Pokazywanie postów oznaczonych etykietą inne. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą inne. Pokaż wszystkie posty

Tym razem pozytywnie



Dzisiejszy tekst stanowi odpowiedź na komentarz Jeanette pod poprzednim postem. Jeanette zwróciła uwagę na mój dość negatywny wydźwięk komentarzy na temat sytuacji w Polsce. Postanowiłam więc napisać coś w nieco innym klimacie. Co prawda na temat III RP, systemu, rozdętego nepotyzmu i kolesiostwa blokującego młodych ludzi, nędznych płac, nierozliczonych afer, systemowej pogardy dla człowieka, drożyzny, braku perspektyw ciężko napisać coś pozytywnego. Warto jednak pamiętać, że w tym szaleństwie są też ludzie, porządni mimo wszystko bo kraj to nie tylko ta chora otoczka ale i mieszkańcy (co zauważyła słusznie Jeanette). Zatem wspomnę dzisiaj świetnych ludzi których spotkałam, a im dłużej patrzę i porównuję tym bardziej ich podziwiam. Kolejność jest przypadkowa, w żadnym wypadku nie mająca na celu wskazanie ważniejszych i mniej ważnych osób. Zaś o zakłamaniu "polskich" elit w sprawie malezyjskiego samolotu, afery taśmowej i sprawy prof. Chazana zdążę napisać.

Uśmiechnij się :-)

Do napisania tego posta zainspirował mnie komentarz Seaborga, pod moim poprzednim tekstem. Wyciąg z prawa stanowego USA ubawił mnie do łez. Dlatego postanowiłam znaleźć więcej takich perełek, abyśmy wszyscy mieli parę minut ćwiczeń mięśni brzucha. Lepsze to niż pisanie o aferze taśmowej, stanie państwa w III RP i tym podobnych. A więc moi Goście odstawcie kubek z kawą czy innym napojem i zaczynamy. Uwaga: jedzenie podczas lektury grozi zakrztuszeniem się. Zatem lećmy:

Wielkanocnie


Dzisiaj mamy Wielki Piątek, wedle tradycji chrześcijańskiej dzień w którym Jezus Chrystus zginął okrutną śmiercią krzyżową. W kościele katolickim wspominana jest Jego męka i panuje nastrój zadumy. Jest to także dzień postu ścisłego, czyli ilościowego i jakościowego. Należy nie tylko nie jeść mięsa czy słodyczy, ale też jeść mniej (co nie dotyczy osób chorych to nie mogą pościć). To dzień szczególny a w każdym razie takim być powinien, o czym zapominamy w przedświątecznym obłędzie zakupów i przygotowań. 

Niemcy mnie nie pobili /Germans didn’t hit me

No nie pobili i już, więc widać jestem daleko mniej interesującą personą od ważnego do niedawna polityka, Jana Rokity, znanego też jako Jan Maria Rokita. Ostatnio już nawet barwne kapelusze jego żony nie pomagają w powrocie do powszechnej świadomości i to na pewno mocno boli.

 Leciałam w podróż służbową Lufthansą i nikt mnie nijak nie pobił. Bardzo lubię latać Lufthansą, gdyż w przeciwieństwie do LOT można się tam w podróży napić herbaty a nawet wina za darmo, do tego dostać drobny poczęstunek. Obsługa jest profesjonalna i uprzejma i skoro wspomnianego posła pobito, musiał solidnie nabroić i pyskować. Zaś pyskowanie i przekonanie o byciu Bóg wie kim to niestety częsta wada w naszym Parlamencie.

Prawdę mówiąc za granicą nigdy mnie wspomniani Niemcy nie bili, nie gryźli i nie ofukali. Inni sąsiedzi Polski, nie licząc Czechów także nie. Wręcz przeciwnie byli całkiem mili. Podczas mojego ostatniego wypadku, odniosłam odmienne wrażenie rozmawiając z jednym człowiekiem z Ukrainy. On nie znał angielskiego, ale rozmawiając każdy w swoim języku jakoś się dogadaliśmy. Nie do końca wiedzieliśmy co kto mówi, ale daliśmy radę. Muszę przyznać, że kiedy osoba zza granicy powie do mnie parę słów po polsku robi to na mnie szalenie pozytywne wrażenie. Jeśli będę miała kiedyś perspektywę współpracy z osobami nie anglojęzycznymi na pewno nauczę się nieco w ich języku, ot parę zdań na przełamanie lodów.

Pamiętam jak weszłam do sklepu w Czechach rozmawiając z mamą po polsku. Chciałyśmy kupić herbatę w torebkach, taką zwykłą Liptona. Mówiłyśmy do sprzedawczyni w kilku językach ja po angielsku i łamanym niemieckim (pomimo nauki w szkole jakoś nie zaskoczyło) a mama jeszcze próbowała coś wydukać po rosyjsku. Nic. Potem pokazywałyśmy palcem i nic. Wchodząc do kawiarni i mówiąc po polsku spotykałyśmy się z obsługą udającą, że nie rozumie co się do nich mówi. Kiedy weszłyśmy rozmawiając po angielsku, wówczas zmiana o 180 stopni i chociaż kelner nie znał ani trochę angielskiego udawał, że zna i się dogadałyśmy. We Francji z kolei, u naszych tak zwanych sojuszników, w jednej kawiarni zapytałam grzecznie gdzie jest kasa. Była to bowiem kawiarnia z gatunku samoobsługowych, gdzie klient wybiera sobie co chce a potem płaci. Pierwszy raz wówczas widziałam tego typu kawiarnię. Ludzie udawali, że nie rozumieli i patrzyli na mnie jak na kosmitę lub myśleli, że chcę pieniądze. Nie chciałam, bo miałam swoje tylko pytałam. To były rzecz jasna pojedyncze wypadki, ale zniechęciły mnie jakoś do wyjazdu do Czech czy Francji. Nie po to płacę za wyjazd by być traktowana jak jakiś natręt. Wolę zostawiać swoje pieniądze w Bułgarii gdzie ludzie są znacznie sympatyczniejsi, tak samo jak bardzo dobre wrażenie wywarli na mnie Włosi czy Grecy.

Bardzo miło było odpocząć od polskiej polityki i absurdów codzienności. Chwila wyjazdu za granicę i człowiek czuje jak bardzo się dusił w klimacie układów i układzików, tego, że największą duperelę trzeba załatwiać po znajomości a przy szukaniu pracy najmniej ważne są kwalifikacje. Nie wszędzie i nie zawsze ale zbyt często. Tym optymistycznym akcentem ogłaszam powrót do blogowania.

EDIT (11X2013, godz. 18:27).  Dyskusję na temat okropnych szablonów uważam za zamkniętą. Skoro niektórzy uważają że mam na blogu najgorsze szablony w całej blogosferze trudno jakoś będę z tym żyć. Nie zamierzam nikogo do niczego zmuszać. Nie mam nic przeciwko sugestiom. Ale cóż lubię barwne szablony i lubią zmiany, taka już jestem i takie szablony do mnie pasują i na takim blogu najlepiej mi się pisze bo jest najbardziej "mój". Taki jak teraz jest pewnie schludny, ale nie w moim stylu i nie "mój", nie pasuje mi i nie leży. Ale cóż kit z tym.

