prawda – powie każdy normalny człowiek. Ale prawda mainstreamu ma to do siebie, że jest prawdą tylko i wyłącznie w ściśle określonych warunkach. To znaczy „Nie wolno znieważać Prezydenta RP z popieranej przez nas formacji”. Bo żarty z Bronisława Komorowskiego to atak na prestiż państwa, zaś wyszydzanie zmarłego Lecha Kaczyńskiego, pani Marii Kaczyńskiej i chamskie ataki na ich córkę Martę to cnota i obywatelski obowiązek światłego obywatela niosącego kaganek oświecenia poprzez mroki ciemnoty moherowej, ku lepszej, zielonej przyszłości w jakimś tam, aktualnie politycznie poprawnym, raju z fajnymi pochodniami ze zgwałconych kobiet zapalanymi za friko przez wyznawców religii miłości. Strona antykomor.pl rzecz jasna obrażała, ale za to spierzajdziadu już nie. Bo jak my obrażać to dobrze, jak nas obrażać to źle. Brzmi znajomo? Taa, więc jak to jest z cnotą i występkiem.

Scenka numer dwa. Dziennikarze zorganizowali prowokację i pokazali nadmierną, że tak powiem  chęć pomocy, ludziom z otoczenia Premiera RP przez pewnego sędziego z Gdańska. Oczywiście nikt nie skaże sędziego, ale dziennikarza, który ujawnił sprawę, bo pamiętaj smrodzie, że jak przyłapiesz wojewodę to zostaniesz skazany. Oczywiście Donald Tusk całkiem inaczej reagował na ujawnienie taśm Renaty Beger, co przypomniała stacja Polsat News, kiedy to wówczas lider głównej partii opozycyjnej chwalił za odwagę dziennikarzy nie uginających i nie klękających przed władzą, ale w obronie prawdy i praworządności szli pod prąd i pokazywali opinii publicznej patologie władzy. Wróć. Za PiS były patologie bo PiS to patologia, co jest aksjomatem nie wymagającym udowodnienia, zaś za rządów miłości nie ma patologii tylko wielka miłość do rodziny i najbliższego dworu. A kto wątpi i za bardzo pyskuje (czytaj krytykuje władzuchnę)  tego w kamasze.
(http://top1-1.com/wp-content/uploads/2011/02/kamienowanie.jpg)

„Wolność sztuki w Polsce jest tłumiona”- grzmiał twór genederowej nowomowy, czyli kulturoznawczyni, czyli tłumacząc na polski absolwentka bambusologii stosowanej na uniwersytecie zdrowia i szczęścia wszelakiego, która różowymi włosami i atakami na Kościół Katolicki orze jak może (a raczej nie może, więc kiepsko orze, bo różowe kłaki to jednak za mało, musiała by jeszcze tym i owym poświecić).  No w każdym razie genitalia na krzyżu to „artystyczna prowokacja” i wyraz zagubienia człowieka wobec nacisków tradycji i niemożność znalezienia swego miejsca pośród sztywnych ram patriarchalnego społeczeństwa, gdzie twórczy i żądny wolności duch młodej kobiety nie może znaleźć miejsca w typowej roli żony i matki, zaś artystyczna wrażliwość nie pozwala na zamknięcie duszy w kieracie codziennych obowiązków. To drugie to moja próba podszycia się pod mainstreamowo- genederowy bełkot. A mówiąc krótko chodzi o Dorotę Nieznalską i próbę zaistnienia tej pani. Cóż kto protestował ten moher, nie rozumiejący sztuki. Cóż bo jak wiadomo nie od dzisiaj ataki na chrześcijaństwo to dowód na nowoczesność myślenia, zaś ataki na iSSlam to dowód nienawiści na tle rasowo-kulturowym. Dlatego autor filmiku „niewinność muzułmanów” gdzie powiedział parę dosadnych, acz nie kłamliwych, słów o Mahomecie lubiącym małe dziewczynki, kobiety i prześladowanie inaczej myślących mainstream wyje z oburzenia. Jak tak można ranić uczucia religijne muzułmanów?! Przecież oni są dobzi i cacy, no tylko lubią palić swoje córki, kamienować ofiary gwałtu, zabijać za akt Apostazji, odstrzeliwać głowy za posiadanie Biblii, palić modlących się chrześcijan, katować żony, dusić córki by zredukować liczbę gąb do wykarmienia, brać dzieci w szkole za zakładnikach, wysadzać się w pełnym ludzi metrze. Ale to przecież nic złego, no nie? Tak, zbrodnia powiedzieć o nich coś złego! To nienawiść i mowa nienawiści!

