Dawno mnie tutaj nie było, aż wstyd przyznać jak zaniedbałam bloga. W moim życiu od roku 2018 zaszły zmiany, bynajmniej nie na lepsze, przez co musiałam dokonać zmian. Jak sam tytuł wskazuje, zmieniłam Kanadę na Szwajcarię, a dokładnie Toronto na Zurych gdzie mieszkam od jesieni zeszłego roku. Od pewnego czasu zbierałam się na napisanie notki, lecz do porzuconych zadań ciężko wracać.
Miałam w Kanadzie stały pobyt, mogłam aplikować o obywatelstwo lecz sytuacja rodzinna zmusiła mnie do poważnych przemyśleń. I właściwie dobrze, ponieważ projekt Kanada nie miał prawa się udać. Jak zauważyła ongi Ania, pozdrawiam Cię jeśli to czytasz, że nie lubię kraju w którym mieszkam, podobnie jak nie lubię ludzi z którymi pracuję. To ostatnie nie było całkiem prawdziwe, ale kraju nie lubiłam bo i co tutaj lubić z mojego punktu widzenia: oszalały libertynizm, tęczowy terror multi-kulti i miłość do islamu? Ale ponieważ zasadniczo lubiłam pracę, to nie chciałam zmian, a może się ich bałam?
Powinnam była odejść dwa lata wcześniej. Potrzebowałam solidnego walnięcia w głowę by pojąć, że nie trafiłam w tak dobre miejsce jak ongi sądziłam. Szef nigdy mnie nie cenił, a moje starania trafiały w czarną dziurę co do mnie z czasem dotarło kiedy przestałam uważać, że muszę się wykazać. Doceniłam też polskich kolegów . Każdy był ode mnie lepszy i dopiero przyjazd kolegi, "man of action", którego za przeproszeniem pierd*** wywoływało owacje, zmusiło mnie do dostrzeżenia prawdy. Północna Ameryka to dobre miejsce na zdobycie doświadczenia, bo takowe zdobyłam, lecz nie na życie. Nie, nie próbuję mówić, że Kanada to okropne miejsce lecz na pewno ja tam nie pasowałam. Toronto to świetne miejsce jak ludzi o lewicowo-liberalnych poglądach, chcących żyć na pograniczu chińsko-indyjskim, chcącym spróbować trawki i chętnych uprawiać seks na pierwszej randce. To dobre miejsce na wakacje, by poznać czym jest Ameryka Północna bez zagrożeń i bandyterki USA. Kanada i USA to dwa odmienne kraje, z Kanadą będącą tym bardziej bezpiecznym i lepszym do życia z tych dwóch. Trzeba jednak wiedzieć, że to nie Europa, że nie ma tam miejscowej kultury i że generalnie nie ma co liczyć na pomoc.
Toronto to miasto osiedli jak mawiają, co ma sens bowiem mieszkają tam ludzie z całego świata, zaś jak wiemy w zalewie bodźców każdy szuka czegoś swojskiego. Nic zatem dziwnego, że ludzie tworzą swoje osiedla, jeszcze nie getta, na podstawie tego skąd są, w co wierzą by w tym chaosie znaleźć jakiś sens. Piszę "jeszcze nie getta", bowiem to nie zamknięte jednostki, lecz w Toronto są całe dzielnice gdzie nie mówi się w języku urzędowym, zaś tacy Chińczycy na przykład mają swoje sklepy, urzędy i wszystko tworząc niejako równoległe społeczeństwo. Wysyp meczetów i całe chmary kobiet w chustach otoczone gromadą dzieci stanowią zapowiedź stref no-go, bowiem dzieci zakutanej kobiety nie zostaną wychowane w poszanowaniu praw religijnej wolności drugiego człowieka, bowiem za nich wybraną totalitarną ideologię udającą religię. Toronto, które przypomina mi społeczność terminala lotniskowego z przypadkowymi ludźmi będącymi w danym miejscu i czasie, nie jest zamknięte na cudzoziemców, nie jest się w oczywisty sposób obcym lecz nie ma jasnych wskazówek dla nowo przybyłych. Zapewne dlatego, że większość ma już swoje "osiedle", swą społeczność która pomaga. Ja mieszkałam daleko od Polonii, do tego przyjechałam na innych zasadach więc nie mieliśmy wspólnych doświadczeń.