***************ENG**************


I wasn’t hit, which made me far less interested person than once famous politician Jan Maria Rokita. He had left politics few years ago and since then disappeared from public life. Nothing is helping him with coming back to fame lost, even his wife hats. Last time he appeared in TV news, was when he made a fuss in a plane by Lufthansa and staff had to make him calm. After incident, he was grumbling Germans hit him.

I travelled by Lufthansa on business trip. No one hit me. I like Lufthansa as in comparison to LOT airlines, hot tea and even wine was included in ticket prize. Small snack as well yes. Lufthansa’s staff is cordial and professional so I am sure Mr Rokita had to make a fuss to be disarmed.  Making a fuss by people believing being something more than others of course happen in every, not only Parliament of Poland.

To be exact I’ve never been hit, beaten or growled by Germans. I’ve never get any unpleasantness by inhabitants of countries close to Poland, except from Czech Republic inhabitants. In fact people were just normal and polite. During my trip I had even opposite impression, talking to a man from Ukraine. I was talking in Polish language, he was talking in his own but we manage to understand each other more less. I am always positively astonished hearing a foreigner talking to me even a few Polish words. If I ever have cooperation with people from non-English speaking countries I will definitely learn few expression from their languages. Just for icebreaking. 

I remember unpleasant situation form Czech Republic. I entered a shop with my mum. We wanted to but a tea in bags and made mistake talking Polish. The girl who worked in a shop pretend she didn’t understand what we want. I talked to her in English and German (which I can speak very little) and mum tried Russian. She pretend she didn’t get the point, even when we showed her a tea we wanted to buy. Second time I was in Czech Republic I had the same situation with my friend. When we entered a café speaking Polish we couldn’t order anything. Some Englishman tried to help us, but nothing happens.  When we entered another café speaking English we had no problem, even though a waiter didn’t speak English at all. In France on the other hand (France is so called “ally” of Poland),  I remember asking people (in the café once more) where could I pay. It was kind of a self-service café when one take whatever want and then pay. It was a first time I saw such kind of café and just didn’t see service till. I had my own money and didn’t want to borrow, I wasn’t a beggar or alien of any kind. I am aware such incidents can happen everywhere. However I am not really interested in seeing France or Czech Republic. When I go somewhere to spend my money I don’t want to be treated as a worse kind of a tourist. That’s way I prefer to visit Bulgaria, Greece or Italy when I feel better. In Italy whatsmore they have excellent coffee!

I had a great time without Polish politics and daily life problems. I need only a few moments abroad to get a fresh air, air without pacts present almost everywhere. I know there are many connections in every country, but in a few it is almost impossible to get a job when one have appropriate qualifications only. Nepotism and favouritism prevent people from “outside” to get a job or position even if excellent qualified.

Nie tylko ciemność


Post dedykowany cudownym ludziom, który dobry los postawił na mojej drodze. Zarówno w sensie zawodowym jak i nie tylko. Nie wymienię was tu z imienia nazwiska, ale mam nadzieję, że dobro do was wróci.

Anioły są wokół nas. A może nie anioły, a dobrzy ludzie? A może Bóg nam pomaga i odpowiada na modlitwy poprzez przyjaznych ludzi na naszej drodze? Poprzez dawanie szans, a nasza w tym spraw aby szansę wykorzystać i nie zmarnować. Czasem, kiedy wszystko wydaje się beznadziejne, kiedy sprawy wydają się brać w łeb i wokół ciemność, nagle ktoś wyciąga rękę. Ktoś powie „Będzie dobrze” i oferuje pomoc. Ktoś wskazuje możliwe drogi i mówi „Wytrzymaj jeszcze chwilę. Tylko pięć minut i będzie po wszystkim i po krzyku”. Nie tylko wspiera słowami, co bywa bezcenne w złych dniach, ale czynami, po prostu silnym szarpnięciem wyciągają z dołka, z bagna i pozwalają na nowo spojrzeć na świat.

(https://www22.corecommerce.com/~blissangelic/uploads/image/angel88.gif)

Są złe miejsca. Kiedyś się z tego śmiałam, ale teraz wiem, że to rzeczywistość a nie fikcja. Są złe miejsca, które wysysają z człowieka wszystko co dobre, całą radość życia, chęć do życia i pracy, wysysają zadowolenie, szczęście, zdolność do racjonalnego myślenia. W zamian zostawiają jedynie smutek, zwątpienie, rozpacz i poczucie beznadziejności. Nie widać słońca przez czarną woalkę, świat staje się szary i straszny. Ludzkie twarze wykrzywia grymas nienawiści i wrogości. Zewsząd  słychać nienawistne szepty,  zewsząd słychać kroki wrogów, gotowych wbić nóż w plecy i zatłuc jak ktoś się potknie. Istnieją złe miejsca. Przebywając tam chorujemy na duszy, zaś na samą myśl o nich drżymy.

Żadne miejsce, żaden dom czy pokój nie rodzi się zły. Białe ściany świeżo oddanego budynku są neutralne. To nienawistni, wrogo nastawienie do wszystkiego i wszystkich ludzie zatruwają swoim jadem otoczenie. Ich złość, niczym czarna dziura, zasysa spokój i szczęście otoczenia. Oni przenoszą piekło w którym żyją na innych, chcąc by każdy był równie nieszczęśliwy co oni, nienawidząc wszelkich oznak radości, zadowolenia, przyjaźni. Lodowatym podmuchem swej złości gaszą każdy płomyk dobra i pomyślności w swoim otoczeniu. Każdego muszą zbić w glebę, każdemu  zatruć życie, każdemu odebrać radość, każdego zatruć swoim jadem. Nie ma przed tym obrony, gdyż jad sączony jest powoli, a człowiek nawet nie wie czemu idzie mu coraz gorzej, czemu nic nie ma sensu. Pozostaje jedynie ucieczka, ale gdy nie znikniemy w porę tylko pomoc z zewnątrz, pomoc drugiego człowieka może pomóc, może nas wyrwać z zaklętego kręgu. Przeklętego kręgu szukania w sobie winy za chorobę nienawiści drugiego człowieka. Wielkim triumfem złego miejsca jest to, że chory sam się wini za swoje cierpienie, uważa, że na wszystko zasłużył, bo przecież nic takiego nie może go spotkać bez przyczyny. Co ze mną nie tak? Może jestem zły/głupi/beznadziejny skoro innym wychodzi a mnie nie? Są złe miejsca i toksyczni ludzie. Nie można z nimi walczyć, pozostaje jedynie uciekać.

Na szczęście nie wszystko jest złe. Anioły dają szansę, anioły nas wyciągają i chcemy najlepiej jak zdołamy pokazać, że ich nie zawiedziemy. Będziemy lepszymi pracownikami dzięki pozytywnej motywacji, o czym wiedzą już korporacje, dając ludziom karnety i dbając o to aby pracownik utożsamiał swój interes z interesem firmy. Korporacje dbają o swój interes, zaś Anioły w ludzkiej skórze po prostu wyciągają rękę. A może więcej ludzi, nim nam wmawiają różne toksyczne jednostki i media mainstreamu, nie nosi w sercu nienawiści i widząc przerażone zwierzątko kulące się w kącie zapyta czy może pomóc? Tak się zarabia na lojalność i szacunek, traktując ludzi jak ludzi.  A zło wraca jak bumerang, jak obciążony procentami niespłacony rachunek. Kto krzywdzi każdą napotkaną osobę, w końcu trafi na silniejszego. Kto łamie kręgosłupy w imię swoich chorych racji, kto zatruwa, kto niszczy i wdeptuje w podłogę sam tak skończy na własne życzenie. Wyeliminuje się z życia swego środowiska ,  straci kontakty i zostanie zamieniony osobą mniej konfliktową.