Niepełnosprawna płeć

Polscy paraolimpijczycy wrócili z Londynu. Zdobyli prawie tyle złotych medali, ile pełnosprawni sportowcy w sumie. Jakoś mnie nie dziwi, że tam gdzie do sportu nie miesza się polityka i leśne dziadki można osiągnąć wyniki i to na światowym poziomie. Rzecz jasna kiedy nasi paraolimpijczycy walczyli o kolejne medale pies z kulawą nogą, za przeproszeniem, nie transmitował wspaniałej, sportowej walki, tylko coś tam od niechcenia pojawiło się na pasku zadań. Teraz zaś, gdy wrócili zwycięzcy, wszyscy świeci na nich czekali a nawet dostali na audiencję do Pałacu Prezydenckiego.  Będą fotki, kwiaty i ściskanie rąk, zaś potem wszystko wróci do normy a niepełnosprawnym jak było ciężko tak będzie. 

Ale za to rząd miłości podpisze konwekcję o przeciwdziałaniu przemocy wobec kobiet. Pod ową piękną nazwą znajdziemy zgniłą zawartość, jak w oszukanym koszyczku z malinami, gdzie pod pachnącymi owocami znajdziemy takie klimatyczne, białe paski, z których nijak nie wyjdzie camembert. No cóż walcząc z przemocą konwencja postanowi przy okazji uczyć o „niestereotypowych rolach płci”.

Już w preambule czytamy: „przemoc wobec kobiet jest wyrazem historycznie nierównych relacji władzy między kobietami a mężczyznami, które doprowadziły do dominacji mężczyzn dyskryminacji kobiet oraz stanęły na drodze do pełnego rozwoju kobiet”, bo jak wiemy tradycja każe lać kobiety. Co więcej: „’płeć’ oznacza społecznie skonstruowane role, zachowania, działania i cechy, które dane społeczeństwo uznaje za właściwe dla kobiet i mężczyzn”- a ja, niedouczona uważałam, że płeć to kwestia biologii, bo człowiek jako ssak jest rozdzielnopłciowy i każdy z nas ma płeć męską, albo żeńską. Ewentualnie cierpi na zaburzenia, co stanowi dramat gdy człowiek czuje się więźniem we własnym ciele, ale technicznie rzecz ujmując ma płeć taką lub inną. Oczywiście rozumiem o zmianę postrzegania społecznych ról, ale czy przypadkiem nie wchodzi tutaj niebezpieczna indoktrynacja? O tym czytamy dalej: „Strony podejmują, w stosownych przypadkach, konieczne działania w celu uwzględnienia materiałów dydaktycznych na temat kwestii takich jak równość między kobietami i mężczyznami, niestereotypowe role płci”, czym są niestereotypowe role płci? Homoseksualizm? Transseksualizm? A może życie w komunue? Czy przypadkiem rodzina, podstawowa komórka społeczna to nie „stereotypowa rola płci”, czyli źródło zagrożenia?

Ludzie powinni być równi wobec prawa, bez względu na płeć czy stopień niepełnosprawności. Dla mnie jednak słowa o promowaniu określonych postaw, oczywiście za państwowe pieniądze brzmią groźnie. Z przemocą trzeba walczyć. Czy to wobec kobiet, czy kogokolwiek. Mnie jednak słowa konwencji, może niesłusznie, kojarzą się z teoriami genderowymi, które szkodzą kobietom. Tak szkodzą, bowiem nie dość, że wpędzają w poczucie winy, że zamiast chodzić na wykład o wszczepianiu chipów w hipokamp myszy wolą poczytać bajki, że wieczorem po pracy muszą odpocząć a nie z nienagannym makijażem gotować obiad a potem mieć ochotę na seks. Co więcej są nic nie warte, skoro nie mają przygód z kim popadnie i są głupimi i pozbawionymi ambicji kurami domowymi, skoro zamiast robić karierę naukową wolą poświęcić czas na obserwację rozwoju dziecka, na czytanie mu bajek. Mnie naprawdę mało obchodzi co kto robi ze swoim  życiem, ale szczękam zębami na „kurę domową” i „karierowiczkę”. Wreszcie z zasady nie podoba mi się wprowadzanie odgórnie przepisów dla naszego dobra, w szczególności gdy dotyczą programu szkolnego i jedynej właściwej postawy. 
(http://www.wprost.pl/G/cache/4/e/b/4ebdbd894e96b5e2f1cc3e642490a584c2733873.jpg)