Dlaczego Szwajcaria? Ponieważ musiałam wracać do Europy, a zarobki w Polsce wciąż pozostawiają wiele do życzenia. Lista europejskich krajów nie najechanych przez Hindusów, Chińczyków i wyznawców "Religi pokoju" nie była długa, a ja chcę żyć w Europie, nie jakiejś Azji. Zatem padło na Szwajcarię, zaś w rozmowie o pracę pierwsze pytanie było "Dlaczego?" po prawie i pięciu i pół latach zostawiam Kanadę, by przyjechać. Powody rodzinne to prawda, zaś niechęć do multi-kulti to drugie. I na razie żałuję, że nie przyjechałam do Szwajcarii wcześniej. Nie mam w sobie tego dzikiego entuzjazmu, wiem, że w Szwajcarii jako kobieta a do tego cudzoziemka wysoko nie podskoczę, lecz złudzeń pozbyłam się w Kanadzie. Być może, jak nauczała koleżanka mamy, najlepszym sposobem na awans jest zmiana pracy? Ja zmieniłam nie tylko pracę, ale też kraj i kontynent. I nie żałuję.
Nie, nie mam na myśli o wiele wyższych zarobków, chociaż to ważne. To, co najważniejsze to kultura pracy i ludzie. Po paru miesiącach w Zurychu wiem o moich kolegach więcej, niż w Toronto po pięciu latach ponieważ tutaj się w pracy rozmawia i chodzi razem na lunche. W Toronto każdy miał wykorzystać każdą chwilę na pracę, a od rozmów były networking events gdzie należało być przedstawionym bo inaczej było się niewidzialnym i niesłyszalnym. Moi koledzy pytają się jak sobie radzę, czy mi starcza na życie, czy czegoś nie potrzebuję. Zalecali bym zaczęła uprawiać sport, bo siedzę długo przy komputerze, zachęcali do wyjścia. A dla mnie owe zwyczajne w naszej kulturze gesty znaczyły wiele, bowiem w Toronto panowała kultura nie wtrącania się i nigdy nikogo nie obchodziło jak sobie radzę, poza może V. z mojej pracy i V. spoza które pytały jak sobie radzę, po tym jak dotknęła mnie rodzinna tragedia. Nikogo innego to nie obchodziło. I to był ten moment.
Czy to znaczy, że Kanada to okropny kraj to życia, a Szwajcaria cudowny? Nie, to naprawdę zależy od tego kto czego szuka. Jeśli ktoś szuka powiewu wielkiego świata, szybkiego i nowoczesnego życia, bliskości USA to polecam Toronto. Jeśli lubisz chodzić po klubach, spróbować niedrogo kuchni całego świata, żyć w tyglu kultur i języków, poznawać ludzi z Azji i Afryki, jedź do Toronto. Jeśli masz liberalne poglądy, wierzysz w to, że nie powinno być granic, płeć to kwestia umowna a nowy, zielony ład to przyszłość naprawdę pokochasz Toronto, której jest wyjątkowo kosmopolityczne. Jeśli jednak cenisz tradycję, acz dostrzegasz konieczność zmian, czarowne widoki Alp, chcesz żyć w Europie, w europejskiej kulturze, nie wierzysz w multi-kulti i mieszanie ras, wolisz stare, sprawdzone przez wieki rozwiązania, acz lekko zmodyfikowane, wybierz Szwajcarię. Niektórzy nazywają Szwajcarię zaściankiem, może i tak sama nie wiem, ale mnie na razie odpowiada spokój i czar tego zaścianka. Odżywam. Chodzę po parkach gdzie widzę białe rodziny z białymi dziećmi i wiem, że to czysty i spokojny kraj białego człowieka. Spaceruję po urokliwej starówce, nad jeziorem, a jak zechcę mogę napić dobrego wina siedzą na ławeczce. Tak, w Zurychu można pić alkohol w parku a jak ktoś rozrabia, to zostanie zgarnięty za zakłócanie spokoju. Nie to co Toronto, gdzie wierzono w moc prawa precedensu. No i mogę otworzyć okno na oścież, nareszcie!