P.S. Obama niestety wygrał wybory. Bardzo dobra wiadomość dla Rosji i Chin, kiepska dla Europy i fatalna dla Polski. Wyobrażam sobie jak dzisiaj chłopaki na Kremlu zabalują, świętując kolejne cztery lata kiedy  wujek Sam będzie miał sztuczną szczękę zamiast zębów i nikt się nie przeciwstawi rosyjskiemu niedźwiedziowi. Chiński smok też może prostować skrzydła, bystrym wzrokiem patrząc co by tu jeszcze chapnąć. Czy USA stracą status światowego mocarstwa?  Nie od razu. Ale czynią ku temu pierwsze milowe kroki.
A jutro napiszę o absurdach z innego poletka niż polskie. Naprawdę padłam ze zdumienia.

Nadzieja 1 listopada

Tytuł wcale nie ma stanowić ironii czy kpiny. Wręcz przeciwnie, bowiem ten dzień, odwiedzanie cmentarzy zmusza nas do zatrzymania się i refleksji. Ludzie tam spoczywający kiedyś byli na naszym miejscu. Śmiali się, kochali, płakali, przeżywali swe lepsze i gorsze chwile. Oglądali ten świat w innych czasach, podobnych i niepodobnych do naszych. Przeminęli jak dym rozwiewany przez mgłę. To czeka także i nas. Nasza codzienność, nasze pragnienie nie mogące znaleźć spełniania, wszystko co nas otacza czeka ten sam los. Wobec wieczności i całego okresu istnienie świata jesteśmy niczym pyłek na wietrze, drgnienie powieki, stworzenia żyjące jeden dzień. Przeminiemy. Wszyscy prędzej, czy później nawet najwięksi i najsławniejsi zginą w mrokach dziejów. Czy to straszne? Może. Czy to niesie pocieszenie? Tak, jak najbardziej.

Czemu? Każdy z nas jest uwikłany w jakąś sytuację rodzinną, zawodową. Jedni przeżywają właśnie chwile wielkiego szczęścia, zaś inni przekonują się, że gorycz nie zna granicy i gdy wydaje się, że sięgnęliśmy dna, tam coś jeszcze jest. Ale to minie, to wszystko minie jak sen. Zły sen, lub piękny sen zaś los wszystko wyrówna i otoczy mgłą zapomnienia. Choćbyśmy przeżywali okropne chwile, dusili się bezsilną złością i lali łzy beznadziei to wszystko minie. Przeminie jakby tego nigdy nie było, przeminie jak dym na wietrze zginie i zniknie, aby nigdy nie wrócić. Zły czas kiedyś się skończy, zły czas  przeminie. I tylko pewnego dnia, na granicy snu i jawy wywoła widma pod powiekami. Ale nawet owe widma zbladną z czasem, gdy zapomnienie wybieli i zamaże wszystko. To właśnie owa nadzieja, pocieszenie, że choćbyśmy zostali uwikłani w najbardziej absurdalną i beznadzieją sytuację to nic nie trwa wiecznie.
(http://www.mediarp.pl/wp-content/uploads/2012/06/Cmentarz.jpg)


Cmentarz nam o tym przypomni, cmentarz bezlitośnie i nie pozostawiając złudzeń pokazuje, że wszelkie ludzkie namiętności, złości, troski i radośni znikną by nigdy nie wrócić. Istnieje tylko chwila, którą teraz chwytami koniuszkami palców. Przeszłość się dokonała i nie można jej zmienić, przyszłość wykuwany w tej chwili i nie powtarzajmy błędów z przeszłości. Nie ma sensu rozdrapywać starych ran, ale wyciągajmy wnioski. To ludzka rzecz błądzić i podejmować złe, nieprzemyślane decyzje, ale najgorzej w nich trwać. Kto nie wyciąga wniosków z pomyłek, kto wciąż popełnia te same błędy sam siebie skazuje na porażkę. Ale nawet owe porażki z czasem stracą na znaczeniu, o czym przypominają nam domy tych, co leżą na cmentarzu. Te domy trwają dłużej niż ludzkie życie, ale nawet one znikną, nawet liczące tysiące lat piramidy są bezradne wobec upływu czasu.

Czy to straszne? Nie. Nie, dla mnie. Widzę  bowiem, że jeszcze tylko chwila, jeszcze trochę i wszystko ulegnie zmianie. Złe rzeczy, które dzisiaj urastają do gigantycznych rozmiarów, zdają się przesłaniać świat i horyzont za którym nieśmiało migocze przyszłość, przeminą. Jeszcze tylko trochę, jeszcze tylko chwila i koniec. Wszystko będzie złym snem, przykrym wspomnieniem, które czas wybieli jak wybielacz uporczywą plamę. Nawet największy dołek nie trwa wiecznie, choć dla osoby uwikłanej w bezsensowne sytuacje tak właśnie się jawi.  Nawet jeśli w danej chwili szamoczemy się jak mucha w pajęczynie, zdenerwowani własną bezradnością i bezsilną złością to wszystko kiedyś przeminie. I nawet nie pozostanie po tym ślad, żadne trwały ślad. Przyczyny naszych zgryzot także kiedyś zasną snem wiecznym na kamiennym łożu.

Każdy z nas podejmuje nieraz złe decyzje, każdy nieraz zaufa niewłaściwej osobie. Jeden zły krok oznacza kolejny i czasem jedynym rozwiązaniem jest przeczekanie do końca i wyrwanie się z zaklętego kręgu. Nieraz na nic się zdają nasze protesty, próby wyjaśnienia co i jak, wyjaśnienia jak to jest naprawdę. Czasami, co ciężko zaakceptować, tylko milczenie i odmowa walki pozwala zwyciężyć. Człowiek nie udowodni, że nie jest wielbłądem, a wobec przytłaczającej przewagi przeciwnika należy udać wywieszenie białej flagi i szukać sojuszników. Takie jest życie, to jeden z jego cieni. Ale nawet najgłębsza i najciemniejsza noc musi się skończyć. Zaś z pomyłek należy wyciągać wnioski. Trzeba je przeanalizować, ale bez martyrologicznego rozrywania szat i rozpaczania, aby więcej nie popełnić tego samego błędu. Zawsze spotkamy kogoś, kto nas znienawidzi za to kim jesteśmy. Nasza płeć, wyznawane poglądy, sposób ubierania się, podejście do życia, wiara (lub jej brak),  wystarczy by wzbudzić śmiertelną nienawiść i pragnienie wdeptania nas w glebę i zmieszania z błotem. Próba walki i obrony własnej osoby będzie arogancją, bezczelnością i zbrodniami ciężkiego kalibru. Ale to wszystko przeminie, to wszystko przeminie.