A tak ogólnie należy walczyć z przemocą i dyskryminacją nie tylko kobiet, ale LUDZI. Przemoc wobec dziecka, mężczyzny i jakiejkolwiek istoty ludzkiej winna być ścigana. Dlaczego mam wrażenie, że genderowe „łekspertki” traktują kobiety jako istoty słabsze z definicji, które potrzebują parytetów, specjalnych konwencji. Jakoś mi się to z paraolimpiadą skojarzyło. Może zanim zaczniemy tworzyć nowe przepisy zaczniemy przestrzegać istniejących? A skoro chodzi o promocję równości po co wciskać wszędzie żeńskie końcówki i kaleczyć piękny, ojczysty język psycholożkami, biolożkami i filozofkami? Ostrzegam: jak ktoś mnie nazwie biolożką albo matematyczką czy informatyczką to mam na składzie żeliwną patelnię. 


http://www.europapraw.org/files/2011/10/konwencja_PL.pdf

Matrix

A może nie matrix, a raczej odział psychiatryka bez nadzoru.  Chociaż skoro wszystko wydaje się wariackie, to może coś ze mną nie tak? Nie wiem. Witam pod długiej przerwie, nadmiar zajęć w świecie realnym zmusił do wakacji blogowych, a inna rzecz, że chwilami komentowanie absurdów polskiej polityki i życia publicznego męczy. Ale brakowało mi Was Czytelnicy, więc już nie mogłam wytrzymać. Może zacznę pisać więcej na inne tematy? A na razie krótki przegląd kuriozów.
Amber Gold. Chyba każdy wypowiedział co sądzi o złotych bursztynach. Padło wiele, wiele słów o upadku państwa, komisjach śledczych a tymczasem ludzie zostali bez pieniędzy, których znając życie nie zobaczą. Mnie zaś zastanawia jakim cudem, w podobno cywilizowanym państwie prawa, człowiek z wyrokami jakby nigdy nic zakłada firmę, zdobywa finansowanie (na drzewach pieniążki chodował?) i przez dwa lata radośnie nie płaci podatków. Skarbówka zaś nic, takiego szczegóły jak PITy parabanku nie widzi. A inna sprawa jak to jest, że Komisja Nadzoru Finansowego pisze pisma, ostrzega a prokuratura nic? I co ma z tym wspólnego syn premiera? Nie wiedział co robi, czy może się zaraził pomrocznością jasną? Zaraźliwe to draństwo, może nawet bardziej niż choroba filipińska.. A wunderkind biznesu, który rozkręcił interes jak nic był związany z PiSem, jako, że wszystko co złe w tym kraju to wina PiS, nawet susza/powódź/trąba powietrzna/mróz/fala upałów/niepotrzebne skreślić.

Pies zamawia marychę, aby ją badać. Nie, nie żartuję, poważni komentatorzy dużo mówili na temat psa piosenkarki, do którego przyniesiono narkotyki. Pewnie się okaże, że pies piosenkarki ma rozdwojenie jaźni i jest psem Ludwika Dorna, który to działa na polecenie kota Jarosława Kaczyńskiego. Absurd? Oczywiście, ale skoro poważni komentatorzy mówili o psie zamawiającym narkotyki. Ale koniec żartów, bo sam pomysł by trzymać w domu narkotyki na własny użytek przeraża. To nie są dropsy, zaś związek zażywania substancji psychoaktywnych z schorzeniami psychicznymi potwierdziły liczne badania naukowe. No, chyba, ze chodzi o to byśmy wszyscy chodzili na haju. Wtedy pewnie zobaczymy tysiące kilometrów dróg ekspresowych i autostrad, prężnie  rozwijającą się, konkurencyjną na europejskim rynku gospodarkę i młodych, kreatywnych ludzi zdobywających  świat, bynajmniej nie na zmywaku w Londynie. Jesteśmy coraz bogatsi i żyje nam się lepiej, zaś dług publiczny maleje. Rodzi się nas coraz więcej w zielonym raju nad Wisłą a w pracy można przebierać, wysoki poziom kształcenia w szkołach zapewnia przepustkę na najlepsze uczelnie świata, na które zdają niezwykle prężni i mobilni młodzi ludzie. Cóż odpowiednia ilość skrętów i człowiek będzie miał takiej jazdy bez konieczności palenia zioła.