Rzecz jasna moje doświadczenie z pracy za granicą nie jest typowe. Jestem osobą z doktoratem i generalnie jeździłam między ośrodkami naukowymi, przez co nigdy nie dotknęła mnie kwestia nostryfikacji dyplomu czy też problemu z uznaniem wykształcenia, ponieważ skończyłam trzeci etap studiów i publikowałam w uznanych, międzynarodowych czasopismach. Wiele słyszałam, przed wyjazdem z Toronto, jacy to ze Szwajcarów rasiści i nie lubią imigrantów, cóż ja się cieszę że tutaj nie Azja, nie wyglądam na obcego na pierwszy rzut oka, zaś przyjechałam mając pracę i dostałam z miejsca pozwolenie na pobyt (typu B) na pięć lat. A może po prostu już nieco pomieszkałam a granicą i nie oczekuję cudów? Może po prostu zobaczyłam jak opowieści o otwartości i tolerancji nie wytrzymują zderzenia z rzeczywistością? I może wreszcie już przerabianie bycia na końcu łańcucha pokarmowego z racji pochodzenia z Polski? A może po prostu miałam wielkie szczęście tutaj? Albo po prostu, tak naprawdę, nie przepadałam za szeroko rozumianą kulturą w Toronto, przeżywałam w gruncie rzeczy stan chronicznego szoku kulturowego na widok multi-kulti i wszechobecnego dyktatu LGBT? W Polsce tego nie ma: mimo wszystko mamy głównie kościoły a nie meczety, a co innego czytać o jakimś kraju, że tam jest tak a nie inaczej a co inaczej zobaczyć na własne oczy. Kiedy tak sprawy przemyślałam, to nigdy tak naprawdę nie lubiłam Toronto (chociaż próbowałam głośno przekonać siebie, że jest inaczej) a w Kanadzie lubiłam coś, co było kiedyś a nie teraz: ciężko pracujących, prostych ludzi zaś Toronto było po prostu inne.Zapewne wszystko po trochu. Cóż nie przyjechałam jako Polak z Polski, lecz ktoś z Kanady, do tego mający fach będący dość powszechnym w Kanadzie przez to mało cenionym, lecz tutaj wciąż poszukiwanym. A może szukanie pracy w Kanadzie, gdzie najczęściej nie było odpowiedzi i niejasne oczekiwania, było jak najlepsza szczepionka? Wiem jedno: będąc na obczyźnie zawsze będziemy obcy, nie ważne jak dobrze nauczymy się języka. Czasem jednak praca, lub brak takowej lub nędzna płaca, zmusza do wyjazdu. Zawsze ktoś będzie szydzić z naszej znajomości języka i generalnie większość ludzi wcale nie jest otwarta. Nie oczekuję od moich szwajcarskich kolegów byśmy się zaraz przyjaźnili, ponieważ sama nienawidzę tego jak słowo "friend" było nadużywane w Ameryce kiedy tak naprawdę nikogo nie obchodzi co z nami. Oczekuję byśmy się po prostu traktowali przyzwoicie. Jako osoba ceniąca punktualność i nie znosząca spontaniczności powinnam tutaj pasować. A jak nie, to cóż zawsze pozostaje wracać do Polski. Z doświadczeniem z Kanady i Szwajcarii na pewno będę w innej sytuacji niż w roku 2014, a przede wszystkim to ja zmieniłam się pod wieloma względami. Tak czy siak epizod, a może nie epizod, zagraniczny się opłaci. A o tym, co trzeba wiedzieć przed wyjazdem to napiszę innym razem. Ogólnie jednak bynajmniej nie żałuję mojego pobytu w Kanadzie, nie ten czas był cenny pod względem zdobywania doświadczenia życiowego i zawodowego. Dał mi wiele: tak cenne linijki w CV jak i po prostu wiele nauczył, a moje życie i wiedza byłyby uboższe bez tego czasu.
Zdjęcia w poście są mojego autorstwa.
I na koniec: komunikacja miejska w Zurychu jest naprawdę bardzo dobra i punktualna, zaś dwie minuty to już spóźnienie!





.jpg)