Na cmentarzu wszyscy leżą cicho i zgodnie. Dawni śmiertelni wrogowie, żołnierze walczący dla przeciwnych armii spoczywają jeden obok drugiego, jakby w wiecznym uścisku. Skoro czas i mogiły pogodziły ich co znaczą nasze zatargi na przykład z sąsiadami i innymi nieżyczliwymi ludźmi na naszej drodze? Cmentarz wszystko wyciszy, cmentarz wszystko zrówna. Nie bójmy się tego miejsca, bo nam przypomina o naszym przemijaniu. Bo ono także wskazuje na ulotność naszych trosk..

Zakazy Kościoła: ich sens praktyczny.

Chciałam dzisiaj napisać kontrowersyjnie (?) o pewnych zakazach Kościoła Katolickiego. W pierwszej chwili, jako młoda gniewna uważałam wszystko za bezsensowne ograniczenia, bo przecież dorośli ludzie wiedzą co i jak. Nie wiedzą i w tym problem. 

Halloween

Zbliża się 1 listopada i tradycyjnie już Kościół przestrzega przed okultyzmem i spirytyzmem. O ile samo przebieranie się za duchy i wampiry uważam za nieszkodliwą głupotę i bezmyślne kopiowanie wzorców obcych kulturowo, o tyle jednak nie należy zapominać o zagrożeniach. Choćby wynikających z puszczania dzieci samych wieczorem z cukierkami, by pukały obcym ludziom do drzwi pytając cukierek, albo dowcip. Nie wiadomo na kogo trafią, zaś gdy takich grupek jest mało są one narażone na ataki wszelkiej maści porąbańców. Zresztą czeku nie sięgnąć do tradycji Dziadów? Coś innego niż smutasy i msza 1 listopada a przynajmniej jesteśmy oryginalni. Kinderballe czy klimatyczne domówki czemu nie? Ale na pewno nie chodzenie po mieście gdy cała zabawa może grozić w najlepszym wypadku solidnym przeziębieniem.

Zresztą to element obcy kulturowy, co gorzej ubrany w tandetną, popkulturową otoczkę. Ideę samego Halloween stanowiło, o ile się nie mylę, odstraszenie złych duchów. Potem jednak przyszła komercja i… nikt nie pamięta o co chodzi.

Horoskopy

Jakiś czas temu pastwiłam się nad opętaniami opisanymi w „Gazecie Polskiej”. Nadal uważam, że uważanie jogi za wrota dla złych mocy to przesada. Zaś psychoza czy schizofrenia to ciężkie choroby, w której nie ma niczyjej winy. Oraz, że pierwszy epizod schorzenia może być ostry bez wcześniejszych sygnałów ostrzegawczych. Niemniej jednak z tymi horoskopami należy uważać. Co jeśli ktoś wierzy w predestynację (nawiasem sprzeczną z wiarą chrześcijańską) i uzna, że w kolorowych pisemkach i na stronach ezoterycznych znajduje wskazówki jak żyć? Co jeśli zacznie zapominać o realnym świecie, zaś uzna owe bzdurki pisane dla rozrywki po godzinach za wskazówki? Nie mówiąc o dzwonieniu do wróżek pod numer 0-700 czy chodzeniu na channelingi i inne cuda wianki po 250 złotych (i więcej ) za wizytę. To, że ktoś jest dorosły i wykształcony nie chroni przez oszustami i szarlatanami. Taki Rasputin przecież namieszał carskiej parze, którym nie można było odmówić wykształcenia czy obycia w świecie. Socjotechnika i techniki manipulacji idą z duchem czasu i potrafią omamić. Szczególnie osoby podatne. Bawiąc się trzeba znać zasady zabawy, ale gdy ktoś ma skłonności do dawania wiary różnym dziwnym rzeczom niech faktycznie lepiej nie czyta horoskopów. Dla bezpieczeństwa swej kieszeni i zdrowia (także psychicznego) o ile ktoś nie umie czegoś używać zgodnie z przeznaczeniem, niech tego lepiej nie używa. Zwłaszcza jak pisanie z palca bzdury bierze za rzeczywistość, co ma miejsce nie tylko w wypadku horoskopów.


Antykoncepcja hormonalna


Na to byłam najbardziej cięta. Do dzisiaj uważam, że nazywanie antykoncepcji „złem niszczącym związek” za przegięcie. Dlaczego? Bo nie znoszę jak ktoś mi zagląda pod kołdrę. To sprawa ludzi czy i kiedy chcą mieć dzieci. Mamy zapaść demograficzną, ale raczej nie przez nie słuchanie zakazów Kościoła, jako że w Wielkiej Brytanii potrafimy być dzietnymi imigrantami. Dziecka nie wolno traktować niczym przeszkody w wygodnym życiu, ale czasem nie ma warunków by mieć potomstwo. A co z tymi hormonami? Ano to, że układ hormonalny to układ naczyń połączonych, o którym wciąż wiele nie wiadomo. Zepsuć mechanizm bardzo łatwo, ale niestety naprawić o wiele trudniej. Niewłaściwie dobrane leki (tak to są leki, stosowane nie tylko w celach zabezpieczenia przed niechcianą ciążą) mogą naprawdę zaszkodzić a skutki bywają odczuwalne w rozmaity sposób. Choćby przed koszmarne migreny, bóle brzucha (będące nagłymi skurczami mięśni gładkich, ból jaki, że z trudem można stać i ląduje się na podłodze i zwija) czy objawy psychiczne wskazujące na depresję czy chorobę afektywną dwubiegunową. O tym ostatnim piszą nawet w podręcznikach akademickich, zaś zaburzenia nastroju są widoczne choćby u kobiet w menopauzie. Depresja (a w najgorszym układzie psychoza) poporodowa to też efekt wahań hormonalnych. Dlatego, sprawdzone empitycznie, dochodzę do wniosku, że jak nie trzeba lepiej nie gmerać przy pewnych mechanizmach.
Nie rozumiem, nigdy nie zrozumiem, niechęci do prezerwatyw, które chronią przez chorobami wenerycznymi oraz AIDS. Zwyczajnie w świecie chronią zdrowie i nie rozwalają układu hormonalnego.

Czystość przedmałżeńska

To może być moim rozbudowanym komentarzem do posta Starego Niedźwiedzia (http://antysocjalbis.blogspot.com/2012/10/wyroby-maskopodobne.html) . Otóż z mojej strony to ochrona kobiet. Tak ochrona, bowiem uważam, że jeśli ktoś unika ślubu (także cywilnego, bo nie każdy musi wierzyć) i zobowiązań prawnych szuka sobie furtki by bez trudu zniknąć i znaleźć „lepszy model”, gdy aktualny przytyje i będzie marnie wyglądał o poranku. Rzecz jasna małżeństwo nie chroni przez rozczarowaniem czy zdradą. Nic nie chroni, ale są pewne instytucje, pewne ułatwienia walki gdy stanie się coś nie tak. Pójście od Urzędu Stanu Cywilnego to pewną deklarację, pewien znak, na ile poważnie się coś traktuje, przynajmniej dla mnie. A czystość? Aby uniknąć życiowej pomyłki ze ślubem na łapu capu (bo dziecko w drodze), walki na alimenty z niedojrzałym Piotrusiem Panem i trudami samotnego macierzyństwa. To samo rzecz jasna może czekać mężatki, ale dla mnie przynajmniej, małżeństwo stanowi zabezpieczenie i deklarację. A argumenty o „seksualnym dopasowaniu” mnie nie przekonują. Aby nie było ja mam świadomość, że seks to ważna część życia. Ale miłość, szacunek, sympatia i zaufanie są nieskończenie ważniejsze.