Jarosław Kaczyński wyszedł z propozycjami. Niektórymi całkiem dobrymi. Choćby z likwidacją gimnazjów, jednej z największych pomyłek systemu edukacji. Jakby jeszcze coś zrobiono z testami.. Tak, ale gimnazjaliści mają lepsze wyniki w testach- mówi zwolennik tego tworu. Owszem, polscy uczniowie mają dobrą wiedzę encyklopedyczną, szkoda tylko, że nikt ich nie uczył jak z niej korzystać. Ale przecież o zakuwanie chodzi, a nie o myślenie. Inny zwolennik gimnazjów powiedział, że to dobrze, że młodzież w trudnym wieku została zgrupowana w jednym miejscu. Mogą sobie wzajemnie pomagać. Ja im proponuję dać maczety a jak nic sobie pomogą. Bo jak wiadomo zamknięcie ze sobą nabuzowanych hormonami młodych ludzi wcale nie prowadzi do konfliktów, bo wszyscy zrywają kwiatki i wiją z nich wianki (jeden skręt nie pomoże by to zobaczyć). Bardzo też podoba mi się pomysł możliwości wyboru między ZUS a OFE. Co prawda ZUS była nazywany Zakładem Utylizacji Szmalu,  ale z OFE wyjmie się jeszcze mniej pieniędzy niż z ZUS. A ja bardzo, ale to bardzo nie lubię jak podobno mądrzejsi robią coś z moimi pieniędzmi bez mojej zgody. Nikt mnie nie ubezwłasnowolnił i chcę móc decydować co zrobię z własnymi funduszami.

Po co człowiekowi plankton?

Do podnoszenia ciśnienia. To odpowiedź na pytanie w tytule.  I nie chodzi mi o takie małe morskie żyjątka, no w każdym razie nie w dosłowny sposób. Tę samą funkcję, pełni kabaret zadowolnych z siebie starszych panów (bardzo przepraszam za porównanie panów Jeremiego Przyborę i Jerzego Wasowskiego oraz wszystkich fanów) z audycji EKG z „ukochanej” radiostacji. Nawiasem mówiąc można zrobić badanie na wpływ poziomu bezczelności „jaśnie panów prezesów” i  fachoffców z klucza partyjnego na EKG pracy serca. Byle nie puszczać co lepszych kawałków, bo słabszym pikawa padnie i czapa mówiąc kolokwialnie. Dzisiaj jeden z tych wunderkindów zachwalał pomysł byśmy wszyscy byli samo zatrudnieni. Bo już umowy śmieciowe (ależ się wili na nazwanie po imieniu ich pomysłów na wyżyłowanie  młodych), najlepiej bądź bardzo kreatywni, co rusz zmieniajmy pracę. 

Kabaret samozadowolonych panów wiedzących wszystko najlepiej (co powiedział Sokrates? Wiem, że nic nie wiem?) nie ma kłopotów z zatrudnieniem. Mając wujka, ojca, dziadka, pociotka, kuzyna, żonę i kochankę (a idąc z duchem czasów kochankę, kij od miotły i psa) gdzie trzeba bez trudu zmieni fotelik prezesa spółki A na spółkę B. A jak się skończą spółki to zostanie prezesem firmy konsultingowej, doradztwa finansowego a potem zaczynamy zabawę od początku. To są rzecz jasna wielkie byznesmeny i rekiny finansowe, z zakluczonym doktórem na czele.

Rekiny. Wielkich finansistów z Wall Street nazywa się rekinami biznesu. Takim rekinem był nieżyjący Steve Jobbs  (rekinem i człowiekiem świetnie wiedzącym jak wmówić bogatym snobom, że nie mogą żyć bez kolejnego szalenie drogiego gadżetu), Bill Gates, nie mówiąc o mistrzu przekrętów Madoffie, który ograł wspomnianych poprzednio. To były rekiny, prawdziwe żarłacze. Drobni i średni przedsiębiorcy, zasuwający w swoim firmach to płotki. W kraju, który nie rzuca im kłód pod nogi gdzie tylko się da, ludzie ci dorabiają się swojego majątku. Może nie miliardów, ale na spokojne życie starczy. W pierwszej chwili myślałam, że jaśnie pany prezesy to płotki. Nie, to plankton, który by został rozgromiony przez rekiny. Nawet nie pożarty, bo taki żarłacz jakby wcinał taką drobnicę zdechłby z głodu, ale po prostu połknięty. Taka woda, no może takie coś tam fikuśne w niej pływało, ale kto by się przejmował.