Rozumiem emigrantów i chętnie do nich dołączę

Zawsze lubiłam podróże i wyjazdy za granicę. Zwyczajnie  w świecie od dziecka interesowało mnie jak wygląda życie i jakie są sklepy po drugiej stronie. Pewnie dlatego nigdy nie zrozumiem podejścia, że ktoś mieszka przy granicy i nigdy nie pokusi by zerknąć co tam u sąsiadów zza miedzy.  Rzecz jasna miałam świadomość, że nigdzie życie nie jest usłane różami i nigdzie dolary czy funty nie leżą na ulicy. Mam w rodzinie osoby, które wyjechały, z różnych powodów, na stałe do Wielkiej Brytanii i nie miały lekko. Bo nie znając języka, nie mając nostryfikacji dyplomu, nie będąc wysłanym z ramienia jakiejś instytucji, tudzież z jej polecenia o pracy w zawodzie można zapomnieć. Pozostaje nielekkie, fizyczne zajęcia w jakiejś fabryce czy sklepie. Ale… Właśnie co mnie uderzyło, że tam ludzie za wynagrodzenie robotnika mogą spokojnie wyżyć.

 Czy u nas pani pracująca na kasie w dużym sklepie i pan będący magazynierem mają szansę wyżywić rodzinę? Pytam na serio, bez ironii? Zatrudnieni przez  „jaśnie panów prezesów” z „ukochanej” radiostacji,  wielkich „fachofcuf” nie pojmującym, że inaczej zarządza się szpitalem, spółką kolejową a inaczej warzywniakiem? Nie mam nic do warzywniaków, ale jednak czym innym rachunek kosztów i strat gdy chodzi o marchewkę, a inaczej gdy chodzi o ludzkie zdrowie i życie. Ale „panowie” nie widzą, że to nie takie proste i leczenia chorych na nowotwory nie można równie łatwo przeliczyć na zysk, co sprzedaży jabłek. Zasadniczo drogie kuracje są w pioruna nieopłacalne więc??? No, ale kończąc z dygresją czy to w Wielkiej Brytanii czy w Stanach za wynagrodzenie pracy najmniej prestiżowej można wyżyć. Człowiek nie liczy do pierwszego czy jest co włożyć do garnka, czy  kupić dziecko wędlinę na śniadanie czy coś na obiad? Parchy i burżuje wędlin się zachciało! Z czego mają żyć ekspedientki butików zarabiające śmieszne pieniądze, za przeproszeniem na waciki? Ja wcale się nie dziwię, że młodzi wyjeżdżają za granicę lub idą po zasiłki.

Polacy ciężko pracują, wbrew temu  co mówią „jaśnie pany prezesy, spece wiedzy wszelakiej”. Dziwnym trafem gdzie indziej są w stanie mieć i wyniki i wydajność. A tylko nie u nas. Dlaczego młodzi wolą zakładać rodziny w Anglii? Bo tam są lepsze warunki? W USA, jak pamiętam z mojej wizyty i pracy studenckiej w 2005, wyjazd do pracy do innego miasta nie był strasznym problemem. Czemu? Bo z pensji ludzie mogli żyć i wynająć lokum. I dlatego „jaśnie panowie prezesi” Polacy są mało mobilni. Proponuję porównać koszty wynajmu z pensją młodego człowieka. I rachunek wyjdzie.  „Jak żyć Panie Premierze?”.

Ale nie tylko w pieniądzach rzecz. Tak porąbanego życia społeczno-politycznego  jak w Polsce to tylko w republice bananowej szukać.  Taki Richard Nixon padł po aferze „Watergate” ? A u nas? Hazardowa, Amber Gold i co najwyżej oskarżą dziennikarza co zrobił prowokację.  Przekręty są wszędzie, ale w Stanach jak kogoś złapią to jest coś takiego jak odpowiedzialność. U nas mamy święte krowy. Czy gdzie indziej szef MSZ może  protestować TYLKO  na Twitterze i mówić Niemcom co robić? Nie, a u nas go chwalą? Czy minister finansów zaprzeczający recesji a potem w wywiadzie dla zagranicznego pisma mówiący co innego byłby wiarygodny? Czy „jaśnie panie prezesy” nie rozumieją czegoś o czym mówią ekonomiści z za granicy, że aby wyjść z  recesji trzeba napędzać konsumpcję i nie chłodzić gospodarki? A jak się zabierze mającym najmniej, czyli większości społeczeństwa, to co? Czy ktoś wierzy, że wszelkiej dochtóry biznesu naprawdę płacą podatki 40% i nikt nie ma kont na Kajmanach, czy innym raju podatkowym? Czy gdzieś indziej jest równie kretyński pęd na dyplomy, bo jakiś mądry z Bożej (nie)łaski, wykombinował podniesienie współczynnika scholaryzacji? Co to daje? Dramatyczne obniżenie poziomu nauczania wyższego, bo masówka i jakość rzadko idą w parze, co wie każdy przeciętnie bystry? „Wyższe szkoły zdrowia i szczęścia wszelakiego” jak mawia Liv, wypuszczają armię bezrobotnych, którzy uwierzyli w magiczną moc mgr przez nazwiskiem. Tych młodych ludzi oszukano bo ten papier to mogą użyć do podtarcia… sami wiecie czego. No ale iść do szkoły zawodowej czy technikum nie honor… A hydraulicy i budowlańcy dawno pojechali daleko za Odrę. Mądre chłopaki.

Co ma w perspektywie młody człowiek po studiach? Jak nie pojedzie za granicę, to zasuwanie za psi pieniądz na „jaśnie pana prezesa” wielkiej firmy i całowanie po rękach, że ma pracę. A o składkach emerytalnych niech zapomni. Jeśli założy swoją firmę, państwo zadba by mu ziemia lekką nie była i zarzuci podatkami i innymi takimi, które wielcy gracze nie płacą. Może wreszcie dyplom schować do kieszeni, wyjechać stąd w diabły i szukać na przysłowiowym londyńskim zmywaku. Tam założy rodzinę, będzie miał dzieci i może bez prestiżu, ale jakoś pociągnie, coś odłoży i może razem z rodzicami kupią małe mieszkanko.

A ja? Zamierzam skończyć pewien etap, na którego finiszu jestem, przy pierwszej okazji wyjechać na staż za granicę i nie wracać przez najbliższe lata. O ile da radę. Tylko dlatego jeszcze nie pojechałam za przysłowiowy zmywak, że za dużo zainwestowałam w kończony etap, by poddać się przed metą. Ale mam dość. Mam dość użerania się z nieodkrytymi talentami, jedynymi prawdziwymi geniuszami. Mam dość udowadniania, że nie jestem wielbłądem i że nie ma sensu wyważać otwartych drzwi, bezsensownej pracy po nocach,  dla dobrego samopoczucia pana X. Mam dość tłumaczenia starszym i ponoć (z silnym naciskiem na tryb przypuszczający) mądrzejszym, że bez pewnych rzeczy się dalej nie ruszy. Jak ktoś nie rozumie, że określone stanowiska oznaczają określone powinności z których się jest rozliczanym nie wyjaśnię. Bo ktoś jest ponad to i obraża się na świat. Mam wreszcie dość durnej debaty publicznej, gdzie gdy wielkie szpitale mają problem, dług publiczny rośnie (chociaż minister kazał zdjąć licznik), z infrastrukturą problem,  na stadionie na 2 miliardy złotych nie można rozegrać dachu, zdjęcia ofiar największej katastrofy ostatnich lat i w tym Prezydenta RP, krążą po sieci co robi jedna z partii opozycji ? Pier**** o aborcji i „prawie do życia dla chorych, nienarodzonych dzieci” i „eugenice”.  Nikt nikogo nie nakazuje mordować więc może czas się zająć realnymi  problemami? I coś na koniec. Taka drobnostka, gdzie indziej małe wspólnoty się organizują. Ludzie mają, często, ciekawsze zajęcia niż gapienie się jak kto wygląda i ile ma kilo. I co, że pięć czy dziesięć kilo za dużo i obcisłe spodnie? To nie Twoje spodnie, więc czego się czepiasz? A nie „jak można się tam ubrać, będąc tak grubym?”.  A w pociągu można z ludźmi pogadać, bo tam nie wszystko jaśnie państwo, czytające co ma myśleć (oczywiście w Polsce też nie wszyscy tacy).

Ukradniemy co się da


„Ukradniemy co się da, z ludzi się będziemy śmiać” – słowa piosenki Ani Wyszkoni przychodzą mi do głowy jako komentarz dla groteskowej sprawy.  Jechałam w czwartek taksówką na dworzec i kierowca mówi, że ostatnio policja zatrzymywała wszystkie samochody osobowe i kazała otwierać bagażnik. „I mówię pani do wpół do szóstej stali” – tłumaczy – „ale pani nie zgadnie o co chodziło” . Odparłam, że ja obstawiam obławę, ale sądząc po jego zapowiedzi chyba nie taką zwykłą. No i miałam rację. Złodzieje okradli zakład pogrzebowy i ukradli trzy samochody w jeden karawan. No i zasadniczo żadna nowość (niestety), że Polacy kradną za Odrą samochody. Tym razem wyszła jednak upiorna niespodzianka, rodem z horroru, bowiem w jednym z samochodów znajdowało się… dwanaście ciał. „Chciałbym zobaczyć minę złodzieja, jak się zorientował co ukradł, chyba dostał zawału”- mówił taksówkarz.  „Albo ataku śmiechu” – zauważyłam niepewna. Sytuacja bowiem tak bardzo przypomina czarną komedię.. Ale na pewno nie ma w tym nic komicznego dla rodzin zmarłych. Nie ma nic zabawnego w tym, że ktoś ukradł, lub zamienił ciało, czy publikuje w sieci zdjęcia ofiar katastrofy.

Miałam napisać coś o tym, że nawet dużo pracując Polacy są coraz biedniejsi o czym donosił, na przekór propagandzie sukcesu, „Dziennik Gazeta Prawna”. Ale ostatecznie mamy sobotę i nie chcę psuć sobie i Czytelnikom humoru samymi ponuractwami. Niech się „jaśnie pany prezesy” z „ukochanej radiostacji” powołują na jakie chcą wskaźniki i udowadniają, że się bogacimy. Może panowie są coraz bogatsi, ale nie wiem czy tak uważają przeciętni Polacy. Zwłaszcza, że ceny rosną a płace niekoniecznie.   Pisałam o tym nie raz i nie dwa, a kto wie co się dzieje widzi. Zamiast tego załączam zdjęcia pięknych muchomorów, bo tych było najwięcej w lesie:







Nic się nie stało, nic się nie stało


Nic się nie stało, nic się nie stało,
Tylko nam stadion wczoraj zalało,
Winni piłkarze i winny deszcz,
Zaś wątpi jeno leszcz, 
Nic się nie stało, nic się nie stało, 
Tylko znowu polewkę z nas mają,
Nic się nie stanie, nic się nie stanie, 
Tylko Anglicy spuszczą nam lanie,
Na bramkę trzeba postawić pływaków,
A piłkarzy wsadzić do kajaków
Anglikom dany jeno kalosze,
I zawczasu przygotujmy nosze,
Nic się nie stało, dobrze się dzieje
A Mistrz Bareja w kułak się śmieje
Najdroższy stadion, od kolegi materiały
Gdzie  bracia Azjaci będą sprzedawać specjały 
Farsa na wodzie,
Tańczmy na lodzie,
A winni będzie jak zwykle PiS
I zły prezesa męski zwis  

Powyższy wierszyk dedykuję wszystkim kibicom, którzy poczuli się oszukani. Na waszym miejscu szlag by mnie trafił. Powinniście domagać się od PZPN zwrotu kosztów niewykorzystanych biletów, dojazdu i noclegu w stolicy.  Jak dzisiaj przegramy z Anglikami wiadomo, że nie zawinią piłkarze, ale to, że wczoraj osiągnęli szczyt formy, zaś dzisiaj chcieli być w domu a nie mogli. Kazali im grać, no naprawdę coś okropnego.

Mamy stadion za 500 baniek euro, na którym dach można zamykać gdy jest sucho i ciepło. Cóż to, że padało jakoś nie dało nic nikomu do myślenia, że murawa może zamoknąć. Cóż, jak przypomnieli dziennikarze Polsat News, Grzegorz Lato mówił, że „po mnie choćby potop”. Cóż widać słowa spełniły się dosłownie. Bo jak mówi rzecznikach PZPN, pogody przewidzieć się nie da.

 I niech mi ktoś wyjaśni jakim cudem, w na stadionie w Doniecku, wybudowanym za 80 milionów euro, podczas oberwania chmury rozegrano mecz?  Czy nie ma służb mogących odprowadzić wodę z murawy? Czy nie ma środków technicznych, czy nikt nie pomyślał o przeczytaniu instrukcji?

Jaki obstawiam wynik? 2:0 dla Anglii i to w wersji optymistycznej. Prędzej uwierzę w latające prosięta niż w wygraną naszej drużyny. Albo fachowców na najważniejszych stanowiskach w spółkach państwowych. Dzisiaj M. zapytała mnie dlaczego kiedy my chcemy dostać pracę musimy się wykazać stażami, doświadczeniem, kursami a na takich stołkach są ludzie nie wiedzący co i taj. „Proste” – powiedziałam –„nie masz kolegów w odpowiedniej partii”. Nie, nie zamierzam tutaj winić Premiera Tuska, nie jednej osoby, ale cały system. Układ w którym o przyjęciu na stanowisku nie decydują kompetencje i wiedza, lecz powiązania partyjne. I dopóki to się nie zmieni podobnych przypadków będzie więcej.