I taki plankton ustala nasze finanse. Dlatego młodzi ludzie, kreatywni i przedsiębiorczy, biorą nogi za pas i za granicę. Tam znajdują pracę za którą się można utrzymać i rodzą dzieci. Mają rodziny, zaś w Polsce mamy zapaść demograficzną. No a czego się spodziewać jak mieszkanie ma ceny astronomiczne, wynajęcie także a przeciętna płaca (nie mylić ze  średnią) nie powala przeżyć bez pomocy. Płaca średnia, konia z rzędem temu, kto tyle zarabia. Kto ma pojęcie o statystyce wie, że średnia to dobra miara jak wszystkie zmienne są podobne (małe odchylenie standardowe)  i mają rozkład normalny.  Tego nie powiemy o płacach w Polsce jak zobaczymy za ile jaśnie pan prezes zatrudnia młodego człowieka na umowę śmieciową by miał doświadczenie. Tu o wiele więcej powiedziałaby dominanta i mediana, ale wtedy szlag by trafił propagandę sukcesu, że Polacy się bogacą, chociaż tego nie widzą.

Czemu słuchałam rano jak się mądrzy plankton? Ano nie wyspałam się i trzeba było sobie podnieść ciśnienie. Nic tak nie podnosi krążenia i nie budzi człowieka z zaspania jak  przemądrzały ton jaśnie pana prezesa. Tylko nie można z tym lekiem przesadzić. Wszak kreatywna księgowość (nie mylić z ciężką, uczciwą i odpowiedzialną pracą księgowych) menedżerii (nie mówię o ciężko pracujących ludziach) wzięła się z tego, że ktoś tam coś tam chciał lekko poprawić. Aha: w ramach polityki prorodzinnej rząd kończy program „rodzina na swoim”. 

(http://i.obrazky.pl/kot-rekin-OBRAZKY.PL.jpg)

Trudość ofiary

Ostrzegam! Powyższy tekst może być bulwersujący. Stąd wszelkich fanatyków pro-life i moralistów informuję na wstępie. Nie czytajcie, nie skoczy wam ciśnienie. Inna sprawa, że w równie deszczowy dzień.. Ale dość żartów bo sprawa poważna. Zarówno portal w.polityce.pl, jak i niezależna.pl piszą o przypadku Barbary Castro Garcia, dziennikarki, która zmarła poświęcając się dla swego dziecka.

Przypadek nieco podobny do przypadku Agaty Mróz: ciężarna kobieta dowiaduje się, że ma nowotwór. Nie podejmuje leczenia, co groziłoby uszkodzeniem płodu. Wstrzymuje chemioterapię aż do porodu. Niestety! Przez okres ciąży rak szalał w organizmie i kobieta umiera. Osieraca dziecko, pozostawia męża w żałobie...

Nie wiem jak odnieść się do takich przypadków. Nie mam bladego pojęcia jak się odnieść i pozostaje mi żywić nadzieję, że nigdy nie stanę przed podobnym wyborem i nikt z bliskich mi osób nie stanie w obliczu czegoś równie ciężkiego. Może kogoś obrażę, ale trudno. Nie pochwalam takich postaw. Nie mnie kogokolwiek tutaj oceniać, ale nie pochwalam. Jeśli mowa o pierwszym dziecku, jak w przypadku pani Garcii czy Agaty Mróz, mam mieszane uczucia. Z jednej strony słyszymy o wspaniałej ofierze, cywilizacji życia itd. Szkoda tylko, że nikt nie pomyśli jak ma sobie poradzić samotny ojciec z opieką nad niemowlakiem. Szkoda, że niewielu pomyśli co będzie czuło dziecko, gdy się dowie, że matka umarła by ona/on mogło żyć. Nie chcę by ktokolwiek się za mnie poświęcał. Nigdy.

  

O ile jednak w przypadku pierwszego dziecka mam mieszane uczucia, o tyle ciężko mi znaleźć choćby jedno, ciepłe słowo gdy kobieta osieroci starsze dziecko. Nazywajcie mnie jak chcecie, ale uważam, że świętym obowiązkiem matki jest opieka nad dziećmi. Nie powinna ich porzucać. Bo potrzebują jej najbardziej na świecie. Żywe dzieci potrzebują żywej matki a nie wspomnienia ikony. To one, żywe, świadome, czujące istoty potrzebują matki, nie zaś rozwijający się w macicy organizm.

Jestem przeciwna postawom gloryfikującym aborcję, gdyż każdy winien odpowiadać za swe czyny. Ale o stokroć bardziej jestem przeciwna poświęcaniu żywych i świadomych istot dla idei. Dzieci potrzebują matki, nie zaś świętej ikony. Dzieci potrzebują matczynej miłości i ciepła, nie zaś pacierzy. Pacierze i wiara są ważne, ale drugi człowiek też. Przez drugiego człowieka docieramy do Boga i w drugim człowieku Go widzimy.