Polecam dla pośmiania się:

(wyborcza.pl)



Jedzmy czekoladę

Wszelkiej maści dietetycy, obrzydzając człowiekowi przyjemność z jedzenia w pogodni za sylwetką z Photoshopa od dawna wypowiedzieli wojnę słodyczom. Rzecz jasna przejadanie się jest zwyczajnie nie zdrowe i powoduje ból brzucha, zaś nadmiar cukru próchnicę to jednak gadki „jedz warzywa pięć razy dziennie i owoce zamiast batoników” zohydziły mi te dwa ostatnie wyjątkowo skutecznie. Osobiście przestałam ufać wszelkiej maści fachowcom jako, że raz mówią, że dobre jest masło, potem margaryna, potem masło a nic tak nie podwyższa cholesterolu jak produkty light (sprawdzone empirycznie), zaś spartan ze słodzików to samo zdrowie.

Słodycze to samo zło, nie ma sensu dyskutować bo to aksjomat nie wymagający udowodnienia. Ale być może z tego, co złe zostanie po raz kolejny wyłączona czekolada. Notabene czekoladę można jeść nawet w czasie postu. Od dawna słyszałam, że ten smaczny przysmak dobrze działa na pracę mózgu, niech odchudzacze i odchudzaczki wyją jak wilk do księżyca, co zostało wykazane przez uczonego z uniwersytetu Columbia Dr. Franz Messerliego i opublikowane w czasopiśmie, New England Journal of Medicine (http://www.nejm.org/doi/full/10.1056/NEJMon1211064
oraz http://medicalxpress.com/news/2012-10-chocolate-nobels.html).  Znaleziono wysoką korelację (r=0.791, P<0.0001) między średnim spożyciem czekolady na głowę mieszkańca a liczbą laureatów nagrody Nobla, dla 23 krajów.

Szwajcaria, światowy lider w produkcji czekolady, ma także najwięcej  noblistów, normalizując liczbę laureatów wedle liczebności populacji. W środku listy uplasowały się Stany Zjednoczone, Niemcy, Holandia, Francja, Belgia i Irlandia. Polska jest niestety bliżej końca, niż początku listy. Patrząc na zależność widać wyraźnie, że Szwecja nieco odstaje. Autor sugeruje, że owo niezbalansowanie wynika z specyficznego „patriotycznego podejścia Komitetu Noblowskiego”, który wspiera swoich.




Zależność między średnią ilością zjadanej czekolady a liczbą laureatów Nagrody Nobla, na podts. "Chocolate Consumption, Cognitive Function, and Nobel Laureates", Franz H. Messerli, M.D., October 10, 2012DOI: 10.1056/NEJMon1211064
Oczywiście nie można od razu wysnuwać wniosku, że czekolada uczyni nas genialnymi, ale, że najbardziej światli ludzie, świadomi pozytywnego wpływu czekolady i pracujący zamiast studiować modne diety po prostu nie odmawiają sobie wszystkiego, w tym słodkich kostek.  I chociaż rzecz jasna należy podejść do wszystkiego z przymrużeniem oka, można poczuć się rozgrzeszonym z słodkich słabości (nie wcinania tabliczki dziennie dzień w dzień), bo w końcu co to za życie gdy człowiek wszystkiego sobie odmawia?

Czemu jestem tak cięta na odchudzanie i diety? Nie zaprzeczam, że należy starać się odżywiać racjonalnie. Ale nie można czynić z odchudzania celu życia i obrzydzać sobie i innym posiłku obliczając kalorie kotleta (nie chcesz? Nie jedz, ale daj innym) i mówić tylko o tym jaki tłuszcz straszny. To tylko niepotrzebne wpędzanie ludzi w kompleksy (jestem na liście dotkniętych ) i obrzydzanie sobie życia. A białych serków i jogurtów nie cierpię. Ogólnie nie przepadam za nabiałem i jakoś żyje. Każdy ma prawo żyć i nie być wyszydzany: czy to osoba chuda, nie mogąca przytyć, czy przy kości nie mogąca schudnąć (z różnych przyczyn). A tym wszystkim pewnym siebie i szydzącym z „wielorybów” decyduję następujące słowa: starość nie radość, młodość nie wieczność i nikt nie będzie do końca piękny, smukły i silny. 

Grzech predestynacji

Wczoraj miałam z koleżanką rozmowę z cyklu filozoficznych rozważań o życiu, filozofii i polityce. Jako, że od polityki dobrze czasem odpocząć, bardziej zainteresowała mnie kwestia rozważań nieco bardziej abstrakcyjnych. Wspomniana A.  jest głęboko wierzącą osobą, zapytałam ją jak to jest z wiarą w przeznaczenie i jak się ma to do chrześcijaństwa.

(http://www.sciencemuseum.org.uk/antenna/ratbrains/images/Rat-in-maze.jpg)

Cóż sama wierzę, że jesteśmy czymś więcej niż szczury w labiryncie, które mają przebiec do punktu oznaczonego ‘wyjście’, ku uciesze jakiegoś eksperymentatora. Sama myśl że nasze życie zostało z góry zaplanowane i ustalone, że właściwe stanowimy pacynki na wielkiej scenie lalek zniechęca do działania. Ewidentnie nie mam mentalności niewolnika, który potrzebuje pana by wskazywał drogę, co jest słuszne a co nie, uczył mnie jedynie słusznych poglądów, mówił co mam myśleć, czuć, kogo lubić i co robić. Wolę sama decydować i ponosić konsekwencje wyborów, takie czy inne. Jak rozmawiałam ostatnio z J., skoro się popełniło głupotę to się ma na przyszłość nauczkę. Skoro ktoś został częścią zespołu nie robiąc poprzednio wywiadu na temat panujących tam zasad i atmosfery, sam sobie winien. Skoro ktoś nie miał możliwości zrobienia podobnego wywiadu, zaryzykował skokiem do nieznanej wody i też nie powinien za nic winić losu i ludzi. Decyzja i konsekwencja, a jak ktoś zakładał „jakoś się ułoży”, dostał słusznego kopniaka w cztery litery na nieprzemyślane kroki.

Ale wracając do A., powiedziała ona wyraźnie „kto wierzy w przeznaczenie, ten zaprzecza wierze w Boga, który nakazuje człowiekowi samodoskonalenie a nie siedzenie i czekanie aż się coś ułoży. Bóg nas stworzył dziećmi, nie zaś niewolnikami”, co zabrzmiało dla mnie optymistycznie. Cóż bodajże najbardziej dołującą i szkodliwą ideologią jest wmawianie ludziom, że wszystko zostało dawno ustalone. Skoro tak nie ma sensu nic robić, nie ma sensu się starać, bo i po co? Po co chcieć cokolwiek skoro nawet nasze myśli i pragnienia nie są nasze? Nie lepiej od razu powiesić się na drzewie i wyjść z labiryntu wyjściem ewakuacyjnym? Tylko aby wybrać odpowiednio grubą gałąź..  Po co wmawiać podobne rzeczy? Ano aby zabić kreatywność, samodzielne myślenie, zabić ciekawość. Niewolnik nie zadaje pytań, niewolnik niczego nie kwestionuje. Niewolnik nie patrzy władzy na ręce, niewolnik nie chce niczego ponad miskę z jedzeniem, niewolnik nie zadaje niewygodnych pytań. Niewolnik to idealny obywatel, gdy ktoś chce rządzić totalitarnym nowym, wspaniałym światem. Gdybyśmy wszyscy wierzyli w predestynację, nie zeszli byśmy z drzew, bo przecież skoro Bóg/Los/Siła Wyższa umieściła nas na drzewie nie należy zeń schodzić i szukać nie wiadomo czego i nie wiadomo gdzie. Masz drzewo, masz banana więc siedź gdzie miejsce twoje i nie oczekuj niczego więcej i basta.

Czemu w tytule piszę o grzechu predestynacji? Po pierwsze pod wpływem z rozmowy z A., która nazywa wiarę w przeznaczenie, reinkarnację, przeszłe wcielenia za niezgodne z religią chrześcijańskie. Poza tym uważam predestynację za coś szkodliwego, coś co człowieka paraliżuje, coś co zniechęca do działania. Kiedy człowiek nic nie robi, nie może iść do przodu. Kiedy nie idzie do przodu zaczyna się cofać, co w biologii ma zgrabną nazwę ‘regres ewolucyjny’.  Jeśli można mówić o jakimś z góry wyznaczonym celu jest nim samodoskonalenie i dążenie do coraz ambitniejszych celów. Nie mam jednak na myśli wyścigu szczurów w korporacji, ale rozwój duchowy, intelektualny, po prostu bogate, wartościowe życie. Takie życie, że na sam koniec będziemy mogli spojrzeć w lustro bez wstydu, bez poczucia zmarnowanych szans i powiedzieć „dobrze przeżyłam swój czas”.

Ja nie należę do osób czekających aż los/przypadek czy cokolwiek postawi mi na drodze wielką szansę a życie się zmieni  jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Szczęściu trzeba pomóc, zaś biernie czekać to można w kolejce po wędlinę w spożywczym. Biernie czekając na dary losu możemy nie zauważyć, a już na pewno nie wykorzystać, okazji, które wynikną ze splotu okoliczności i jako skutki podjętych decyzji. Można czekać w kącie na swoje pięć minut, uważać się za diament w popiele czekający na oszlifowanie. Mało kto ma ochotę szukać czegoś w szarym pyle, w którym najpewniej nic nie ma. „Umiesz liczyć? Licz na siebie” – mówi mądre przysłowie. A z czasem dojrzysz różne możliwości, no a w każdym razie każda postawa lepiej rokuje niż siedzenie i czekanie na cud.

Po co człowiekowi plankton?

Do podnoszenia ciśnienia. To odpowiedź na pytanie w tytule.  I nie chodzi mi o takie małe morskie żyjątka, no w każdym razie nie w dosłowny sposób. Tę samą funkcję, pełni kabaret zadowolnych z siebie starszych panów (bardzo przepraszam za porównanie panów Jeremiego Przyborę i Jerzego Wasowskiego oraz wszystkich fanów) z audycji EKG z „ukochanej” radiostacji. Nawiasem mówiąc można zrobić badanie na wpływ poziomu bezczelności „jaśnie panów prezesów” i  fachoffców z klucza partyjnego na EKG pracy serca. Byle nie puszczać co lepszych kawałków, bo słabszym pikawa padnie i czapa mówiąc kolokwialnie. Dzisiaj jeden z tych wunderkindów zachwalał pomysł byśmy wszyscy byli samo zatrudnieni. Bo już umowy śmieciowe (ależ się wili na nazwanie po imieniu ich pomysłów na wyżyłowanie  młodych), najlepiej bądź bardzo kreatywni, co rusz zmieniajmy pracę. 

Kabaret samozadowolonych panów wiedzących wszystko najlepiej (co powiedział Sokrates? Wiem, że nic nie wiem?) nie ma kłopotów z zatrudnieniem. Mając wujka, ojca, dziadka, pociotka, kuzyna, żonę i kochankę (a idąc z duchem czasów kochankę, kij od miotły i psa) gdzie trzeba bez trudu zmieni fotelik prezesa spółki A na spółkę B. A jak się skończą spółki to zostanie prezesem firmy konsultingowej, doradztwa finansowego a potem zaczynamy zabawę od początku. To są rzecz jasna wielkie byznesmeny i rekiny finansowe, z zakluczonym doktórem na czele.

Rekiny. Wielkich finansistów z Wall Street nazywa się rekinami biznesu. Takim rekinem był nieżyjący Steve Jobbs  (rekinem i człowiekiem świetnie wiedzącym jak wmówić bogatym snobom, że nie mogą żyć bez kolejnego szalenie drogiego gadżetu), Bill Gates, nie mówiąc o mistrzu przekrętów Madoffie, który ograł wspomnianych poprzednio. To były rekiny, prawdziwe żarłacze. Drobni i średni przedsiębiorcy, zasuwający w swoim firmach to płotki. W kraju, który nie rzuca im kłód pod nogi gdzie tylko się da, ludzie ci dorabiają się swojego majątku. Może nie miliardów, ale na spokojne życie starczy. W pierwszej chwili myślałam, że jaśnie pany prezesy to płotki. Nie, to plankton, który by został rozgromiony przez rekiny. Nawet nie pożarty, bo taki żarłacz jakby wcinał taką drobnicę zdechłby z głodu, ale po prostu połknięty. Taka woda, no może takie coś tam fikuśne w niej pływało, ale kto by się przejmował.

I taki plankton ustala nasze finanse. Dlatego młodzi ludzie, kreatywni i przedsiębiorczy, biorą nogi za pas i za granicę. Tam znajdują pracę za którą się można utrzymać i rodzą dzieci. Mają rodziny, zaś w Polsce mamy zapaść demograficzną. No a czego się spodziewać jak mieszkanie ma ceny astronomiczne, wynajęcie także a przeciętna płaca (nie mylić ze  średnią) nie powala przeżyć bez pomocy. Płaca średnia, konia z rzędem temu, kto tyle zarabia. Kto ma pojęcie o statystyce wie, że średnia to dobra miara jak wszystkie zmienne są podobne (małe odchylenie standardowe)  i mają rozkład normalny.  Tego nie powiemy o płacach w Polsce jak zobaczymy za ile jaśnie pan prezes zatrudnia młodego człowieka na umowę śmieciową by miał doświadczenie. Tu o wiele więcej powiedziałaby dominanta i mediana, ale wtedy szlag by trafił propagandę sukcesu, że Polacy się bogacą, chociaż tego nie widzą.

Czemu słuchałam rano jak się mądrzy plankton? Ano nie wyspałam się i trzeba było sobie podnieść ciśnienie. Nic tak nie podnosi krążenia i nie budzi człowieka z zaspania jak  przemądrzały ton jaśnie pana prezesa. Tylko nie można z tym lekiem przesadzić. Wszak kreatywna księgowość (nie mylić z ciężką, uczciwą i odpowiedzialną pracą księgowych) menedżerii (nie mówię o ciężko pracujących ludziach) wzięła się z tego, że ktoś tam coś tam chciał lekko poprawić. Aha: w ramach polityki prorodzinnej rząd kończy program „rodzina na swoim”. 

(http://i.obrazky.pl/kot-rekin-OBRAZKY.PL.jpg)