Wybór życie własne a życie przyszłego dziecka to potworny dylemat. Szczególnie dla osób o poglądach pro-life. Ja rozumiem, że dla kogoś obrona życia poczętego to rzecz święta i szalenie ważna. Ale… nie można bronić życia poczętego, kosztem narodzonego. Nie mówię o usuwaniu ciąży bo „komuś się figura popsuje”.  Ale o w miarę wyważonym, na ile to możliwe,  podejściu.

P.S. Mamy nową, wakacyjną plagę. Upadają kolejne biura podróży. Ludzie cały rok zbierają na wakacje, płacą a tu figa! Przyjeżdżają do upragnionego kurortu, zaś na dzień dobry zostają wyrzuceni z hotelu. Lądują na trawniku, albo jakiejś melinie z karaluchami. A co najgorsze nie wiadomo czy i w jakim procencie odzyskają pieniądze, gdy nieuczciwy przewoźnik zwinął działalność.  W trakcie manifestacji w Katowicach przeszli zwolennicy autonomii Śląska i ku zmartwieniu niektórych komentatorów, prawica nie wywołała burd. Jak dla mnie niech się odrywają, jeśli nie będziemy potem z podatków dofinansowywać nierentownych kopalni, zaś górnicy z kilofami nie pójdą na Warszawę, ale zaczną gdzie indziej krzyczeć. Coś za coś. Zresztą będzie wesoło. Jak czytamy tutaj: http://niezalezna.pl/31011-nadciaga-hipoteczne-tsunami czeka nas tsunami, czyli mniej dramatycznie rachunek za radosne kredytowanie kogo popadnie. Chwilówki nie będą nas kosztować majątek tylko chwilę. Kredytobiorcy będą mieli rosnące problemy ze spłatą zobowiązań a będzie tylko ciekawiej. Cóż jak patrzę co się dzieje, ile pieniędzy pójdzie na spłatę imprezy PZPN i propagandy sukcesu aż mi się robi słabo. Cóż, aż się nie chce włączać telewizora, zwłaszcza, że wiem jak bardzo oficjalna wersja wiadomości ma wiele wspólnego z rzeczywistością.

Dlatego coraz mniej chce mi się komentować. Po prostu ręce opadają. Zaś o swoim życiu w realu nie mam ochoty pisać na publicznym forum. To brzmi lepiej niż polityczne newsy, ale po co tu ludziom marudzić. Przebudzenie ze snu, odarcie ze złudzeń boli. Ale skoro widać na horyzoncie lepsze perspektywy nie ma tego złego. Będzie dobrze, bo nie wszędzie jest źle a nie wszystko jest takie na jakie wygląda.

Pomogłam. Jestem naiwna?

Z zasady jestem przeciwna wspieraniu żebractwa. Z zasady nigdy nie daję pieniędzy, bowiem nie mam żadnej gwarancji czy zamiast na chleb nie pójdą one na wódkę lub papierosy. Do szału doprowadzają mnie nachalne grupy naciągaczy, którzy rzępoląc w środkach komunikacji miejskiej wymuszają datki. Są tak bezczelni, że prawie się wciskają na ludzi. Aby skuteczniej żerować na naiwności i dobrym sercu ludzi biorą ze sobą dzieci, aby wzbudzać litość, aby zwiększać swoje zyski. Najgorzej mniej drażni jak takie bandy, bo nie mam wątpliwości, że to świetnie zorganizowane i wyszkolone grupy żyjące z żebractwa, napastują gości ogródków piwnych i kawiarni w centrach wielkich miast. Ci ludzie nie wyglądają na biednych i potrzebujących, ale na po prostu osoby, które wybrały takie a nie inne metody zarabiania.

Ale mimo wszystko wczoraj coś mnie tknęło. Gdy podeszła do mnie kobieta około pięćdziesiątki, a może i młodsza, była bowiem tak zniszczona, że być może miała niewiele więcej lat niż ja, z prośbą bym jej kupiła coś do jedzenia nie umiałam odmówić. „Ja nie proszę o pieniądze, ja potrzebuję jakiegoś sera, wędliny. Chleb już mam. Ale nic więcej, a dopiero we wtorek dostanę zasiłek”. Wyglądała przekonująco: ubrana skromnie, ale czysto, mówiła słabym, łamiącym się głosem. Może już zbyt wiele łez wylała? Może już nie wiedziała jak prosić?

 Zrobiłam dla niej zakupy, cóż nie kosztowało mnie to fortunę, zaś jeśli ona faktycznie nie miała co jeść. Na widok siatki jej zniszczona, ale nosząca ślady uroku, twarz rozjaśniła się. Cieszyła się, że będzie miała co jeść, ona a być może i dzieci? Nie wiem. Może dałam się nabrać jak święta naiwna, pewnie dałam się podejść jak dziecko. Ale w tamtej chwili naprawdę czułam, że pomagam potrzebującemu człowiekowi. Nie prosiła o pieniądze, tych nie dam nikomu z zasady, ale o jedzenie, to mnie przekonało.

Cóż jak donosi portal w.polityce.pl bieda w Polsce rośnie (http://wpolityce.pl/dzienniki/dziennik-zbigniewa-kuzmiuka/31938-bieda-rozszerza-sie-za-rzadow-tuska-media-wyciszyly-wydzwiek-raportu-gus-ubostwo-w-polsce-w-2011-roku). Oczywiście mainstream, zajęty obłędną propagandą sukcesu euro2012, nic o tym nie mówił. Przecież wszyscy nas chwalą i zbiliśmy na tej imprezie kokosy. Zwłaszcza firmy, którym nie zapłacono za ich pracę, ale o tych dramatach cicho sza, żeby nie wyjść na malkontenta. W miodem i mlekiem płynącej drugiej Irlandii coraz więcej dzieci żyje w biedzie, ludziom jest coraz ciężej, ale najważniejsze, że nie ma „Kaczora” przy władzy. Bo on stanowi największe zagrożenie, on i grupa głupców chcących wyjaśnienia przyczyn katastrofy Smoleńskiej. Jest cudownie. Jesteśmy coraz bogatsi, mówią „jaśnie pany prezesy”. Aby wyjaśnić: owo określenie nie dotyczy właścicieli małych firm ciężko pracujących na swe utrzymanie. Chodzi mi o krewnych i znajomych dworu, którzy z nadania partyjnego kierują wielkimi spółkami i dzięki kontaktom z kim i gdzie trzeba w ramach „kreatywności” oraz „przekwalifikowania” zamieniają stołek prezesa firmy X na stołek prezesa firmy Y.


  

Już widzę jak pani sprzątaczka, czy pani woźna w szkole ma się szanse na zmianę kwalifikacji i zdobycie nowych umiejętności. Może i jeszcze kurs językowy i obsługi pakietu office? Zaś taką panią po pięćdziesiątce to każdy chętnie zatrudni. Tak przynajmniej wmawiają nam  „jaśnie pany prezesy”. Czy owa potrzebująca kobieta, którą spotkałam wczoraj należała do tej grupy? Czy straciła pracę i nie mogła znaleźć nowej? A może w ogóle nie pracowała wcześniej zawodowo? Nie każdy wybiera życie na zasiłku, są rzecz jasna cwaniaczki żyjące świetnie z socjału, ale nie wszyscy. Niektórzy, mniej zaradni, słabiej wykształceni, po prostu nie mogą sobie poradzić, nie mają szans. Czy praca leży na ulicy? Wedle „jaśnie panów” tak. Ale cóż nie każdy chce, oraz może, zasuwać na pełen etat za niecały tysiąc złotych. Zwłaszcza jak rodzinę utrzymać trzeba. Ale co to obchodzi „jaśnie panów prezesów”?

Aby ludzie przypadkiem nie zauważyli co się dzieje ludowi trzeba igrzysk. Rzecz jasna Euro 2012 spadło jak prezent. Teraz uruchamiamy propagandę sukcesu, a żeby odpowiednio podgrzać nastrój lisek-chytrusem straszy Talibami i okłada prawicę pałką na łamach swego pisemka. Chyba chodzi o większą aferę, skoro tak krzyczy.

Wakacje, ale gdzie na wakacje?

Dzisiaj uczniowie rozpoczęli wakacje. Sama pamiętam jak w czasach szkolnych ogromnie cieszyłam się na ten dzień. Cały czerwiec miał w sobie tę magię, tę cudowną zapowiedź nadchodzących dwóch miesięcy laby. W dzień zakończenia roku, szłam elegancko ubrana na rozdanie świadectw z obowiązkowym kwiatem w dłoni. Nie zawsze był tam czerwony pasek, ale cóż jakie perspektywy! Zresztą teraz już wiem jak niewiele znaczył ów pasek, bo przecież ocena ocenie nie równa. Owszem uczyć się warto (czyżby?), ale … właśnie.

Częścią wakacji rzecz jasna były i są wyjazdy. Kolonia na dwa tygodnie stawała się przybraną rodziną. Koleżankom z pokoju opowiadało się sekrety, próbowało pierwszych szaleństw z dala od rodziców, posyłało pierwsze uśmiechy chłopcom.. No i największa radość: dzień dziecka, czyli możliwość nie mycia zębów i żadnej kąpieli! Wtedy kto tam myślał o próchnicy czy nieładnym zapachu, przecież z wolności korzystać trzeba! Tańce na dyskotece przy muzyce Mr. President, nieśmiałe skoki w rytm muzyki, pierwsze fascynacje.. Ech to były czasy…

Teraz jednak coraz mniej dzieci będzie znało „zielone wzgórza nad Soliną” z autopsji, czy wspominało zimowe schodzenie „na pupie” ze stoku.. Bo wyjazdy kosztują coraz więcej, a wbrew propagandzie sukcesu nie zarabiamy jakoś drastycznie drożej. Jak usłyszałam w „Polsat News” średnia cena wyjazdu do 1,700 zł, zaś obozy tenisowe czy taneczne kosztują więcej. Kto zaś chce wygrzewać się na plażach nad morzem Śródziemnym.. Cóż obejrzy morze w Internecie.

Za moich szkolnych czasów zakłady pracy organizowały wyjazdy dla dzieci pracowników. Cenowo wychodziło całkiem korzystnie. Owszem nikt nie śnił o wifi w pokoju, zaś do łazienki stało się w kolejce, ale ta atmosfera, ten smak lodów! Ech… Wiedziałam, że z wyjazdami bywa ciężko, ale nie wiedziałam, że kolonie powoli stają się dobrem luksusowym. W tym samym serwisie informacyjnym dziennikarka mówiła o dziewczynce, która sprzedaje przy drodze jagody by zarobić na książki do piątej klasy. Zapewne „jaśnie pany prezesy” zaczną chwalić „kreatywność i elastyczność”. Pewnie niech młoda od maleńkości zna miejsce w szeregu, łba za wysoko nie podnosi i niczego nie oszukuje. Dla „jaśnie pana prezesa” gabinet i wakacje na Arubie za grzanie skórzanego fotela. Dla dziewczynki praca, praca i jeszcze raz ciężka praca. I niech się z miski ryżu, pardon pajdy chleba z margaryną z promocji, cieszy. Smutne to, ale cóż jest pięknie i się bogacimy. A tymczasem co roku czytamy dane i wiadomości, że ponad połowa polskich dzieci spędzi wakacje w domu. Te ze wsi mogą grać w piłkę, chodzić po lasach, pomagać rodzicom w pracach gospodarskich. Te miejskie mają chociaż możliwość skorzystania z półkolonii..

 
(http://cdn7.se.smcloud.net/t/photos/thumbnails/118456/co_drugie_dziecko_nie_pojedzie_640x0_rozmiar-niestandardowy.jpg)

Ja nie mówię, że wakacje na wsi to dramat. Wszystko może być fajne, ale czasem zmiana otoczenia pomaga odpocząć, pozwala poznać nowych ludzi, oderwać się, zobaczyć coś więcej na żywo a nie tylko na komputerze. Wakacje w domu i urlop wykorzystany na remont to nie moda, ale konieczność. Teoretycznie mamy otwarte granice i taka Hiszpania czy Kanary czekają. Ale czy przypadkiem dla większości z nas wyjazdy nie są równie daleką linią na horyzoncie co jeszcze całkiem niedawno.

P.S. Znowu mnie dopadła awersja do komentowania zdarzeń z polityki i życia publicznego. Jeśli ktoś nie dostrzega hipokryzji w stwierdzeniu, że podstarzały showman Wojewódzki obraża ludzi, tylko wyraża opinię zaś nazwanie homoseksualizmu czymś nienaturalnym uwłacza to nie wiem jakim mówić językiem. Jeśli kogoś bawią żarty z brzozy smoleńskiej i Tupolewa nie ma szans na znalezienie wspólnego języka. Cóż MWzWM z modnych kierunków mają szanse obudzić się z ręką w nocniku. Już wiedzą, że będą pracować do 67 roku życia a bezrobocie rośnie. „Jaśnie pany prezesy” chcą mieć dwudziestoletniego pracownika z dziesięcioletnim doświadczeniem zasuwającym 20 godzin na dobę za 1000 zł. Cóż przyjdzie nowy, wspaniały świat. Już tu jest.